Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Zozol i Kocio

Słownik wyrazów obcych

takajedna_ja

Zuzia z uwagą przygląda się swojemu naszyjnikowi.
- O. Nikka tu jest. Cieba klipać*.

Innym razem gdy zauważa na chodniku kolorowe plamy - ktoś chyba bawił się kredą.
- To kolorowe - stwierdza - To mona tramapać*

- To nie tak - marudzi gdy coś idzie nie po jej myśli - To musi otak - o tak wymawia z akcentem na "o" jak jedno słowo.

- Kota nie mona głaskać annars* on będzie bił. O tu mnie bił - przypomina sobie historię sprzed roku! gdy dokładnie w Midsommar Kocio-łobuz w taki brutalny sposób wzbraniał się od zuzkowych karesów. Musiał to być  szok dla dzieciaka skora sam z siebie wciąż o tym pamięta. Co dziwne: króko po tym zdarzeniu przestała to wspominać, chyba zapomniała. Przypomniało jej się jakoś zimą i teraz jest wiedzą oraz wspomnieniem zakotwiczonym najwyraźniej na stałe.

 

A Kocio to jest...
Janki, synek mój maleńki, lubi wieczorem zajść na chwilę do mnie.  Gadamy sobie. Ostatnio Kocio spał twardo aż chrapał. Dziecko wyciągnęło się jak długie na moim łóżku i najwyraźniej obudziło Kota. Kocio usiadł. Potrząsnął łebkiem. Rozejrzał się, polizał łapkę. Ewidentnie coś było nie tak, ale zaspany nie mógł tak szybko pojąć co. Wreszcie dotarło.
Rozmiauczał się na cały regulator. Pospiesznie porzucił swój wyleżany, ciepły dołek i podszedł do Jankiego i wymierzył mu baranka. Janki odruchowo się cofnął, bo Koci baranek nie jest na żarty. Kocio naparł raz jeszcze. Miauczał przy tym.
Całym swoim futrzatym jestestwem Kocio wyrażał swoje zdanie.
- To moje miejsce. MOJE! Tylko moje i z nikim się dzielił nim nie będę. Idź stąd. Usiądź sobie na podłodze, na suficie, na parapecie okna...gdzie chcesz, ale nie tu...Bo to MOJE! A najlepiej w ogóle idź do siebie i nie zawracaj głowy mojemu człowiekowi.
Kiedy groźby wokalne i czyny fizyczne nie zadziałały Kocio zrobił ostatnią możliwą rzecz. Ułożył się w poprzek, całym ciężarem, na wyciągniętych nad głową ramionach Jankiego i głosin mruczeniem oraz gwałtownymi ruchami ogona dawał wyraz swej głębokiej dezaprobacie.

 

 

* klippa - ciąć
* trampa - deptać
* annars (wym: anasz) - w innym razie


Mala Kota Zuzia

takajedna_ja

Dawno, dawno temu mala Misia byla malym kotkiem. Chodzila na czworakach, miauczala, czasem lizala a czasem drapala. Miauczala po calych dniach, az zniecierpliwiony Ojciec jeknal, ze jak jeszcze raz uslyszy miauczenie to chyba da "koteczkowi" w dupe... Z czasem maly kotek urosl i zmienil sie w malego lwa ( bo akurat Krol Lew byl na topie). Nie miauczal tylko ryczal zarzucajac grzywa...
Minelo lat 20 z malym okladem.
I oto Misi corka czyli Zuzia jest malym kotkiem. A raczej "Mala kota"
Miauczy, mruczy, domaga sie glaskania i czasem lize glaszczaca reke.
W piatkowy wieczor gdy Dziadziu poszedl na mecz bandy a Mamus do pracy Mala Kota zostal z babcia. I odkryl koci kontenerek. I wszedl do niego.
Koci kontenerk stoi na wiezrchu z dwoch przyczyn.
Po pierwsze: bo w piwnicy stoi kanapa, czekajaca na kupca i nie ma jak wejsc.
Po drugie: Kocio mial traume z powodu zamykanie go w platikowym pudle wiec moze przywyknie. Kratkowane zamkniecie jest wyjete.
Kontenerek jest duzy, najwiekszy z dostepnych, plastikowych. Nabyty dawno temu, gdy Kocio mial odbyc daleka droge "za morze". Wiedzialam, ze droga bedzie dluga, ze Kocio wsadzony do pudla w jednym domu opusci je dopiero w domu drugim czyli po mniej wiecej 24 godziach. Kocio nie ulomek i zalezalo mi by miejsca mial tak duzo aby mogl sie spokojnie polozyc i obrocic. 

Mala Kota Zuzia juz kiedys, z racji przeprowadzki konterek przetestowala. Ale wtedy byla malenka, prawie nie chodzila. No i nie pamieta.
- Oooo, cio to? - zadziwla sie zobaczywszy pudlo.
Babi wytlumaczyla.
- Mrrrr - zamruczal Kota machajac glowke w strone pudla.
- Chcesz tam ?
- Mrrr- pokiwal glowe Kota
- To wejdz - zezwolila Babi. Kota wszedl. Wyszedl. Wszedl. I tak kilka razy. Az zobaczyl kratkowane zamkniecie na wierzchu pudla. 
- Cio to ?
Babi wytlumaczyla, pokazala. Kota mruczeniem i machaniem glowka zazadal montazu zamkniecia. Wszedl do klatki. W ten sam sposob co poprzednio zazadal zamkniecia kratki-klatki.
Babi sie bronila, Kota sie upieral, Babi ulegla. I wtedy Mala Kota powiedzial Zuzinym glosem.
- Iś, babi, iś tąt

Eee, zaraz! Co innego wsadzic dzieciaka do klatki na moment, a co innego zostawic go w tej klatce samego! Babi sie opierala. Babi negcjowala. Babi tlumaczyla. I miala skrupuly. Mala Kota Zuzia byl nieugiety i wreszcie siegnal po ostatni argument. 
Podloga w kuchni ( bo to sie w kuchni dzialo) jest troche nakrapiana. Tak, ze czasem trudno zgdnac czy to brud czy desen. 
Mala  Kota Zuzia pokazal paluszkiem plamke na podlodze
- Dziś to? To pajok. Iś tąt! Sipko!

No i babi poszla. Ale nim poszla, sto razy zapytala czy napewno i czy Maly Kotek wie, ze wystarczy tylko raz zawolac. Kota niecierpliwie machal raczka to jest lapka. 
Babi poszla do duzego pokoju. mala Kota westchnal, zwinal sie w klebek i zamruczal. Babi cala zamieniona  w ucho usiadla na kanapie.
- Babiiii - rozleglo sie po sekundzie - Oś juś!

Babi pobiegla i wypuscila Kota. Kota w podziece polizal jej reke.
Duzy Kota lezal na kuchennej lawce i patrzyl jak zwykle z politowaniem.

 

 

Chory Kotek cd

takajedna_ja

Jak ktos ma pecha to mu sie nawet marzenia spelniaja...
Kiedys wyrazilam chec posiadania na wlasnosc tygrysa o wdziecznym imieniu Mruczus.
Kilkanascie lat pozniej, kiedy marzylam o milusim koteczku, dostalam bestie wielkosci zbika i uleglosci pietnastolatki...

Zaprawde powiadam Wam : uwazajcie o czym marzycie, bo moze sie spelnic!

Oraz musialam podac wczoraj Kociowi kontrast. Opowiesc "Jak zaaplikowac kotu tabletke" juz mnie nie smieszy.
Lize rany. Ja lize. Nie Kocio. Kocio jest niewzruszony i zaparty w chorobe. Rzyga konskewentnie po wszystkim przyjetym doustnie.
Przede mna kolejne wyzwania... 

 

 

... kilka godzin później

Za nami kilkukrotne prześwietlenia rentgenem, bo było podejrzenie zaczopowania jelit czymś. Kocio nie jada zabawek i innych takich rzeczy, ale czy ja wiem...? Może suche jedzenie się zablokowało, może jelito się skręciło...Dlatego konieczne było podanie kontrastu a po nim kilkrotne prześwietlenie brzuszka. Które nic dało, poza nabraniem wprawy. Ja się wprawiłem we wrzusaniu kota do kontenerka, kot się wprawił w zapieraniu łapami. Ja mam kilka razów więcej, mąż też, Kocio w kontenerku lądował za każdym razem. Więc remis.
Na szczęście doktor stwierdziła, że kontrast się przesunął ku części wydalniczej, więc jelita są drożne.
Czekamy na wyniki dodatkowych badań, które mają być później.
Tymczasem Kocio znów dostał znieczulenie by można było zrobić kolejny pomiar temperatury ( normalna), oraz podać kroplówkę i lekarstwo.

Od jutro trenuję "Jak podać kotu tabletkę" bo widać kontrast to było za mało.

Chyba naprawdę muszę uważać co mówię.
Zaprzyjaźniłam się z personelem lecznicy. Doktor Katarinę doprowadziłam do szczerego śmiechu, bo widząc jej starania ( nauczyła się wymawiać KOCIO!) zapytałam czy w razie choroby, żeby zostać jej pacjentem mam się postarać o ogon?

Po za tym jestem nieludzko zmęczona...

Arogant

takajedna_ja



Jakiś czas temu, wieczorem, Kocio znów poszedł na obchód terenu. I dobrze zrobił. Siedział sobie spokojnie w krzakach u wybiegu ścieżki, gdy z przeciwnej strony nadszedł Wróg. Też kot. Szary, pręgowany. Kocio go sobie przypomniał. To ten młody arogant, który jakiś czas temu przemknął pod balkonem. Kocio jeszcze wtedy nie zwiedzał świata tak odważnie. Arogant zobaczywszy w szparze pod barierką wlepione w siebie oczy burknął tylko
- Co się gapisz, wapniaku? Co, nie podoba ci się, że ci twoje podwórko depczę ? Możesz mi skoczyć...- i wykonał ordynarny gest, odpowiednik ludzkiego środkowego palca.
Kocio mściwy nie jest, pamiętliwy też nie specjalnie, ale wtedy ...wtedy coś w nim zagrało i wiedział, że Aroganta zapamięta.
A teraz Arogant stał przed nim. Pełen pogardliwej pewności siebie, żółte oczy iskrzyły się złością.
- O, wypuścili dziadka z aresztu. Nie boisz się, że cię ktoś zje ? BUU! – naigrywał się.
Kocio tylko patrzył. Mrużył zielone oczy. I podpuszczał drania bliżej. Tamten się rozzuchwalał coraz bardziej. Leciały w stronę Kocia słowa, jakich powtarzać dżentelmenowi nie przystoi. Kocio wyczekał na stosowny moment i skoczył.
Potem już nic więcej nie pamięta. Obudził go dopiero zimny prysznic i głos.
- Kocio! Do domu!
- Do domu!
- Kocio! Kociuś...Kociulek...
Powoli  wracał do przytomności. A, Pańcia...Pryska wodą, żeby go uspokoić. I woła fałszywie przymilnym głosem. A tamten ? Pod samochód wlazł, myśli, że tam go nie wytropi. Odgraża się jeszcze ? Pyskuje ? No to tak dla pewności wpadł pod auto, wbił pazury w przeciwnika, zacisnął zęby na jego szyi...Tamten zwiotczał, znieruchomiał, zamilkł.
Kocio go zostawił. Wyszedł. Wrócił na swoje miejsce u wybiegu ścieżki.
- To mój teren. Mój. Żebyś sobie zapamiętał.
Nie chciał wracać do domu, Pańcia zwabiła go podstępem. No dobra, niech jej tam będzie...
A w domu, spojrzała na niego gniewnie.
- Ty łobuzie! On jest dużo mniejszy od ciebie! Jak się tak będziesz zachowywał to nie będzie spacerów. Zbóju jeden. I umyj się! Z brudasem spać nie będę. Zobacz – całe futerko masz czarne.
Kocio milczał. No, mądrością to ta jego Pańcia nie grzeszy. I zrzędzi, że on, Kocio to tchórz. Ale jak raz pokazał, że nie, to też źle. Ale kocha ją mimo to. Każdy ma jakieś wady. Znaczy każdy prócz niego, Kocia. 


Dopiero gdy adrenalina opadła, Kocio mógł porachować starty własne. Wyszarpane futerko na lewej łapie, rany największe na szyi i głowie i jeszcze trochę pomniejszych. A do tego ogólna obolałość.  Pańcia przestała fukać na niego za to zaczęła mieć w oczach ten wyraz...Tak samo patrzy jak Mały Potwór robi się zbyt gorący, albo gdy Pańcio w dzień posypia na kanapie. Pańcia się martwi.
Wieczorami Kocio przychodził do Pańci i mruczał uspokajająco.
- Jeszcze mu wleję, niech no tylko tu przyjdzie.
Ale Pańcia stała się nieugięta.
- Nie ma mowy, żadnego chodzenia po nocy. Sam widzisz, że to niebezpieczne.
Kocio położył uszy po sobie, pucował futerko żeby znów było czyste, lizał rany żeby się zagoiły. Żeby Pańcia przestała się martwić. Do oberwał trochę, to prawda...Ale Pańcia to też...Chichotał w duszy. Następnego wieczoru po bójce, Arogant zjawił się pod balkonem.
- No co safanduło ? Kto górą ?
Kocio się najeżył, nastroszył
- Jeszcze cię dopadnę smarkaczu, tylko tu przyjdź- odpyskował.
Pańcia usłyszała, weszła na balkon, szybko oceniła sytuację. I zwykle łagodna, cierpliwa, powolna jak nie złapie za konewkę, jak nie chluśnie z całej siły w stronę Aroganta. Woda z plaskiem opadła na asfalt. Arogant jednym susem wskoczył na płot, z płotu na parking i pomknął w popłochu przed siebie. 
A Pańcia...Pańcia zamiast zatriumfować minę miała skonfundowaną. 
- Oj...Poniosło mnie...Nie mów nikomu Kocio, co ? Bo to wstyd tak bezbronnego kotka traktować.
Kocio tylko oczy zmrużył.
- Bezbronnego, akurat - wymruczał. I polizał odrastające futerko. 
Ale na wszelki wypadek zaniechał dłuższych eskapad i przestał się domagać wieczornych spacerów.
- Nie będę Pańci denerwował, bo się nieobliczalna robi ...
 

Kocio zwiedza świat

takajedna_ja

Pewnego dnia, kiedy Kocio właśnie wystawiał nos na zewnątrz z naprzeciwka uchyliły się drzwi i oto stanął Kocio nos w nos ze swoim gatunkiem. Był mniejszy od niego, jego futerko było dłuższe a plamki jaśniejsze. Ale nie ulegało wątpliwości. Oto stał przed nim KOT. Stał. I stał. I stał. Ani kroku dalej, ani ruchu. No to Kocio podszedł do niego. Przysunął nos. Wciągnął powietrze. Kot. Jak Pańcię kocha- KOT!

Tamten też zaczął węszyć.
- Ty - wymruczał – Ty też KOT jesteś, ale coś ty taki dziwak ? W domu siedzisz cały czas...Czuję to. Oooo, rybkę wczoraj jadłeś, ale nie taką z lodówki, taką prawdziwą. I w domu dalej siedzisz? Nie byłeś nawet na trawie ?? Ale dziwak, o raju! – zaniósł się pełnym politowania śmiechem. Kocio się wkurzył i trzasnął go łapą po szarym łebku.
- Nie pozwalaj sobie, wypłoszu. Ja...Ja miałem misję i musiałem być w domu, o!
Pańcia patrzyła z rozczuleniem. I trochę z popłochem jak przyłożył tamtemu.
Powiedziała, że teraz Kocio ma kolegę i ten kolega nazywa się Razmus.
I tak Kocio powoli zaczął się socjalizować. Miał kolegę. I zaczął wychodzić na trawę koło domu. Razmus pokazał mu kilka dziur i przejść i Kocio z przyjemnością zaczął je eksplorować.  Pańcia się cieszyła i już bez zbędnych akustycznych nacisków co rano otwierała mu drzwi. A ostatnio zaczęła poddawać się naciskom i ulegać w sprawie wieczornych spacerów. To chyba miało jakiś związek z tym, że Kocio odkąd poznał zew natury pogardził kuwetą bo uznał, że lepiej zrobi jak zaznaczy swój teren. Swój no i Razmusa...Ale ten nie przywiązywał wagi do zaznaczenia terytorium.
- Te czasy już minęły, nie wiem skądeś ty się urwał. Na grzyb ci znaczenie terenu łowieckiego. Przecież żarcie dostajesz od tej swojej...jak jej tam...To po co ci teren znaczyć ? Nie polujesz nawet, nie ? Bo i po co? Ja to chodzę, bo tak leżeć i spać to nudno. Czasem spotykam innych, pogadam, oni pogadają, jest git. Daj spokój, stary, tobie się jakieś wojny marzą, za dużo testosteronu, mówię ci...Wrzuć na luz...Chodź, pójdziemy do chłopaków na Chatę, czasem są u nich dziewczyny, stary wtedy to jest jazda!
I tak nadawał za każdym razem jak się spotkali. Kocio patrzył pogardliwie tylko. Coś ten koleś nie taki jest. Kocio jest dżentelmenem. A ten, niby w poważnym wieku a takie...fiku-miku ma w głowie. Dziewczyny...prychał pogardliwie, po co mu to ? Dzieci już miał nie będzie, rodu nie przedłuży, szkoda na to czasu. Świat! O to jest ciekawe.
I rozchodzili się każdy w inna stronę.

Pańcia otwiera Kociowi świat

takajedna_ja

Kocio czuł niepokojące zapachy spod drzwi. Że tamtędy chodzą obcy to Kocio się szybko przekonał. Po prostu któregoś razu czmychnął pomiędzy nogami wchodzącej Pańci i poleciał sprawdzić co tam jest. No, Kocio jest doświadczonym starym kotem, głupi nie jest, więc zachował wszelkie środki ostrożności. Brzuszek nisko po ziemi, ostrożny krok, nastroszone antenki w ogonie i łapkach, wytężone zmysły. Jak tylko usłyszał jakieś obce dźwięki na schodach natychmiast wycofał się do domu. WY-CO-FAŁ! Nie zwiał – jak potem ze śmiechem opowiadała Pańcia. Nie stchórzył. Po prostu się wycofał. Ciekawe czy jakby ją, Pańcię, w taką dzicz nieznaną, pełną obcych woni i dźwięków wpuścili to czy ona by tak sobie raźnie pomaszerowała. Kocio NIE SĄDZI.

Ale od tamtego dnia w Kociu wzrosła ciekawość tego, co na zewnątrz. Pańcia zaczęła łaskawie co jakiś czas zostawiać uchylone drzwi, Kocio wychodził, węszył, skradał się, tropił. Uczył się.
Aż tu jednego dnia Pańcia otworzywszy drzwi nie poprzestała na tym. Zeszła po kilku schodkach i otworzyła drzwi następne. To co buchnęło do środka...Kocio dotąd pamięta swój szok, że świat może być TAKI. Mnogość dźwięków i zapachów, nieustanny ruch powietrza, wibracje ziemi. Tyle tego było, że Kocio szorując brzuszkiem po ziemi schował się za drzwiami i na kilka dni porzucił myśl o eksploracji. Ale nęciło go...Szczególnie jedno go wabiło. Pośród tysiąca zapachów wyczuł coś, co przypominało mu siebie samego. Coś co dobitnie świadczyło NIE JESTEŚ SAM NA TYM ŚWIECIE.  Gdzieś tam na zewnątrz był drugi taki ktoś jak Kocio. Kocio płonął z ciekawości. Chciał poznać swego pobratymca.
Pańcia wciąż pokpiwając lekko otwierała Kociowi drzwi jedne i drugie. Czasem stawała na schodach i wabiła go przymilnym „kici-kici”, czasem wołała udając pogardę „no chodź tu, ty tchórzu”. A Kocio każdego dnia pokonywał parę kroków więcej. Aż tu któregoś dnia Pańcia zrobiła rzecz okropną. Chwyciła Kocia pod brzuszek i wyniosła na zewnątrz! No naprawdę, mimo całej miłości, Kocio musi to powiedzieć, Pańcia czasem jest bardzo nierozważna.
Po tym incydencie Kocio stracił do niej zaufanie na całe dwa dni i przestał się domagać otwierania drzwi. Tak, bo teraz już się tego domagał. Siadał pod drzwiami i wołał „wypuść mnie!” na różne tony, na różne natężenia, różnymi barwami głosu. Długo i uparcie. Działało. Zawsze działa...
Tak więc Pańcia otworzyła świat przed Kociem.

Zabiję kota!

takajedna_ja
Miauczy i miauczy.
- Czego tak miauczysz- pytam. Patrzy mi w oczy z ogromnym natężeniem, wyraźnie widzę, że chce mi coś powiedzieć, otwiera pyszczek
- Miau! - krzyczy. 
Jeść dostał, pić ma co, kuweta czysta (a jaka ma być, jak konsekwentnie załatwia się obok). Wsadziłam go na pralkę, na moje ubrania, może sobie kąta do spania znaleźć nie może, o. Właśnie przyszedł. Znaczy pralka niewygodna. Miauczy. Wstałam, sparwdziłam szafę - otwarta. Siadł na dywanie, polizał łapkę, potem drugą. Rozejrzał się. Zbystrzał. Odkrył miejsce do leżenia. Hyc. Zgrabnym susem wskoczył na kanapę. Zakręcił dwa kółka i zaczął się mościć. Zupełnym przypadkiem na świeżo upranym, patchworkowym obrusie. Tylko co skończonym. Zerwałam się, wyszarpnęłam mu spod tyłka.
- Naprawdę nie masz gdzie leżeć ?- oburzyłam się.
- Przecież mówiłaś, że taki sobie ci wyszedł - ja to usłyszałam ??
Westchnął. Jeszcze raz westchnął. Z "godnościom" "na bardzo obrażonych łapach" poszedł do sypialni. 
Ja za nim, bo jak mi chłopa wyciem obudzi, to cały ranek szlag trafi. Za późno. Już obudził. 
Kot wskoczył na moje łóżko, zakręcił dwa kółka, polizał łapkę i ułożył się. Westchnął. Zasnął.

Ale wenę szlag trafił. I mąż ma dużo do opowiadania.


Rodząca się świadomość

takajedna_ja
-  Hej då, Suzana! - mówi w przedszkolu AnnaKarin a Zozol macha rączką: "pa-pa".
- Clap your hands,
Clap your hands,
Now let them quiet be... - śpiewają angielskie dzieci a Zozol kładzie paluszek na buzię (czasem na nos a czasem koło ucha- koordynacja jeszcze potrzebuje regulacji).
- Niam-niam - mówi Zozol jak chce pić.
A my pytamy. Natrętnie i uparcie:
- Zuziu, a jak robi piesek ?
- ouł, ouł - mówi Zozol. Więc kontynuujemy zabawę
- A jak robi kotek , Zuziu ?
- Pchyyyyy!
- Nie Zuziu, kotek mówi "miau". Jak robi kotek ?
-Pchyyyy! - prycha Zozol.


© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci