Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Pułapki umysłu

takajedna_ja

Tydzień temu przemknęła mi przez głowę myśl.
Na kuchence pyrkotała przykrywka na garnku z zupą buraczkową. O obok gotowała się woda na kaszę dla Tośki. Albowiem Tośka, arystokracja z urodzenia,  chłopka z upodobań, ponad najdroższe, najbardziej rekomendowane przez hodowców karmy przedkłada...wszystko inne.
Sucha bułka, skrawek niedojedzonego chleba, resztka surówki, rybka, kartofelki...wszystko to jest o niebo lepsze od karmy stojącej w misce. Jakiś czas działało dolewanie oleju rzepakowego, potem trzeba się było przerzucić na olej z łososia, potem zmieniać rodzaj karmy, pilnować bydlaka, żeby nie dostał nic od nikogo, nawet ciasteczka wyliczać jakby były na wagę złota. Po trzech -czterech dniach dyscypliny wygłodniały pies zjadał co-nieco z michy...I znowu kolejne dni mijały na utrzymywaniu terroru jedzeniowego.
Po dwóch miesiącach i trzech torbach różnego jedzenia poddałam się.
Nie będę wywalała grubej kasy w błoto, jednocześnie terroryzując rodzinę i psa regorem żywieniowym.  Trudno. Niech jej będzie: chce, niech ma gotowane.
I w ten sposób, tydzień temu znalazłam się przy kuchence z dwoma wielki garami jednocześnie. I gdy tak przesuwałam te gary przemknęła mi przez głowę myśl "żebym się tylko nie sparzyła, bo ten garnek ma przykrywkę z dziurkami, trzeba uważać".
Tak sobie pomyślałam...
Chwilę później chwyciłam ów sagan pełen psiej kaszy i...przypiekłam sobie palce. Garnkowe ucho złapało temperaturę od palnika obok. Garnek odstawiłam, założyłam łapkę, postawiłam gdzie trzeba, trochę piekło, ale uznałam, że jak wsadzępod wodę to POTEM będzie jeszcze gorzej. Zresztą troszkę się spieszyłam, a tu mi kasza zaczęła kipieć, więc uniosłam pokrywkę leciutko, znowu napominając samą siebie, że tym garnkiem łatwo się sparzyć. Po czym natychmista siebie uspokoiłam. Wszak już wypełniłam polecenie dane mózgowi "żebym się tylko sparzyła" bo mózg przecież nie zna słowa NIE.
Ucieszyłam się, że w takim razie durne polecenie mam z głowy. I tak ucieszona sięgnęłam do uchylonej przykrywki, spod której buchnęła para prosto na moją dłoń.
I tak to myśląc i przestrzegając samą siebie dwa razy, w ciągu zaledwie pół godziny sparzyłam tę samą dłoń.
Teraz już wsadziłam pod zimną wodę, bo coś mi mówiło, że oparzenie jest głębokie.
Dziś na palcu wskazującym mam oparzeniowego, podskórnego bąbla, oraz ciemniejącą, lekko szczypiącą plamę u nasady kciuka.
Już nie boli, wraz z bólem nauka wyparowała z głowy ewidentnie.
Ponieważ pokazało się słońce, blada, bo blade, ale zawsze. Wiatr przestał urywać głowę. Temperatura z 5stopni wzrosła do 9. Dlatgo postanowiliśmy pojechać na dłuższy spacer z psem. Ścieżka wiodła nas skalistym brzegiem jeziora, poprzez jesienny las. Ścieżka pełna skał, osypanego igliwia, wyłażących korzeni drzew i miękkiego mchu.
Oczwiście wzięłam aparat. Przeszlimy się z godzinkę, zaczęliśmy wracać...Co za licho mnie podkusiło?
Zauważyłam, że bardzo ostrożnie stawiam stopy i generalnie tak staram się iść by broń boże nie poslizgnąć się i nie upaś bo APARAT. Aparat może by przeżył, ale obiektyw na bank nie. Obiektyw! Moje cacuszko, miłość ma największa zaraz po Zuzi i Tośce. Moja pięćdziesiąteczka stałeczka, miłość mego życia!
Ciekwe czy upadając dałabym radę ochronić aparat rękami? -tak rozmyślałam powoli podążając za mężem i Tośką, sycąc dusze promieniami słońca, blskiem jagodowych liści złotem trzcin.
Tak. To był ułamek sekundy. Kostka mi się nagle wygięła i ja poleciałam lotem ślizgowym. Nim grzmotnęłam o ziemię - tu akurat było wszystko na raz: skała, korzenie i piach- zobaczyłam jak mój aprat, który nadal mam na szyi, ląduje na podłożu, odbija się i z głuchym łupnięciem wali po raz drugi o glebę. Potem poczułam ból w rękach i kolanach, zobaczyłam bardziej zdziwioną niż przestraszoną minę męża oraz lecącą do mnie z radością Tośkę.
Przez chwilę była pewna, że połamałam oba kolana. Przez chwilę byłam pewna, że nie wstanę z tej skały. Zrobiło mi się gorąco. I słabo. Nie do końca wiedząc co robię zdjęłam aparat z szyi i dałam mężowi sycząc tylko:
-Sprawdź
po czym zajęłam się zbieraniem siebie z ziemi. Tośka kręciła się koło mnie cała szczęśliwa bo skoro pańcia na ziemi to się będziemy wygłupiać.  
Otumaniona usiadałm wreszcie i jednocześnie usłyszałam trzask migawki i komunikat od męża
-Wszystko w porządku.
Wtedy mogłam oceniać inne szkody. Lewe kolano wyglądało jak stek, prawego wolałam nie oglądać.
Jakimś cudem wstałam, pozbierałam z ziemi ręce i nogi i ruszyłam w drogę.
Po kilku krokach gdy do mnie dotarło, że idę, odbrałam aparat od męża.
-Jesteś pewna?
- No drugi raz raczej się nie wywalę - odrzekłam dziarsko.
I wtedy przypomniałam sobie oparzoną dłoń.
Na wszelki wypadek zabroniłam sobie myśleć o wywracaniu się. Skupiłam się na uważnym stwianiu stóp, tak by cała podeszwa był na podłożu, gdy przenoszę nań ciężar ciała. Tak dotarłam do samochodu. Robiąc po drodze "jeszcze choć jedno zdjęcie".
31_copy

Na lewym kolanie mam znak Polski Walczącej. Musiałam skleić trzy duże plastry by ową kotwicę zasłonić.
Na prawym...NIC! Zastanawiam się czy skończy się siniakiem czy czymś więcej.
Aparatowi i obiektywowi naprawdę nic.
Pamiętajcie.
MÓZG NIE ZNA SŁOWA NIE.


Komentarze (8)

Dodaj komentarz
  • zapiski_szwedzkie

    No nie zna. Ty już weź nie myśl o tym co nie możesz zrobić. I łapę opatrzoną zaaaawsze wsadzaj pod wodę.

  • Gość: [tombombadil] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Może przegapiłaś, nie przegap, zasługujesz na laury.
    Jest konkurs na blog emigrantki, link poniżej:
    blogi@muzeumemigracji.pl
    Nagrody, ech, mniej niż takie sobie, ale dla Twojej i naszej, czytelniczej, satysfakcji może warto. Pozdrowienia, tb.

  • Gość: [tombombadil] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    + +

    culture.pl/pl/artykul/konkurs-emigrantki-wlasnym-glosem

  • nie_ty

    Jest jeszcze taka interpretacja: twoja nieświadomośc hciała się oparzyc. Choć nie wiem czy prawdziwa tym razem.

  • malwa51

    Niestety. Wizja uradowanej Tosczynej mordki zepsula powage sytuacji :)) A ze ladowanie na opisanym podlozu boli, wiem z autopsji.... nie odczuwasz zadnych skutkow upadku obecnie? Ostatnio kiedy wylozylam sie na mokrych lisciach, stluczona d... oraz lokiec bolaly mnie tydzien. Mam nadzieje, ze masz wiecej szczescia.
    A jak ze stopa? (ta dawno uszkodzona)

  • takajedna_ja

    malwa - boli kolano ze znakiem Polski Walczącej. Jak zdejmę plaster wrzucę zdjęcie na dowód. Prócz tego boli...prawe ramię. Coś w rodzaju zakwasu w mięśniach po gwałtownym wyrzucie ręki.
    Tośka, taka jej mać, jest psem ratowniczym jak widać. W razie czego zmusza człeka do szybkiego ogarnięcia się. Już nie chcę myśleć co zrobiłaby złoczyńcy...Dała łapę i zalizała na śmierć pewnie.
    Stopka, ta uszkodzona osiągnęła stan stabilny. Boli cały czas. Ale to raczej nie ona zawiodła...

    nie ty- ale dlaczego chciała się oparzyć??? Bo upadek to jeszcze umiem wytłumaczyć: moja nieświadomość chciała sprawdzić czy aparat przeżyje.

    gościu"tombobadil" - mój blog nie jest o emigracji. To znaczy jest ale tylko troszeczkę, bardziej jako kontekst, osnowa a nie główny wątek. Niemniej dziękuję za dobre słowo.

    zapiski szwedzki - tak jest, Pani DoktÓr :D

  • Gość: [Joanna Mazurkiewicz] *.kamnet.pl

    Wniosek z tego taki, że jak się skupisza na pozytywnych rzeczach to możesz być niezwykle szczęśliwą kobietą :D
    Mam nadzieję, że stłucznie nie okazało się bardziej bolesne w następnych dniach.

  • madika_mk

    moja mama kiedyś miała coś smażyć, wlała olej na patelnię odczekała cierpliwie, potem stwierdziła, że trzeba sprawdzić czy już nagrzany, i ... wsadziła palec
    Nie wiem czy wcześniej się ostrzegała w myślach :-)

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci