Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Dzień 2 Magia

takajedna_ja

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się ...mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie "machnę ręką i pójdę dalej". Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle ...Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.


Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • zapiski_szwedzkie

    To sie nazywa przyjazn a nawet dokladniej - pokrewienstwo dusz. Fajnie. I az sie boje zapytac jakie twoje znajomosciowe i przyjacielskie wybory zaakceptowal Twoj malzonek. Pazdrawljaju.

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci