Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Wycieczki

Dzień 6 Metafizyki ciąg dalszy. W drodze do Oberhofen

takajedna_ja

Rano 10:04.
Odjeżdżam z Berno do Thun, a stamtąd do Oberhofen.
Na peronie wkładam słuchawki i włączam odtwarzacz. Ustawiam Five Miles Out, po którym idzie cała lista Mike Oldfielda. Gdy owe Five Miles się kończy, w słuchawkach słyszę Tåg song Kari Bermnes. Dziwne, ale nie mam czasu sprawdzać dlaczego,  bo na tor, z wizgiem i świstem, wjeżdża mój pociąg.
Wsiadam i pociąg rusza. Mija szare Berno, zostawia za sobą ogromny wiadukt.  
A w słuchawkach Kent mi śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszam w drogę".
Za oknem pola, pagórki i pagóry.
We mnie radosne pulsowanie w rtym muzyki. Roznosi mnie radość. Taka czysta, dziecinna uciecha, bez obaw i bez wątpliwości. Taka, jakiej nie czułam od lat. Jadę pociągiem w nieznane i się nie boję. Jest spokojna pewność siebie oraz przekonanie, że będzie pięknie. Uśmiecham się sama do siebie, do własnych myśli, do małej Kasi wewnątrz tej starzejącej się kobiety jaką widzę na odbicu w szybie.
Czuję satysfakcję, że to zrobiłam, robię właśnie teraz. Dałam sobie wakacje w nieznanym, wakacje o jakich zawsze marzyłam. Czuję się wolna i świat się przede mną otwiera.
Kent mi śpiewa "czuć, że miłość już czeka". Uśmiecham się. Wiem co to za miłość na mnie czeka i ja spokojnie czekam na nią.
Za oknem alpejskie, zamglone szczyty.

W Oberhofen nad szafirowym jeziorem Thun

 

 

 



Dzień 5 Berno przed południem

takajedna_ja

Upał panuje nieziemski od rana do zmierzchu a po zmierzchu aż do rana. Unikam słońca jak mogę, dużo piję, chowam się w cień, w po południu funduję sobie sjestę. Unikam bólu głowy dzięki temu i wieczorami mam siłę integrować się z kuzynką.
Wczoraj im zwiałam...
Bo Kasia chyba nie wierzyła, że dam sobie radę sama, w obcym państwie, nie znając języka, nie znając miasta.
Nie doceniła mnie. Poszłam i wróciłam. Po kilku godzinach, akurat gdy zaniepokojona Kasia zaczęła do mnie dzwonić.
Mało tego - poszłam i wróciłam. Kupiłam małe co nie co dla rodzinki, znalazłam toaletę. Uwierzcie mi: w Szwajcarii nie ma toalet dla kobiet na każdym kroku. Są publiczne, bezpłatne pisuary. A toalet nie ma! Wreszcie dotarłam do dworca, znalazłam toaletę. I tu zonk bo płatna! Ale jak to? Płatna?? Toaleta??! Na dworcu??! No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Trza płakać i płacić jak się chce... ten tego...
Znowu zonk. Nie ma płacenia kartą. Zgłupieli? W mieście pełnym turystów mam używać gotówki?! I skąd ja im te dwa franki wyciągnę? Bankomat mi wszak ich nie da. Bankomat na moją sugestię, że może jednak da się przekonać zabił mnie śmiechem i zaproponował 50franków. 50fr to jest blisko 500koron! Jak w Szwecji żyję to chyba nigdy takiej kasy nie miałam w portfelu, no ale zawsze może być ten pierwszy raz. Wzięłam owe pińcet.I znów dylemat: jak z papierka wydusić 2 korony?
Poszłam do informacji i...niefrasobliwie zgłosiłam mój problem po angielsku. Po angielsku. Ja. JA! Ja przecież nie znam angielskiego! Pan w okienku uznał, że znam i bo nieuprzejmie odburknął (ani chybi Francuz), że on nie ma pieniędzy. Westchnęłam ciężko i poinformowałam go, że tyle to ja wiem. I ja od niego to chcę informację GDZIE ja ten papierek mogę wymienić na owe dwa franki. Przysięgam, sprawa robiła się pilna i naraz przelicznik franka na franka przestawał mieć znaczenie. Pan wzruszył ramionami, rzucił niechętnie "mejbi in butik". Grrrr...Oparłam się pokusie rzucenia mu w twarz mojego nowego, włoskiego słówka, którego nauczył mnie Davide, Włoch z Genui, narzeczony Kasi.
W sklepie kupiłam chusteczki higieniczne oraz batonika. Pani mi wydawała...a ja zażądałam dwóch franków. Miała mord w oczach. Albo tak mi się zdaje, bo Szwecja mnie jedna rozbestwiła. Mnie nie wystarczy, że ktoś jest grzeczny. Ja jestem przyzwyczajona do serdecznej obsługi.
Znalazłam toaletę po raz drugi. A czas to był już najwyższy. Czego tam nie było...Przede wszystkim nie było podziału na męski i żeńskie. Brudu nie było, dziwne, ale prawdziwe, widać w Szwajcarii bywają czyste, porządne toalety. Nie było podgrzewanej deski i szumy wody jak w Japonii. Ale pachniało! Perfumami! Acha. Wody ciepłej nie było, papieru ręcznikowego też. Była suszarka, których nie znoszę.
I o.
Wróciłam do domu, zjadłam gnocchi z pomidorami w sosie szpinakowym z młodym groszkiem. Dobre to było. I zasnęłam.
Kasia poszła do pracy.
Mieliśmy z Davide jeść pizzę na kolację, ale...Się zagadaliśmy. Po angielsku. O. Trochę wujek gogiel, ale większąć sama i nawet nie"tymi ręcyma".
Jestem pod wrażeniem jakie wywarłam na samej sobie.

Zdjęć robię masę, nie nadążam obrabiać, więc tylko kilka, przypadkowo wybranych.

Oto zaułki Berno.

A tu boja w Aare, rzece, która otacza miasto.
Jest...Niesamowita. Zakochałam się w jej szmaragdowym kolorze i przejrzystości.

 

 

 

 

Dzień 4 Na Jungfrau

takajedna_ja

Kto był w Tatrach ręka w górę!
Ja byłam kilka razy. Piękne, dzikie, ogromne. Tak. A teraz proszę to zwielokrotnić...I rozmiar i dzikość i urodę.
Wybrałyśmy się z Kasią trochę za późno, opierając się na przeświadczeniu, że skoro cała Szwajcaria ma wielkość województwa warińsko-mazurskiego i wszędzie jedzie się niecałą godzinę to wyjazd o 13 jest okej.
Niestety - nasz niefrasobliwość odniosła skutek.
Już na dworcu niespodzianka - nasz pociąg jest odwołany bo jakiś wypadek po drodze. Trzeba było wsiąść w inny.
No to wsiadłyśmy.
Ledwie wyjechał z Berno natychmiast obie przylepiłyśmy nosy do szyby i tylko jęczałyśmy z zachwytu. Głowy omal nam się nie poukręcały od spoglądania raz w jedną, raz w druga szybę. Kompletnie pochłonięte widokami za oknem zapomniałyśmy chyba o kulturze - pokazywałyśmy palcem i krzyczały "patrz tu, tu patrz".
Po mniej więcej godzinie nieco okrzepłyśmy w naszych zachwytach i wtedy zobaczyłam, że tubylcy popatrują na nas, ale raczej z sympatią niż naganą. Kasia, gadająca po niemiecku z prędkością karabinu maszynowego (uuuups! w tym kontekście to chyba złe porównanie), zawarła krótkoterminową znajomość ze starszą panią siedzącą obok. I tu pani nas zaniepokoiła, bo stwierdziła z pewnym wahaniem, że "na Jungfrau jedzie się długo, ale powinnyśmy zdążyć". Aaaale jak to długo? 
Kolejne stacje i stacyjki, kolejne pociągi, kupowanie biletów u konduktora, wreszcie, dotarłyśmy do Grindelwald. Stamtąd już droga tylko w górę i pod górę. Upał był nieziemski, więc w wagoniku z drewnianymi siedzeniami okna otwarte na przestrzał, ciuchcia mozolnie pełzła pod górkę, a my tkwiłyśmy w tych otwartych oknach jak przymurowane w nabożnym milczeniu. Zachwyty, okrzyki przestrachu i zadziwienia skończyły się nam jakieś pół kilometra niżej. Teraz można było tylko milczeć i...utwierdzać się w wierze w Boga (Kasia) i wątpić w zwątpienie (ja).
Tak dotarłyśmy do Kleine Scheidegg, gdzie czekała nas ostatnia przesiadka. Zrobiło się zimno i jakoś tak...mniej słodko, bardziej surowo. Wyciągnęłyśmy kurtki.
Jeszcze jedna ciuchcia, niemal pusta. Prócz nas i obsługi był tam jedynie jakiś pan. O nie, on nie jechał tą ciuchcią żeby sobie tylko popatrzeć co stwierdziłam widząc jego znoszone buty i wytarty plecak z przytroczonym czekanem. Na bank nie był zwykły turysta-cepr jak my. Zastanawiałam się czy rękę stracił w górach czy też może w jakichś innych okolicznościach. Tak, nie miał ręki. Jego wygląd i zachowanie sugerowały, że ta jego część mogła być okupem za całą resztę...
A potem ciuchcia wjechała w tunel i...tyle było widoków.

Na kolejnych przystankach można było wysiąść i popatrzeć przez wykute w skale, oszklone okna.

 

Tam też mijaliśmy pociągi jadące z góry, w których pełno było...śpiących ludzi ( głównie Azjatów). Zastanowiło mnie zjawisko. Cóż oni tam, na tej górze wyczyniają, że śpią takim kamiennym snem, że nawet zatrzymanie pociągu ich nie wybudza?
Wreszcie ostatnia stacja na wysokości 3454mnp.
Wysoko jesteśmy, stwierdziłam i leciutko wskoczyłam na kilka stopni schodków prowadzących w górę do pełnego komercji kompleksu handlowo-rozrywkowego.
to znaczy miałam zamiast zrobić to lekko, bo stopnie niewysokie i niewiele ich...I nagle odkryłam, że ważę tonę! Przenieść moje 70kilo z małym okładem z nogi na nogę okazało się wysiłkiem granicznym. Serce łupało w piersi, w głowie dzwoniło, przed oczami mroczki a pod stopami wyczuwalny ruch ziemi.
Wiedziałam, że 3,5 kilometra to wysoko, ale nie wiedziałam, że TAK wysoko. I zrozumiałam tę śpiącą pokotem masę ludzką w pociągach jadących w dół.
Przyjechałyśmy tuż przed zamknięciem. Obejrzałyśmy sklep Lindta, kupiłyśmy trochę czekoladek, wysłałam kartkę do wujków, wypiłyśmy kubek kakao szumnie zwanego czekoladą, wyszłyśmy na zewnątrz, na wydeptany placyk z masztem i szwajcarską flagą. Dookoła był śnieg, skały i niebieskie niebo. Pod nami - chmury.


Został nam do pokonania ostatni odcinek, na sam szczyt, na taras widokowy...Niestety -to była najokrutniejsza zemsta za nasze guzdralstwo. Czasu nie wystarczyło, trzeba było zjechać.
Kasia była rozczarowana głęboko. Ja...z powodu dolegliwości wysokościowych przyjęłam to ze stoickim spokojem.
Wracałyśmy w zachodzącym słońcu, patrząc jak lśniące szczyty nikną w mgle, obserwując długie cienie zasnuwające doliny rodem z reklam Milki.
Boleśnie odczuwałam fakt, iż być może oglądam to po raz ostatni w życiu.

Zdjęć ciąg dalszy

takajedna_ja

Tola na Hindens Rev uprawiała plażing...

 

sprint...

 

oraz wspinaczkę wysokogórską.

 

A w międzyczasie poganiała maruderów.

Obiecałam

takajedna_ja

trochę zdjęć. Czas jak głupi, nawet nie wiem na czym mi upływa...

Na początek zdjęcia "podróżnicze". Z powodu choroby eM prowadzimy w tym sezonie tryb życia mocno osiadły.No ale Piesa ma swoje wymagania, więc choć w weekendy staramy się pojechać tam, gdzie polata kilka godzin bez konieczności brania na smycz.
I tak w poprzednią niedzielę pojechaliśmy na Hindens Rev - taki śmieszny półwysep.

Było słonecznie, ciepło choć mocno wietrznie.

A nasze jeziorko jak się roztańczy to ho-ho!
Pies łaził po chaszczach a ja szukałam inspiracji, bo jednak zdjęcia w pełnym słońcu to nie jest to co tygryski lubią najbardziej. No, ale jak się nie ma co się lubi...

Od razu się przyznaję, że poniższe zdjęcie zgapiłam od koleżanki EwyR, która jest mi wzorem i inspiracją.

A to zdjęcie ma jakąś tajemnicę w sobie, coś opowiada i dlatego podoba mi się.

Wariacje na temat mlecza

takajedna_ja

Wczoraj trafiła się, wyjątkowo w tym roku, słoneczna sobota.
Dodatkowo nie wzięliśmy Zuzanki na weekend. A eM czuł się nie najgorzej ( to też jest rzadkie ostatnio). 
Pojechaliśmy więc sprawdzić czy to prawda, że Kinnekulle widać z Dalslandii. Owszem. Widać. Widok z Tavlekullen wart jest około kilometrowej wspinaczki pod górkę.
DSC_0051

Popatrzyliśmy, zeszli i tyle.
Za to na parkingu i wokół niego szalały mlecze. Przypomniałam sobie, że Malwa prosiła o artystyczne zdjęcia mleczy. Czy artystyczne to ja nie wiem. Umówmy się, że to były Wariacje Na Temat Mlecza. 

 

Droga Mleczna

wariacje61

Mleczne słońce ( skoro trzymamy się konwencji kosmicznej)

wariacje5


 

wariacje4

 

Tu już mi się żaden, kosmiczny ani inny, tytuł nie nasuwa. W związku z tym można mówić, że to zdjęcie ma tytuł "Nie wiem co miałam na myśli"

wariacje3

Tu też nie bardzo...

wariacje2

Ani tu...
wariacje1Alel, ale.
Jak ktoś dobrnął do końca, to mam propozycję.
Macie jakieś pomysły na Wariacje Na Temat Mlecza? Dawajcie w mailach albo komentarzach. Mogą być zdjęcia, mogą być opisy pomysłów.

...i gdy człowiek wejdzie w las

takajedna_ja

 to nie wie
czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć,
patrzy w las w jak w śmieszny rysunek
i przeciera oślepłe oczy,
dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy
i na serce kładzie mech jak opatrunek...

Zuzia okazała się cudnym kompanem na wycieczkę. Jeszcze tylko musi się przestać bać wszystkiego małego co lata...Wodospad wzbudził jej przeogromny entuzjazm - chyba jeszcze nigdy nie widziała takiej siły natury. wodospad
A ja korzystałam z tego, że wreszcie trochę słońca i ...
Malwa tu dla ciebie wariacje na temat mlecza:
Stadium1
1mlecz1Stadium22mlecz1

Stadium33mlecz1

A jak się tak człek położy na ziemi to z bliska świat wygląda zupełnie inaczej:
zbliska

 

zbliska1

zbliska2

zbliska3

No ale nie ja... Okulary trzeba zmienić na silniejsze, więc nic dziwnego, że czasem widzę świat jakoś tak jakby odwrotnie...
Kaczka (co się dziwisz?) Na niebie?
odwrotnie1

i zatopiony las
odwrotnie2

 

 

 

 

 

Wokół groty Lassego

takajedna_ja

Niemal kilometr od najbliższych zabudowań, od szosy. Najbliższe otoczenie nie jest zbyt zachęcające niezależnie od pory roku. Jest ponuro. Gęsty, mieszany las. Podmokły teren gdzie nawet latem jest grząsko, istny raj dla różnej maści skrytożerców. Oblepiony spadłymi liśćmi, przerzucony nad grzęzawiskiem, uginający się drewniany mostek jest śliski. Trzeba ostrożnie stawiać kroki.
Lasse1
Za mostkiem, nieco pod górkę wyłania się rozległa łąka z każdej strony otoczona drzewami. Za nią wznosi się stromo zbocze Kinnekulle z przyklejoną doń małą, kamienną chatą. Tylną ścianą tej sadyby jest skała Kinnekulle.
Lasse2

Lasse3

Wydaje się nieprawdopodobne, ale w tej rezydencji przemieszkał ostatnie 30 lat swojego życia Lars Eriksson zwanny Lasse z Góry lub Lasse z Groty. Nieprzeciętny musiał to być człowiek, choć łatwego charakteru to on nie miał. 
Urodził się 17 listopada 1828 w Skälum. Początkowo pracował jako parobek w różnych gospodarstwach lecz nie był z tym szczęśliwy. Chciał być wolny.
Na kilka lat zniknął, nie wiadomo co się z nim działo. Mówiono, że udał się na północ, że pracował tam w lesie. Być może to tam nauczył się żyć trudnych warunkach. Potem przez jakiś czas służył w pułku artylerii w Sztokholmie, miło to potem wspomniał, najchętniej wspominając spotkanie z królem Karolem XV. Podejrzewano, że fantazjuje, ale komu to szkodziło?
Lasse uwielbiał polowania. Był niezmordowanym i bezkonkurencyjnym tropicielem. Znał się na broni, umiał ją sam zbudować. Umiał także zrobić naboje. Był niezbyt towarzyskim człowiekiem, miał cięty język i byle głupstwo wystarczało, by go użył. Gdy jego dom nachodzili intruzi równie szybko sięgał po broń i pokazywał przybyszom drogem do wyjścia. Mimo to miał kilkoro oddanych przyjaciół, których czasem odwiedzał, ale najbardziej lubił samotnie włóczyć się po lasach.
Prawdziwa historia Lassego z Groty zaczyna się około 1870 roku.
Lasse i jego żona Inga nie mieli własnego domu. Mieszkali w wynajmowanej od krewnego chacie, ale ten pewnego razu postanowił się tam wprowadzić. Lasse i Inga zostali bez dachu nad głową. Lasse znany był ze swojego trudnego charakteru i nikt nie miał ochoty mieć go za lokatora. Lecz Lasse się nie martwił. Co rano brał broń i wychodził. Inga, przyzwyczajona do tego, że Lasse robi to, co chce, nie przeszkadzała mu. Tylko czasem pytała
- Co z nami będzie?
Wtedy Lasse odpowiadał spokojnie
- Będzie dobrze, nie martw się. Jednak któregoś dnia Inga zobaczyła, że zniknęła jedyna wartościowa rzecz jaką miała: krosna. To była przysłowiowa kropla przepełniające czarę goryczy. Wymknęła się za mężem i cicho podążyła jego śladami. To co zobaczyła zaskoczyło ją całkowicie. Lasse wymurował na zboczu góry dom z kamieni ze skalnym dachem i skalnymi ścianami. Były okna, drzwi i komin. W tej chacie odnalazła swoje krosna Inga lecz prócz nich nie było tam wiele więcej. Ścianę skalną obił Lasse deskami i uszczelnił gazetami, mimo to, zwłaszcza jesienią i zimą panowała tam ogromna wilgoć.
Tak Inga i Lasse zamieszkali w grocie...
Lasse polował, produkował broń i wyplatał kosze. Nie lubił miasta i jeździł tam tylko po to by kupić alkohol. Po prawie 30 latach przeżytych w grocie, 2 czerwca 1908 zmarła Inga. Lasse po jej śmierci zaczął coraz mocniej niedomagać aż w końcu, w 1910 roku zabrano go do przytułku gdzie zmarł 4 kwietnia. Kilka dni po jego śmierci domek został rozszabrowany i zdewastowany, prawdopodobnie z zemsty przez najbliższych sąsiadów.
Zaglądamy do środka. Mroczno, ciasno, słychać szum ciurkającej gdzieś po ścianie wody. Nie do wiary, że ktoś dobrowolnie chciał tu mieszkać.
Lasse4

Śliskie, kamienne schody, obsypane opadłymi liśmi prowadzą nas w górę. Z góry widać płynącą strugę, która musi spływać gdzieś z góry. Na jakiejś starej mapie widziałam znak oznaczający wodospad. Ruszamy więc na jego poszukiwanie.
Idziemy jesiennym lasem, lśniącym tysiącem kropel po niedawnym deszczu. Jest cicho, żółto, słonecznie
Lasse6

Lasse5

Przechodzimy ogrodzone pastuchem pastwisko. Mijamy kolejną bramkę i jesteśmy na drodze. Drogowskaz mówi, że w lewo dojdziem do Forsvik a w prawo do Husaby. Idziemy do Husaby.

Lasse7

Jeszcze parę metrów...Słychać szum wody. Tak, jest! Wartki strumień płynie kanałem pomiędzy skałami, przepływa pod drogą i spada ze stoku.

Lasse8Za strumieniem czyjaś posiadłość. Gospodarz kręci się po podwórzu i popatruje na nas...zaraz...Z niechęcią? Na przekór własnej niepewności robię kilka zdjęć. Potem podążam w dół strumienia. Nie ma ścieżki, strumień spada z szumem, wydaje mi się, że słyszę czyjś głos? Odwracam się. Na górze stoi gospodarz. Czuję od niego złość, choć jest daleko.
- To prywatny teren! - wrzeszczy.
M już jest na dole, mnie dzieli od zejścia tylko kilka kroków. Mimo to zawracam, M też, lecz nie mogę się oprzeć. Jeszcze jedno zdjęcie, kucam z facetem stojącym mi niemal nad karkiem.
Lasse10

Lasse91

Schodzimy drogą odprowadzani wrogim spojrzeniem. Kawałek asfaltem i znów piaszczysta droga.Płaskie pole, jesienne pole i stercząca ponad drzewami trójgłowa czasza wieży kościoła w Husaby.

Lasse12

Humory nam się nieco skwasiły.
- Ale jednak znaleźliśmy wodospad! - triumfujemy. A potem wpadamy na tę samą myśl.
Może to był potomek Lassego?
A może...Lasse?

Byłam w Helsinkach

takajedna_ja

i się zakochałam. Nie wiem co sprawiło, że odjeżdżając czułam niedosyt i smutek, jakbym zostawiała kogoś kochanego. A niby miasto jak miasto.
Ale, mimo zimy, szarości, bo słońce nie miało ochoty współpracować, było coś...
Pierwsze wrażenie : jakbym była w Olsztynie, gdzie już zaczęły jeździć tramwaje.
Gdy stanęliśmy z mężem patrząc w mapę na jakimś rogu jakiś elegancki mężczyzna zapytał nas czy nam w czymś pomóc. Podobno pytał po angielsku. Ja odkryłam, że jak rozumiem, to nie wiem czy ktoś powiedział po szwedzku czy po angielsku...
Szwedzkim posługiwałam się wszędzie i nigdzie nie miałam z tym problemu. Tak samo jak kartą bankową.
Na następnym rogu, gdy ratujemy przed przewrotką starszą panią, jej wnuczka od wypadnięcia z wózeczka, zbieramy rozsypane zakupy odbieramy serdeczne "kiitos, kiitos" i prawie uściski.
Na kolejnym rogu znów ktoś nas pyta czy nam pomóc widząc mapę...
Finowie są niżsi od Szwedów, bardziej różnorodni. Noszą się cudownie, kolorowo i z fantazją.  Angielski i szwedzki funkcjonują wszędzie. Tak samo jak uśmiechy. Tylko kierowcy nie zatrzymują się przed przejściami dla pieszych. A ceny zwalają z nóg. Ktoś mówił, że Szwecja droga ??  W Finladii nie był...
Na rogach sklepiki i kawiarenki. A pizza ma smak i zapach pizzy.  
 

Obrazki z wycieczki są do pooglądania.
Wypłynięcie 

Helsinki

Powrót 

Po drodze

I premia dla wytrwałych

Kto obstawiał Wyspę Mniejszą

takajedna_ja

też wygrał. Bo też byłam. 
Niestety słońce zrobiło to, co zwykło robić w weekendy - schowało się. Było więc szaro choć bezwietrznie i ciepło.  Rower też się nie popisał, kołem strzelił focha, i choć pedałować się dało, to jednak wymagało to sporego wysiłku. Mimo to, zostawiwszy chłopaków z wędkami nad przesmykiem, udałam się na eksplorację wyspy. Było pusto, cicho jak makiem zasiał i odludnie. Dziwne uczucie znaleźć się w prawdziwym, dzikim lesie, gdzie nie słychać żadnych oznak życia. W moim warmińskim lesie, nawet gdy zapuszczałam się bardzo daleko, wciąż słychać było stłumiony szum samochodów. A tu nic. Tylko zgrzytanie ocierającego się koła rowerowego. Wyspa jest niezamieszkała, mam wrażenie, że jeszcze nie, bo widziałam tabliczki, które sugerowały, że albo już się tam buduje domy albo wkrótce zacznie. Choć sądzę, że bardziej można się spodziewać domów letniskowych niż całorocznych.
Zrobiłam jakieś 6 kilometrów trochę jadąc, trochę idąc. Natrafiłam na jakąś chatkę, nad  porośniętym szuwarami brzegiem, i zawróciłam bo zaczęło mżyć. Zgrzałam się i upociłam, więc zdjęłam bluzę. Teraz mam katar gigant!
Zdjęcia wyszły takie sobie, bo bez słońca to ja nie umiem robić ładnych zdjęć.
Najpierw, nim na wyspę, pojechałam uwiecznić ruiny zamku i starego domostwa.

 

 

 

Zawsze mnie zastanawia jak takie miejsca wyglądały przed wiekami, wtedy gdy ludzie się tam osiedlali. To, tutaj wygląda na wyjątkowo mało gościnne - otoczone wodą i mokradłami, takie pewnie było łatwiejsze do obrony.

A poniżej wyspa Mniejsza i bezludny las. 

 

 

Zające pod chatką. Ten, na pierwszym planie, myślałam, że jest sztuczny. Podchodziłam coraz bliżej i bliżej a ten ani drgnął. Potem przykicał ten drugi. Oba zachowywały się jak oswojone. Nie uciekły nawet gdy wyszłam z krzaków. 

 


Przesmyk, gdzie chłopaki łowili ryby.

Nakarmić fiorda cz3- zdjęcia

takajedna_ja

Bramki na płaty odcinek E6

A tu już przekraczamy granicę Szwecji oraz Unii Europejskiej. Pod nami Idefjorden.
 

Gdzieś po drodze
 

We Fredrikstad
 

Karmimy fjorda czyli nad Idefjorden po stronie szwedzkiej
 

Na zachodnim wybrzeżu w Grebbestad

 

O, tam to by mi się może podobało. Tam, za tamtymi skałami, gdzie błyska skrawek morza... 



 

Nakarmić fiorda cz2.

takajedna_ja

Chwilę później stanęliśmy na krótki popas przy informacji turystycznej. I tu stwierdziłam, że chyba Norwegom dobrze robi NIE-bycie członkiem Unii. Wreszcie można było w sklepiku znaleźć coś innego niż kubeczki z łosiem, coś co zdecydowanie pokazywało w jakim kraju jesteśmy – czapki, swetry, skarpety, papucie – wszystko w tradycyjne norweskie wzory, które uwielbiam. Oczywiście badziew w postaci breloczków, kubków, magnesów też. I to, co w Skandynawii lubimy najbardziej – ogromna ilość folderów i mapek różnej maści. No a zaraz potem boczna droga i ...to co lubię najbardziej.
Pola, lasy, zarośnięte łąki, pobocza z wysokimi trawami. Nareszcie bardziej naturalnie, nareszcie koniec z równiutkimi opłotkami i tak samo równiutkimi polami jak spod linijki. W oddali, pośród zalesionych pagórów błysnęła woda. Razem z synem zażądaliśmy postoju.
...A potem był Fredrikstad, gdzie GPS, któremu zadaliśmy „centrum miasta” wywiózł nas aż na przedmieścia. Parking zalany słońcem. I żebrząca dziewczyna pod parkometrem. I żebrząca kobieta przy którymś z wielkich sklepów. 
W kolejnej informacji turystycznej kupiłam kartki, sprzedawczyni po angielsku zmartwiła się że nie ma znaczków, po angielsku powiedziała gdzie poczta. Mąż ją poinformował, że może mówić po szwedzku, więc powtórzyła tę samą informację po norwesku, który jest prawie jak szwedzki tylko z dziwnym akcentem...A na poczcie okazało się, że męża obie karty Mastecard nie działają. Na szczęście za drzwiami był bankomat, bo ja w międzyczasie zdążyłam nakleić już znaczki...
Ale zaraz! Poczta! W Szwecji nie ma takiego czegoś. Są punkty pocztowe w sklepach lub na stacjach benzynowych.
Przeszliśmy się deptakiem, zajrzeliśmy do kilku sklepów. Mąż doznał opadu szczęki na widok trzykrotnie wyższej ceny piwa. Upał był obezwładniający i jedyne o czym marzyliśmy to wydostać się z miasta. Może ono i ciekawe, może warto spędzić więcej czasu, może warto odwiedzić starą osadę i stary fort, ale nie w tym upale.
Wróciliśmy do siebie czyli do Szwecji.
Postanowiliśmy pojechać nad Idefjord, który stanowi naturalną granicę między oboma krajami.
Popołudnie już było w pełni, męska część wycieczki głodna tak, że miałam obawy czy nie zaczynają patrzeć na mnie jak na obiekt do zjedzenia. TomTom, niech przeklęte będą mapy jego, tak nas nad ten Idefjord prowadził, że zamiast pięciu zrobiliśmy dwadzieścia pięć kilometrów, znów do tego nieszczęsnego, ponurego zapadłego Skee. Wreszcie znaleźliśmy jakiś zjazd nad fiord, rozpaliliśmy grilla i wreszcie fiord mógł nam jeść z ręki. Okolica była dzika i niegościnna. Kamienny brzeg, szuwary dookoła, w dalszym sąsiedztwie jakieś statki, kilka domów letniskowych. Dookoła lasy, trzęsawiska i głazowiska... Ponuro i odludnie.
Wycieczka była do kitu. Za gorąco, bez widoków na dobre widoki, masa ujechanych kilometrów i żadnych w zasadzie wrażeń.
Wróciliśmy do starego planu – jedziemy do miasteczek na wybrzeżu. Zaczynamy od Grebbestad, przez Fjalbacka i kończymy na Hamburgsund.Tak zrobiliśmy.
I po raz pierwszy w życiu wszędzie miałam chęć uciec szybciej niż przybyłam. Ludzie, samochody, masa łodzi w portach, smród smażonych krewetek i ryb. Nawet panorama ze skały była taka sobie. Zdecydowanie Lysekil i Marstrand wciąż nie mają konkurencji jeśli chodzi o urokliwość a przecież i tam zawsze pełno turystów. Wróciłam do domu zmęczona i rozczarowana... 



Nakarmić fiorda cz1.

takajedna_ja

O tej wycieczce mówiliśmy już wczesną wiosną. Że pojedziemy zobaczyć ostatni kawałek zachodniego wybrzeża, którego jeszcze nie zwiedziliśmy. Dopiero w ostatnim czasie przyszło mi do głowy, by zahaczyć o Norwegię. Nie, nie do Oslo, bo to jest masa kilometrów, ale do Fredrikstad, tuż przy samej granicy.Raz tylko zerknęłam do internetu w poszukiwaniu informacji o tym mieście, o tym co można zobaczyć tam lub w najbliższej okolicy. Odkryłam, że we Fredrikstad jest sporo Polaków, że mają nawet swoją stronę internetową. Jest też stara twierdza i jakaś stara osada.  Tyle na początek wystarczyło. Resztę, czyli dane dla nawigacji, ewentualne ceny, kurs korony miałam sprawdzić w wieczór przed wyjazdem. I to był błąd. Bo tego wieczoru zmogło mnie słońce jak wiadomo. A TenMój nie wpadł na pomysł wyszukania takich informacji.
Wyjeżdżaliśmy wcześnie. Nie do końca w dobrej formie szykowałam to, co uszykować trzeba, kompletnie gubiąc się w tym natłoku różnych czynności, kawa mi nie szła, herbata też, mózg zmęczony najwyraźniej spał, a żołądek domagał się jakichś nieprawdopodobnych rzeczy : zupy ogórkowej, sałatki ziemniaczanej, cebuli i cukierków.  W końcu łyknęłam na szybko pół kubka chemicznego barszczu, żołądek się nieco uspokoił, mózg leniwie wprawdzie ale podjął pracę...Chaosu dopełnił Janki, który najpierw zdecydował, że jedzie (ha-ha, fiordy będą mi jadły z ręki) potem, dowiedziawszy się, że to nie TE fiordy jedziemy oglądać stwierdził, że nie jedzie, po czym, gdyśmy już wsiadali do samochodu orzekł, że coś mu mówi, że będzie żałował jak nie pojedzie, więc jedzie. Mąż w ostatniej chwili dorzucił do koszyka kilka bułek więcej, żeby było do grillowanej kiełbasy.Ruszyliśmy wreszcie, jak zawsze pół godziny później niż planowaliśmy. 
Najgorsza w wyjazdach, najbardziej przeze mnie nie lubiana jest trasa do Trollhattan. Zjeżdżona setki razy, bo z naszej Mieściny, gdziekolwiek na zachód chcemy się udać najpierw musimy przemierzyć tę trasę. Trasa wiedzie przez jednostajną równinę gdzie jedyne co się zmienia to ilość wiatraków oraz szybkość ich obrotów. Dodatkowym źródłem irytacji tym razem był jeszcze nasz GPS. Nowiutki, kupiony przed dwoma czy trzema miesiącami, TomTom z uporem maniaka za każdym razem gdy jedziemy na Trollhattan każe nam jechać objazdami, bo wg niego ta droga, którą jedziemy jest częściowo zamknięta. Jeździmy tamtędy od czterech lat, średnio raz w miesiącu i ta droga nigdy nie była zamknięta! TomTom podłączony do internetu mówi, że mapy ma aktualne...
Ale wreszcie Uddevala i zjazd na trasę E6 do Oslo. Nareszcie autko dostało prędkości, zadowolone, że może sobie pokowboić z prędkością  110km/h mruczało rozkosznie niosąc nas w daleki świat. 
Gdzieś w połowie trasy zapytałam M.
- A grilla wziąłeś ? 
Zacukał się. Nie wziął. No trudno, kupimy jednorazowego.
Ale tymczasem GPS nakazał nam zjazd z wygodnej i szybkiej szóstki, zepchnął na jakąś boczną drogę, pokazując, że w rezultacie mamy dojechać do owej szóstki. Zgłupieliśmy do reszty, bo postanowiliśmy słuchać. Może droga zamknięta, może jakiś remont, może coś tam. Nie zastanowiło nas, że inni jadą.  Starą , jak się domyślam , szóstką zatoczyliśmy koło i kilka kilometrów dalej wróciliśmy na autostradę.
Aktualna mapa, ha-ha!
Potem zaplątaliśmy się całkiem dobrowolnie w miejscowości o dziwnej nazwie Skee. Szukaliśmy sklepu czy stacji benzynowej żeby kupić owego grilla. Jedyne co znaleźliśmy to opustoszałe, zamknięte na głucho budynki po dawnym sklepiku i kilka szop z napisem „opony”. Osada rozsiana wokół bocznej drogi, z pozaklejanymi drogowskazami na Oslo sprawiała wrażenie opuszczonej lub wymarłej. 
Granica była już blisko, coraz więcej aut miało na tablicach flagę z niebieskim krzyżem. Skręciliśmy na Stromstad, w poszukiwaniu tego nieszczęsnego grilla. Sklep znaleźliśmy bez większych kłopotów podążając za kolejką aut w której większość miała norweskie tablice.Wreszcie zakup dokonany i mogliśmy ruszyć z kopyta.
Mąż kazał uciszyć TomToma żeby mu głupot nie gadał a ja rozłożyłam mapę żeby wedle starej  prawdy „karate-karatem a siekierka-siekierką” pilotować.Przydrożne skały niewiadomo kiedy zmieniły kolory z różnych odcieni szarości na beże. Droga szła górą, co i rusz otwierał się widok na jakąś przepaścistą dolinkę. Wreszcie pojawiły się napisy „granica państwa”, przemknęliśmy nad Idefjordem i wreszcie, pierwszy raz w życiu byłam „za granicą” .
- Jak za granicą ? jak pierwszy raz? A jak pierwszy raz leciałaś do Szwecji ?– mąż wątpił.
- To leciałam zobaczyć inny dom, a nie „zagranicę”
- A teraz jak latasz do Polski ?- To latam do starego domu, a nie „zagranicę”. Syn mnie poparł, bo on też chciał poczuć, że jest za granicą.
W międzyczasie bramka do wjazdu na płatny kawałek drogi zachowała się dziwnie. Bo wypluła naszą kartę szybciej niż połknęła i zamrugała zielonym okiem jakoś tak niecierpliwie...Czyżby Mastercard TegoMojego jej się nie spodobała ?

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci