Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Dzień 5 Berno przed południem

takajedna_ja

Upał panuje nieziemski od rana do zmierzchu a po zmierzchu aż do rana. Unikam słońca jak mogę, dużo piję, chowam się w cień, w po południu funduję sobie sjestę. Unikam bólu głowy dzięki temu i wieczorami mam siłę integrować się z kuzynką.
Wczoraj im zwiałam...
Bo Kasia chyba nie wierzyła, że dam sobie radę sama, w obcym państwie, nie znając języka, nie znając miasta.
Nie doceniła mnie. Poszłam i wróciłam. Po kilku godzinach, akurat gdy zaniepokojona Kasia zaczęła do mnie dzwonić.
Mało tego - poszłam i wróciłam. Kupiłam małe co nie co dla rodzinki, znalazłam toaletę. Uwierzcie mi: w Szwajcarii nie ma toalet dla kobiet na każdym kroku. Są publiczne, bezpłatne pisuary. A toalet nie ma! Wreszcie dotarłam do dworca, znalazłam toaletę. I tu zonk bo płatna! Ale jak to? Płatna?? Toaleta??! Na dworcu??! No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Trza płakać i płacić jak się chce... ten tego...
Znowu zonk. Nie ma płacenia kartą. Zgłupieli? W mieście pełnym turystów mam używać gotówki?! I skąd ja im te dwa franki wyciągnę? Bankomat mi wszak ich nie da. Bankomat na moją sugestię, że może jednak da się przekonać zabił mnie śmiechem i zaproponował 50franków. 50fr to jest blisko 500koron! Jak w Szwecji żyję to chyba nigdy takiej kasy nie miałam w portfelu, no ale zawsze może być ten pierwszy raz. Wzięłam owe pińcet.I znów dylemat: jak z papierka wydusić 2 korony?
Poszłam do informacji i...niefrasobliwie zgłosiłam mój problem po angielsku. Po angielsku. Ja. JA! Ja przecież nie znam angielskiego! Pan w okienku uznał, że znam i bo nieuprzejmie odburknął (ani chybi Francuz), że on nie ma pieniędzy. Westchnęłam ciężko i poinformowałam go, że tyle to ja wiem. I ja od niego to chcę informację GDZIE ja ten papierek mogę wymienić na owe dwa franki. Przysięgam, sprawa robiła się pilna i naraz przelicznik franka na franka przestawał mieć znaczenie. Pan wzruszył ramionami, rzucił niechętnie "mejbi in butik". Grrrr...Oparłam się pokusie rzucenia mu w twarz mojego nowego, włoskiego słówka, którego nauczył mnie Davide, Włoch z Genui, narzeczony Kasi.
W sklepie kupiłam chusteczki higieniczne oraz batonika. Pani mi wydawała...a ja zażądałam dwóch franków. Miała mord w oczach. Albo tak mi się zdaje, bo Szwecja mnie jedna rozbestwiła. Mnie nie wystarczy, że ktoś jest grzeczny. Ja jestem przyzwyczajona do serdecznej obsługi.
Znalazłam toaletę po raz drugi. A czas to był już najwyższy. Czego tam nie było...Przede wszystkim nie było podziału na męski i żeńskie. Brudu nie było, dziwne, ale prawdziwe, widać w Szwajcarii bywają czyste, porządne toalety. Nie było podgrzewanej deski i szumy wody jak w Japonii. Ale pachniało! Perfumami! Acha. Wody ciepłej nie było, papieru ręcznikowego też. Była suszarka, których nie znoszę.
I o.
Wróciłam do domu, zjadłam gnocchi z pomidorami w sosie szpinakowym z młodym groszkiem. Dobre to było. I zasnęłam.
Kasia poszła do pracy.
Mieliśmy z Davide jeść pizzę na kolację, ale...Się zagadaliśmy. Po angielsku. O. Trochę wujek gogiel, ale większąć sama i nawet nie"tymi ręcyma".
Jestem pod wrażeniem jakie wywarłam na samej sobie.

Zdjęć robię masę, nie nadążam obrabiać, więc tylko kilka, przypadkowo wybranych.

Oto zaułki Berno.

A tu boja w Aare, rzece, która otacza miasto.
Jest...Niesamowita. Zakochałam się w jej szmaragdowym kolorze i przejrzystości.

 

 

 

 

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci