Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Tola

Porannie

takajedna_ja

Tosia leży na łóżku, wpatrzona we mnie i merda ogonem. Słyszę jak ogon uderza w łóżko pac-pac. Gdy podniosę wzrok ogon się zaktywizuje, merdanie przyspieszy, pac-pac-pac-pac nabierze częstotliwości.
Ten pies mnie czasem wkurza. Gdy się spieszę, gdy jestem czymś zdenerwowana, tracę cierpliwość na spacerach, szarpię smycz gdy nieruchomieje z nosem w kępie traw, ciągnę ją gdy siedzi uparcie na tyłku i nie daje się żadną siłą ruszyć bo kierunek nie ten.
Ale to rzadko.
Zwykle mnie rozśmiesza i rozczula.
Wczoraj wieczorem przyszła do mnie, coś pisałam do kogoś.
-Idziemy na spacerek -zameldowała cała szczęśliwa. Szczęście u Tosi wyraża się tym, że kręci się cała jak korkociąg. Ogon w jedną stronę, tyłek w przeciwną, tułów też w inną i barki i głowa. Jest prześmieszna wtedy.
-Idziemy na spacerek - przypomniała i podała mi łapę.
-Tosia, już , poczekaj, idziemy, daj mi chwilę, dokończę...
-Nie, idziemy, teraz - i znowu ładuje łapkę jakbym to za tę łapkę miała ją wyprowadzić
-Żadne teraz, za chwilę -oponuję stanowczo.
Wstała. Podeszłą bliżej. Położyła mi jedną łapę na ramieniu. Nachyliła się i zajrzała mi w oczy łapą przypierając do fotela.
-A założysz się? - pyta. I druga łapa pac wylądowała na klawiaturze trzymanego na kolanach lapka. Ups jak niefortunnie, bo dokładnie na włączniku.
Nie zakładałam się, nie było o co. Udowodniła mi.

Taka jest ta moja Tosia.
Na spacerach, szczególnie za miastem gdzie pozwalam jej pobiegać bez smyczy, napotkani ludzie się za nią oglądają, starsi się nie certolą, po prostu głośno wyrażają swój podziw. Sama muszę przyznać, że jest piękna. Jest masywna ale proporcjonalnie zbudowana, ma piękną głowę i puchaty, lekko podwinięty ogon, który w ruchu nosi prawie równo z grzbietem. Sierść ma lśniącą, pofalowaną, gdy biegnie, słońce refleksami tańczy na każdym włosie, co sprawia, że wydają się być w nieustannym ruchu.
Z daleka nie widać pewnych wad. Tego, że ma przodozgryz. Nadmiaru czarnych znaczeń na kufie i na kołnierzu nie uzna za wadę ktoś, kto nie zna się na berneńczykach. To są malutkie wady (choć przodozgryz nieco mnie niepokoi ) ale sprawiają, że Tola nie może i nie powinna być rozmnażana. Nie będzie szczeniąt. EM co prawda chowa takie marzenie gdzieś w zakamarku duszy, ale jeżeli nie zrobi niczego podstępnie to pozostanie to w kręgu tylko marzeń.
Ja uważam, że psów "rasowych ale bez rodowodu" jest pełno w każdym schronisku. Nie ma potrzeby ich rozmnażać.
Zresztą jest jedna ważna rzecz.
Wzięcie Toli do mieszkania w bloku to był z naszej strony czysty egoizm. Ona potrzebuje domu z dużym terenem dookoła. Najlepiej czuje się na podwórku, w mieszkaniu jest jej za gorąco, poza tym nudzi się śmiertelnie, a ja nie mogę zajmować się nią cały czas. Na podwórku miałaby wyzwania, bodźce, pracę do wykonania, bo berneńczyki to psy, które lubią pracować.
I serce mi się kraje gdy widzę, jak Toli potencjał znajduje ujście w poszczekiwaniu na sąsiadów, podkradaniu nam kapci czy skarpetek, czy szarpaniu papieru. Całe zachowanie Tosi mówi "nudzi mi sięęęęęęę".
Ale co zrobić? Poświęcam jej sporo uwagi, bawię się, wymyślam zabawki. Nie oddam przecież! Nawet gdybym ją miała oddać do domu z ogrodem. Choć...gdybym widziała, że tam jest szczęśliwa? Szczęśliwsza?
Tymczasem z racji tego, że jesteśmy z psicą całymi dniami we dwie, Tosia przylgnęła do mnie. Owszem, Pańcio jest kochany, pozwala na siebie skakać, pozwala wyrywać sobie z ręki torby z zakupami, Pańcio podsuwa smakołyki, awanturuje się o coraz to inną karmę, żeby piesek kochany zjadł, bo znowu dwa dni nie ruszył tego co ma w misce. Ale gdy ja wychodzę, pies biega po całym domu i mnie szuka, dostaje szału gdy wie, że wracam, skacze na drzwi, skomli, biega od od balkonu do drzwi wejściowych.
A wieczorem przychodzi na chwilkę, zwija się w kłębek tam, gdzie jeszcze niedawno zwykłe kładł się Kocio. Jakby wiedziała, że w tym miejscu jest pustka i chciała ją zapełnić. Wzdycha, sapie, kładzie mi ciężki łeb na ramieniu, zimnym nosem trąca policzek, pachnie psem a miękkie futerko przesypuje się pod palcami. To znak, że mogę już odłożyć książkę, zgasić światło, ułożyć się koło niej. A gdy zaczynam przysypiać, ostatnie co notuję to ostrożne schodzenie psa z łóżka. Tak samo jak ja, gdy Zuzia już zaśnie i nie chcę jej obudzić. Zastanawiam się czy Tola wie, że robi mi za nianię i przytulankę do snu?

Ach...
Miało być o wszystkim z znowu jest Tola, Tosia, Toleńka.
Ale niech już tak.
Wymyśliłam kolejny pretekst by na pewno jesienią wziąć kotka. Najpierw kotek miał być większy, roczny co najmniej. Ale eM zasugerował, że im młodszy tym łatwiej zaakceptuje Tolę. A może zdarzy się cud i Tola uzna kotka za swoje stado, którego ma pilnować? (Stadko powinno się składać ze sztuk co najmniej dwóch, podpowiada mi dusza, ale kurde...Czy mogę mieć w domu ogromnego psa i dwa koty? Czy to nie przesada? A co z finansami? Wszystko kosztuje)
Kotek musi być. Dopiero wtedy uznam, że mam w domu komplet.

To Tola 14 miesięcy

takajedna_ja

Koleżanka się domaga więcej informacji o tej panience.
Tola w tej chwili ma 14 miesięcy, waży 36 kilo (dane sprzed miesiąca).
W zasadzie można powiedzieć, że jest już dorosłym psem, ale...ja się pocieszam, że jednak nie.
W przypadku Toli sprawdza się powiedzenie "uważaj o czy marzysz".  P-Sunia umierając miała 14 lat i do ostatniego miesiąca życia była psem szalenie aktywnym, wesołym, skłonnym do zabaw i gonitw. Gdy minął czas żałoby (a trwał jakieś cztery lata) i zaczęłam pragnąć nowego "ogonka" w domu zachwyt wzbudził pies mojej koleżanki. Pies który ewidentnie ma ADHD. I kiedy przekonywałam męża do zakupu takiego szczeniaczka to używałam tego jako argumentu. P_Sunia  bowiem miała psie ADHD. A ja chciałam psa podobnego do P_Suni.
No, a potem postanowiłam zaszaleć, raz w życiu sprawić sobie psa wielkiego.
No i sprawiłam, jak widać.
Tolunia jest kochana. Naprawdę. Niestety nie ma tej przypisywanej psom wielkich ras równowagi psychicznej, tej stateczności i dostojeństwa. Nie. Tola jest psem żywym...bardzo żywym? ADHD?
Oczywiście pracuję z nią cały czas i Tola w warunkach domowych, nie rozpraszana niczym, doskonale wie o co mi chodzi. Niestety, kiedy dostaje inne bodźce, zapomina.
Ale nie, nie, nie całkiem. No jakieś postępy są.

Dotąd największym problemem było wyrywanie się na smyczy. To mamy już (prawie opanowane) tylko jak idzie coś - york, jamnik, mewa, kotek - wtedy Tola po prostu zapomina, że nie wolno tak robić i czasem się wyrywa. Wiem, że tak jest, staram się być zawczasu przygotowana, poskromić ta zapędy, ale zdarza się, że chęć poznania kolegi jest silniejsza od wszystkiego. Rzadko na szczęście.
Zastanawiacie się dlaczego Tola tak się rwie do mniejszych od siebie? Bo Tola w głębi duszy jest małym yorkiem. Miała w rodzinnym stadzie yorka, i gdy inne rodzeństwo się rozjechało, york był jej stadem. Byli oczywiście mama i tata, ale oni stali dużo wyżej w hierarchii. W stadzie byli też "mali ludzie" czyli małe dzieci. I Tola na małych ludzi reaguje tak samo jak na małe zwierzęta.
" Lecę! Dam ci buzi, chcesz?"

Ostatnimi czasy na spacerach przybyła nam jeszcze jedna atrakcja.
Tola odmawia pójścia tam, gdzie ją prowadzę.
"Nie, nie pójdziemy tam, założysz się?" Tyłkiem przyrasta do podłoża i prędzej jej głowę urwę, niż zmuszę żeby się ruszyła.
-Idziemy tam? - pytam i pokazuję kierunek. Pies siedzi na baczność: cały tyłek na ziemi, ogon wyprostowany, łapy przednie wyprostowane, grzbiet prosty jak struna, głowa lekko uniesiona.
Pytam po raz kolejny. Pies ani drgnie, łaskawie rzuci okiem na wskazywany kierunek i nadal mnie ignoruje.
- A tam chcesz iść? - wskazuję kolejny kierunek. Znowu to samo. Pies się nawet nie zniży do spojrzenia tak długo póki moja ręka nie wskaże kierunku właściwego. Kiedy wskażę, zbzikowana psica podrywa się, odbiega kilka kroków, ogląda się na mnie, lekko ciągnie smycz...jakby to ona przekonywała mnie, że" musimy iść, nie będziemy tkwić w jednym miejscu cały dzień, a w ogóle to co się tak grzebiesz".
W skrajnych wypadkach ratuję się ciasteczkiem. Skrajnymi wypadkami są sytuacje gdy Wariatka wcale nie chce iść. Nigdzie. Jej poza mówi "nie, nie ruszę się, tu mi dobrze, tu zostaję, ale o co ci chodzi? to dobra miejscówka, wszystko widać, trawa w sam raz, uspokój się kobieto, zen..." Ze mnie wtedy ten zen uchodzi, mam ochotę coś zrobić, nawrzeszczeć, dać klapsa, wziąć na ręce i pokazać kto tu rządzi, nawet za cenę głośnego protestu...
Już wiem, że to nie zadziała. Muszę znaleźć cwany sposób.
Ciasteczko, pozorna zgoda na proponowany kierunek, by po zrobieniu kółka wrócić tam, gdzie chciałam, a w ostateczności
- Tosia, zobaczymy gdzie jest eM? - mówię podekscytowanym tonem...i pies rusza z kopyta.
Tak. Pies rozumie co do niego mówię. Ona po prostu nie słucha. Jest jak dwulatek.
Idziemy. Ławka. "Mamusiu, ławka, mogę?" i już na nią włazi. Wcale nie po to by posiedzieć, żeby połazić, powęszyć, poniuchać, zobaczyć co widać z góry. Każdy większy kamień, ocembrowanie fontanny, cokół pod pomnikiem. Trzeba zaliczyć wszystko.  Na spacerach jest tyle bodźców!
Jest mądra. Ma to coś. Kiedy eM wraca z pracy, podjeżdża samochodem na parking, którego przecież z naszych okien nie widać, wiem to dużo wcześniej. Pies zaczyna skakać do drzwi, latać od balkonu do drzwi, popiskiwać, kręcić się radośnie.
Gdy jesteśmy w plenerze i oddalimy się nieco od eM mogę Tolę do niego wysłać słowami "idź poszukaj eM". Pójdzie i znajdzie. Choć generalnie bardzo nie lubi gdy jej stadko rozdziela. Lata wtedy do jednego do drugie, tego co zostaje w tyle nagania, upomina, popycha wręcz do przodu.
Oczywiście podaje łapę, kładzie się (jak ma chęć) na polecenie. Ale to sztuczki.
Nie ciągnie na smyczy. Jak zaczyna wystarczy lekkie szarpnięcie, upomnienie i zwalnia. Co nie przeszkadza, po kilku minutach znowu naprężyć smycz.
Oduczyłam ją skakać na mnie gdy wchodzę, skacze na eM ale on jej pozwala, tak samo jak pozwala wyrywać sobie z ręki plecak. Nie skacze na Zuzię, na Misię czy Emila. Niestety - skacze na gości, chce się witać, być w centrum uwagi. Walczę, ale chyba muszę to po prostu przetrenować kilka razy z kimś obcym, kto nie ma oporów przed psim ślinieniem.
Nie jest, przynajmniej dotąd nie była psem niszczącym. Oczywiście telefon, zapomniana książka, ale na 10 miesięcy to chyba nie tak wiele? Nosi w zębach nasze buty, ale tylko nosi, nie gryzie, nie szarpie. But przynoszony jest na powitanie albo jako zaczepka "nudzi mi się".
Jedno się nie zmienia i nie chcę tego zmieniać. Tola jest przekonana, że świat istnieje po to, by ona mogła go kochać. To jest niesamowite ile miłości ma w sobie ten pies. Kocha wszystko co ją otacza. Już wiem, że do ptaków czy małych piesków, rwie się ze słowami "poczekaj, tylko dam mu buzi i powiem, że go kocham". Na bank nie są to słowa " zabiję cię, rozszarpię cię, zjem".
I jest...estetką. Wiecie jak często zagapia się za lecącym motylem? Albo na iskrzącą się w słońcu rzekę?




Jest psem niezwykłym. I kochamy się jak wariatki. 

Podobno nie jestem normalna

takajedna_ja

Obraziłam się na psa. Mocno. Na zawsze. Do końca świata. A na bank do jutra.
Bo tak:
Jak nosi nasze buty w zębach, to spokojnie zabieram. Te bardziej ukochane lub delikatniejsze chowam. Bez złości, bez irytacji, wiadomo: pies w domu, buty w niebezpieczeństwie.
Jak zeżarła Marcinowi Samsunga Xcover wzruszyłam ramionami. Oj, oj tam..stary był, eM szukał pretekstu do wymiany na nowsze wersję.
Ale dziś...Dziś miałam chęć ją zamordować. Albo się rozpłakać.
Co upolował sobie dzisiaj mój "słodki pieseczek", zgadniecie?

Podziękowania oraz ...Tola

takajedna_ja

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia, kciuki i całą dobrą energię.
Tymczasem mam jeszcze kilka kłopotów, w tym z moim byłym już szefem, który retrospektywnie zyskuje szczytne miano Leona tudzież Pryncypała*.

A tymczasem na odwrócenie uwagi, na skupienie się na czymś innym: TOLA z wczoraj.

Idziesz? Fajna woda!

 

No, i kto teraz jest cieniasem?

 

Jak wypiję wszystko to może wreszcie znajdę ten cholerny kamyczek, o którym ciągle gadają:  gdzie kamyczek i gdzie kamyczek.

 

No pewnie, że kocham cię z całej siły!

 

 

*Jak ktoś czyta od czasów pierwszego bloga, w którym Pryncypał był bohaterem nr 1 ten wie o co chodzi.Tym co nie czytają lub zapominam to przypominam: Pryncypał używał słowa na k...żeby wyrazić całą gamę uczuć, systematycznie powtarzał mi, że na kiwnięcie palcem znajdzie zastępstwo na moje miejsce i to o wiele lepsze. A gdym poinformowała, że odchodzę obraził się na mnie śmiertelnie, posunął do gróźb, a jego żona niemal oskarżyła o nieuczciwość. Niestety coraz więcej widzę podobieństw. I szczękę zbieram z podłogi niemal każdego dnia i nie mogę się nadziwić, że byłam taka ślepa czy co?

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci