Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Dzień 4 Na Jungfrau

takajedna_ja

Kto był w Tatrach ręka w górę!
Ja byłam kilka razy. Piękne, dzikie, ogromne. Tak. A teraz proszę to zwielokrotnić...I rozmiar i dzikość i urodę.
Wybrałyśmy się z Kasią trochę za późno, opierając się na przeświadczeniu, że skoro cała Szwajcaria ma wielkość województwa warińsko-mazurskiego i wszędzie jedzie się niecałą godzinę to wyjazd o 13 jest okej.
Niestety - nasz niefrasobliwość odniosła skutek.
Już na dworcu niespodzianka - nasz pociąg jest odwołany bo jakiś wypadek po drodze. Trzeba było wsiąść w inny.
No to wsiadłyśmy.
Ledwie wyjechał z Berno natychmiast obie przylepiłyśmy nosy do szyby i tylko jęczałyśmy z zachwytu. Głowy omal nam się nie poukręcały od spoglądania raz w jedną, raz w druga szybę. Kompletnie pochłonięte widokami za oknem zapomniałyśmy chyba o kulturze - pokazywałyśmy palcem i krzyczały "patrz tu, tu patrz".
Po mniej więcej godzinie nieco okrzepłyśmy w naszych zachwytach i wtedy zobaczyłam, że tubylcy popatrują na nas, ale raczej z sympatią niż naganą. Kasia, gadająca po niemiecku z prędkością karabinu maszynowego (uuuups! w tym kontekście to chyba złe porównanie), zawarła krótkoterminową znajomość ze starszą panią siedzącą obok. I tu pani nas zaniepokoiła, bo stwierdziła z pewnym wahaniem, że "na Jungfrau jedzie się długo, ale powinnyśmy zdążyć". Aaaale jak to długo? 
Kolejne stacje i stacyjki, kolejne pociągi, kupowanie biletów u konduktora, wreszcie, dotarłyśmy do Grindelwald. Stamtąd już droga tylko w górę i pod górę. Upał był nieziemski, więc w wagoniku z drewnianymi siedzeniami okna otwarte na przestrzał, ciuchcia mozolnie pełzła pod górkę, a my tkwiłyśmy w tych otwartych oknach jak przymurowane w nabożnym milczeniu. Zachwyty, okrzyki przestrachu i zadziwienia skończyły się nam jakieś pół kilometra niżej. Teraz można było tylko milczeć i...utwierdzać się w wierze w Boga (Kasia) i wątpić w zwątpienie (ja).
Tak dotarłyśmy do Kleine Scheidegg, gdzie czekała nas ostatnia przesiadka. Zrobiło się zimno i jakoś tak...mniej słodko, bardziej surowo. Wyciągnęłyśmy kurtki.
Jeszcze jedna ciuchcia, niemal pusta. Prócz nas i obsługi był tam jedynie jakiś pan. O nie, on nie jechał tą ciuchcią żeby sobie tylko popatrzeć co stwierdziłam widząc jego znoszone buty i wytarty plecak z przytroczonym czekanem. Na bank nie był zwykły turysta-cepr jak my. Zastanawiałam się czy rękę stracił w górach czy też może w jakichś innych okolicznościach. Tak, nie miał ręki. Jego wygląd i zachowanie sugerowały, że ta jego część mogła być okupem za całą resztę...
A potem ciuchcia wjechała w tunel i...tyle było widoków.

Na kolejnych przystankach można było wysiąść i popatrzeć przez wykute w skale, oszklone okna.

 

Tam też mijaliśmy pociągi jadące z góry, w których pełno było...śpiących ludzi ( głównie Azjatów). Zastanowiło mnie zjawisko. Cóż oni tam, na tej górze wyczyniają, że śpią takim kamiennym snem, że nawet zatrzymanie pociągu ich nie wybudza?
Wreszcie ostatnia stacja na wysokości 3454mnp.
Wysoko jesteśmy, stwierdziłam i leciutko wskoczyłam na kilka stopni schodków prowadzących w górę do pełnego komercji kompleksu handlowo-rozrywkowego.
to znaczy miałam zamiast zrobić to lekko, bo stopnie niewysokie i niewiele ich...I nagle odkryłam, że ważę tonę! Przenieść moje 70kilo z małym okładem z nogi na nogę okazało się wysiłkiem granicznym. Serce łupało w piersi, w głowie dzwoniło, przed oczami mroczki a pod stopami wyczuwalny ruch ziemi.
Wiedziałam, że 3,5 kilometra to wysoko, ale nie wiedziałam, że TAK wysoko. I zrozumiałam tę śpiącą pokotem masę ludzką w pociągach jadących w dół.
Przyjechałyśmy tuż przed zamknięciem. Obejrzałyśmy sklep Lindta, kupiłyśmy trochę czekoladek, wysłałam kartkę do wujków, wypiłyśmy kubek kakao szumnie zwanego czekoladą, wyszłyśmy na zewnątrz, na wydeptany placyk z masztem i szwajcarską flagą. Dookoła był śnieg, skały i niebieskie niebo. Pod nami - chmury.


Został nam do pokonania ostatni odcinek, na sam szczyt, na taras widokowy...Niestety -to była najokrutniejsza zemsta za nasze guzdralstwo. Czasu nie wystarczyło, trzeba było zjechać.
Kasia była rozczarowana głęboko. Ja...z powodu dolegliwości wysokościowych przyjęłam to ze stoickim spokojem.
Wracałyśmy w zachodzącym słońcu, patrząc jak lśniące szczyty nikną w mgle, obserwując długie cienie zasnuwające doliny rodem z reklam Milki.
Boleśnie odczuwałam fakt, iż być może oglądam to po raz ostatni w życiu.

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • zapiski_szwedzkie

    Jesuuu jak pieknie. Ja tam chce!!! Czemu ostatni raz... jedziemy tam. Moze razem???

  • takajedna_ja

    kochana. Wjazd na Jungfrau zasponsorowała mi kuzynka. 400fr jedna osoba wjazd i zjazd...Przelicz to sobie na korony

  • Gość: [Titi] *.dynamic.chello.pl

    Byłam tam w tym roku .Nawet te piękne zdjęcia nie oddają tego jak tam jest. Po prostu bajka . Zresztą tak jak i cała Szwajcaria. Mam nadzieję ,że jeszcze kiedyś tam wrócę.

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci