Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Witamy w Szwecji

Różnice kulturowe

takajedna_ja

Taka sytuacja.
Szwed za moim pośrednictwem dopina jedną transakcję z firmą, która nas tak ładnie gościła w Gnieznie i Wrocławiu. Dostajemy do podpisania umowę po angielsku, którą Szwed ma podpisać, zeskanować i odesłać. CYWILIZACJA! Przy pierwszej transakcji bałam się, że będzie problem, że jak to zeskanowany dokument i że jak to, że Szwed podpisze bez świadków, a kto będzie pewien, że to jego podpis. No wiadomo - staropolskie klimaciki, ale teraz już jesteśmy starymi przyjaciółmi: Szwed, Polacy i ja.
Zatem dostaję maila z umową, rzucam tylko okiem, przesyłam do Szweda. Za chwilę odpowiedź
"Zła nazwa firmy" oraz prawidłową nazwę.
Faktycznie. Od września Szwed działa jako zupełnie inna firma.
Przesyłam dane, prosząc o zmianę.
Dwie godziny później telefon. To W. mój "polski łącznik".
-To ja dam panią prawnik - mówi.
Pani prawnik wyjaśnia mi, że na stronie VIES takiej firmy nie ma.
Zabiła mi niezłego ćwieka na jakieś dwie godziny. Po pierwsze o tym VIES w ogóle nie słyszałam. Po drugie jak może nie być  tej firmy w danych? Może jakieś opóźnienia, firma działa od miesiąca, może dlatego? Wszak do unijnego VATu w Szwecji rejestruje się automatycznie. Więc nie może tak być, że firma zarejestrowana w sądzie gospodarczym nie będzie widniała w rejestrze unijnym. MUSI być. Tak myślałam i tak tłumaczyłam.
Obiecałam pani prawnik, że wyjaśnię.
Poszłam po zakupy. (Piątek, dzikie tłumy wszędzie, ludzie będą chcieli jeść, moja rodzina też, zupełenie nie rozumiem dlaczego muszą jeść kilka razy dziennie).
Wróciłam.
Napisałam maila do Szweda.
Zajrzałam na tę VIES.
I rozjaśniło mi się.
Otworzyłam stronę www.allabolag.se. Porównałam sobie numery "nip". Jasne.
Dwójka tam gdzie powinna być piątka. Szwed zrobił błąd. Zdarza się każdemu a dyslektykowi jeszcze bardziej.
Wyjaśniłam pani prawnik i poprosiłam sprawdzenie. Chwilę później dostałam maila z krótkim "jest ok". No.
Szybciutko zawiadomiłam Szweda, który póki co na razie milczał.
Pojechałam z psem na spacer. Umyłam głowę. Schłodziłam wino a wcześniej zaparzyłam rumianek. I czekając na to, co będzie pierwsze: rumianek czy wino,  zajrzałam na maila.
A tam wiadomości od Szweda. Pierwsza:
"Ja bym się tego prawnika pozbył bardzo szybko"
Druga, z linkiem do szwedzkiego urzędu skarbowego.
"Prawnik mógł tam zadzwonić, oni mówią w wielu językach". Parsknęłam śmiechem na myśl, że Swzed chciałby dowiedzieć się nipu w jakimś urzędzie skarbowym. Może jeszcze pesel na dodatek? I co jeszcze? Może zysk za rok ubiegły? Albo inne takie drażliwe dane? Ochrona danych osobowych mówi to Szwedowi coś? Nie mówi. I w tym tkwi szkopuł.
I tu mi się nasuwa stara pointa Krzysztofa Daukszewicza
"Czy pan rozumiesz subtelna różnica między ten handel a ten handel?"
Dwa państwa, niby po sąsiedzku,niby w unii, a jak na dwóch krańcach świata.

*www.allabolag.se - strona, której można znaleźć podstawowe informacje o firmach. Nr organizacyjny, adres, dane bilansowe z ostatnich lat.



Człowiek człowiekowi

takajedna_ja

Spotkała mnie przy śmietniku. Fajnie ubrana, w makijażu, trzeba przyznać, że jej image jest zazwyczaj świetny. Preferuje biele, pastele, niezależnie zima czy lato, zawsze dobrze ułozone włosy, zawsze dyskretny makijaż. Tylko z bliska, z bardzo bliska widać czasem zbyt brubo nałożoną perłową szminke, która zbiera się z zmarszczkach wokół ust. Ale to z bliska.
Nie podchodziłam blisko, nigdy tego nie robię, ale tym razem miałam świetną obronę: postrzelonego psa, który już się szykował do skoku z brudnymi łapami na białą sukienkę. Zatrzymała się w półkroku, który miał zmniejszyć dystans pomiędzy nami. Pomyślałam o Wariatce Tośce z wdzięcznością i satysfakcją. Choć raz jej niespokromiona żywiłowość na coś mi się przdała.
Kobieta machnęła ręką w stronę połamanego krzesła, które ktoś postawił pod śmietnikiem.
-Ty to widzisz? - rzuciła dość głośno z przesadnym oburzeniem w głosie.
Tak naprawdę śmietnik to nie taki śmietnik jaki znamy z Polski. Tu jest to mały domek, mieszczący wewnątrz kontenery na śmieci domowe oraz szkło białe i kolorwe. Nie ma klap -są okrągłe otwory zamykane małymi drzwiczkami. Nie ma szans, by wrzucić coś większego. Nic dziwnego, że ktoś to krzesło tam postawił. Połamało mu się to postawił. Jasne. Mógł wywieźć na wysypisko albo choćby na wielkie, pełne rozmaitych kontenerów śmietnisko. Postawił tu.
Zauważyłam rano, wzruszyłam ramionami. Postawił, to postawił, widać miał powód.
Teraz rodaczka pieniła się nad krzesłem.
- Co tu się dzieje? To przecież nigdy tak nie było, to pewnie ci, wiesz...Odkąd się sprowadzili, to takie rzeczy się dzieją, co nie?
- A nie wiem, wiesz, nie zauważyłam nic takiego - rzuciłam lekko, ciągnąc psa.
- Nie chcesz mówić, co? Jasne, nawet gadać nie warto...- powiedziała porozumiewawczo.
Zatchnęło mnie, chciałam sprostować...ale po co?
Pełna wyższości, przekonana o swoim większym prawie do Szwecji niż TAMCI, zatopiona w swym samozadowoleniu, i tak moje słowa odczyta inaczej.
Mąż miał gościa w szpiatlnym pokoju.
- O, rodak  - uśmiechnęłam się słysząc jak rozmawiają.
Pan miał ładny uśmiech, pełen własnych zębów, siwe, gęste włosy, ładne zmarszczki wokół oczu. Oraz sińca na skroni, rekę w gipsie a drugą w jakimś bandażu, miał wypadek, jak wyjaśnił.
- O, a jak pan tu mojego męża znalzł? - zdziwiłam się.
-Chodziliście chyba wczoraj koło mojego pokoju, usłyszałam, że ktoś mówi po polsku...
Pomyślałam z uznaniem, że widać albo ma szczęście, albo grubą skórę. Do dziś pamiętam takie dwie panie i ich niechętny wzrok taksujący moją spraną koszulkę i połatane dżinsy (było lato, upał jak diabli, wyskoczyłam na chwilę z kuchni po sól czy coś takiego).
-Ja już raczej nie zaczepiam rodaków - powiedziałam z naciskiem na już.
-Ja też nie zaczepiam. W ogóle z Polakami to się raczej nie zadaję. A bo to zaraz okardną albo co.
O!
Przypomniała mi się jedna rozmowa w pralni, z Rodaczką.
-A wiesz, ja to z Polakami to się nie zadaję. To tacy plotkarze. A jak mi ktoś mówi, że to ito o mnie słyszał to pytam czy od Szweda czy od Polaka. Bo jak od Polaka, to...- wzruszyła ramionami, machnęła ręką.
Na obczyźnie jak widać Polak Polakowi rodakiem.



czy masz SWISH?

takajedna_ja

Pisałam do znajomej mieszkającej w Belgii, dokonałyśmy małej wymiany handlowej i potrzebowałam jej numer SWIFT.  Zastanowiłam się czy aby na pewno muszę jej robić przelew zagraniczny bo może da się to zrobić przy pomocy swisha?
I mnie natchnęło, że powinnam się z Wami podzielić tym fenomenem.
Zajrzałam do googla, na hasło swish wyrzuciło mi jakieś środki czyszczące. No, nie da się ukryć swish może wyczyścić konto...
Ale do rzeczy.
Niejednokrotnie już pisałam, że Szwecja mnie zadziwia.
Z jednej strony zaścianek, z drugiej - niesamowite technologie. Zachwycałam się nieraz, że w Szwecji w zasadzie wszystko da się załatwić bez wychodzenia z domu.  Boski internet! Ludzie nawet najmniej komputerowi mają i używają pocztę elektroniczną. Internet jest tak oczywisty jak woda i prąd. Porządny, śmigający internet, w dodatku nie specjalnie drogi. A teraz, cytując klasyka, mamy szał ciał i uprzęży czyli internet w telefonie. Tak, wiem, wiem. W Polsce też i w zasadzie chyba na całym świecie. Ale Szwecja umie ten telefoniczny internet wykorzystać ku wygodzie.
Już w 2009 roku, wiosną, gdy eM dostał pierwszą w życiu szwedzką deklarację do wypełnienia, mógł ją podpisać między innymi za pomocą e-legitymacji. Była też opcja SMS. Wtedy złożyliśmy ją jak przystało na papierze. Rok później - już elektronicznie, przy pomocy internetu i specjalnego, umieszczonego na deklaracji kodu.
Pamiętam, że interesowałam się wtedy e-legitymacją. Banki dostarczały taką usługę, ale mnie jakoś nie udawało się jej uruchomić na komputerze. Po kilku próbach machnęłam ręką. Czort brał, nie da się, to się nie da. Przelewy podpisywałam jak każdy cywilizowany człowiek przy pomocy tokena zwanego tutaj "dosa" (czyta się dósa).
No a potem nastała era smartfonów.
I okazało się, że w sieci funkcjonuje coś takiego jak mobiltbank ID. Czym jest ten twór? Ano właśnie legitymacją elektroniczną.  Jak to działa?
Trzeba mieć:
smartfona
szwedzki PESEL czyli numer osobisty składający się z pełnej daty urodzenia + cztery cyfry.
oraz konto w banku w Szwecji.
Dalej jest prosto. Logujesz się na swoje konto w banku. Idziesz do zakładki mobiltbanID i podążasz za instrukcją, dzięki której pobierzesz aplikację na swój telefon oraz ustalisz hasło. Chwilę później jesteś szczęśliwym posiadaczem legitymacji elektronicznej.
I co z tego?  Ano sporo.
Mnie zajęło trochę czasu nim tej aplikacji zaufałam. Oraz nim odkryłam, że dzięki niej załatwienie różnych spraw stało się jeszcze prostsze. Ach, jak mi tego brakowało podczas ostatniego pobytu w Polsce.
Dzięki mobiltbankID mogę nie tylko podpisywać przelewy.
Aplikacja ta służy mi do logowania się na różnych kontach: w biurze pracy, w szwedzkim odpowiedniku ZUSu, w urzędzie skarbowym, na stronie związanej z opieką zdrowotną, na stronie ubezpieczyciela samochodu i naprawdę sama nie wiem gdzie jeszcze.
Siedzę w domu przed komputerem, otwieram załóżmy stronę urzędu skarbowego bo chcę sprawdzić czy zanotowali sobie moją wpłatę. Wybieram odpowiednią zakładkę, wybieram sposób logowania: mobiltbankID, wpisuję swój pesel w odpowiednią rubryczkę. Potem w telefonie, podłączonym do internetu naturalnie, uruchamiam aplikację, wpisuję hasło i już widzę to, co chcę zobaczyć.
Nie muszę zapamiętywać tysięcy loginów i haseł. Wystarczy mój PESEL i jedno hasło.
Oczywiście aplikacja ta działa tylko na "poważnych" stronach. Na facebooka czy bloga tak się nie zaloguję.
No dobrze, ale co jak mi ukradną telefon? Albo go zgubię? zapytacie. Albo zmienię telefon lub zapomnę hasła.
Wtedy trzeba szybciutko wejść na stronę swojego banku - logując się przy pomocy karty i tokena- zastrzec ową e-legitymację. Oraz uzyskać nową.
Proste rozwiązanie, które pokochałam, jak tylko się przekonałam o jego użyteczności. Jest tylko jedno ale.
Nie da się tej samej aplikacji, na tym samym urządzeniu, używać dla różnych osób. Czyli chcesz jak zawsze wyręczyć współmałżonka w dokonaniu płatności, więc zamiast swego wpisujesz jego/jej pesel oraz jego/jej hasło. Nie da się. Musisz wziąć jego/jej telefon.
I tak sobie jakiś czas śmigałam po sieci przy pomocy tej apki. Aż tu ktoś, kto chciał mi oddać jakieś pieniądze, zapytał czy mam SWISH.
Że co??
Swish to kolejna aplikacja, która wiąże telefon z bankiem.
Jeśli masz SWISH rozliczanie z koleżanką po wspólnym lunchu jest proste. Po prostu - w aplikacji wpisujesz lub wybierasz z listy kontaktów jej nrumer telefonu, wpisujesz kwotę, zatwierdzasz przy pomocy automatycznie otwieranej mobiltbankID i...już. Kilka sekund potem koleżanka dostaje sms, że otrzymała przelew. NATYCHMIAST!
Dlaczego mówię, że SWISH może wyczyścić konto? Ponieważ coraz więcej sklepów oferuje taki sposób płatności, więc robienie zakupów jest jeszcze łatwiejsze. Ten sposób płatności przyjmuje się w Szwecji także dlatego, że coraz mniej ludzi używa gotówki a swish czyni możliwym obrót bezgotówkowy pomiędzy osobami prywatnymi. Co szwedzkiemu państwu, chcącemu ukrócić niekontrolowany obrót pieniędzmi (czyt. pracę na czarno) jest bardzo na rękę.
Oczywiście nie wszyscy muszą podzielać mój entuzjazm do owych rozwiązań, ja jednak je sobie chwalę i uważam, że przy zachowaniu zalecanych środków bezpieczeństwa są to metody o wiele bardziej bezpieczne niż te, stosowane dotychczas.

 

Stenbrottet-owe inspiracje

takajedna_ja

Szwedzi wychodzą z założenia, że mądremu człowiekowi wystarczy przestroga a głupiego to i płot pod prądem nie przekona. W związku z tym wszystko co może być choćby trochę atrakcyjne jest udostępnione dla gawiedzi, mimo, że nie jest jakoś specjalnie zabezpieczone, ogrodzone, osiatkowane, choć może być niebezpieczne. Oczywiście w granicach rozsądku. Tam, gdzie o wypadek naprawdę łatwo bez specjalnych starań, tam siatki są (np. nad śluzami w Trolhättan) w kamieniołomie formę ostrzegawczą pełni wał z gruzu i ziemi usypany około krawędzi.
A zdjęcie powyżej być może choć trochę ukaże perspektywę.

I zawsze zastanawia mnie co sobie taki badylek myśli. Przebija się między tymi skałami, chyba tylko po to by udowadniać, że chcieć to móc, a wola życia jest siłą największą na świecie.

 

Pamiętam jak pierwszy raz trafiłam nad to jeziorko. Szmaragdowy kolor wody wydawał mi się przekłamaniem starego canona. A jednak nie. Zawsze w kwietniu, gdy okolica zaczyna się zielenić, woda na głębinie przybiera właśnie taki odcień.

Stenbrottet albo Kamieniołom

takajedna_ja

Jedno z naszych ulubionych miejsc na grilla, na leniwe posiedzenie, na spacer z psem, na wzbudzenie podziwu u gości, na ryby, na zdjęcia i co tam jeszcze sobie kto sobie wymyśli.

 

Dwujęzyczność

takajedna_ja

-Babciu, a jak to się mówi po polsku stenars samling?
-Yyyy...Co takiego?
-No jak to się mówi po polsku. Jak ktoś ma dużo kamyczków...
- Ale że gdzie? W butach?
- Nie! W domu. No jak ktoś ma dużo kamyczków, różnych...
- Aaaa, kolekcja?
- O, noooo, kolekcja.
- A czemu pytasz? Zbierasz kamienie?
- Nie, tak tylko...

Dziadek, kilka dni wcześniej orzekł sentencjonalnie:
- Nadzieja matka głupich
Teraz Zuzi się przypomniało.
- Dziadku a co to jest nadzieja?
-Yyyyy...Babciu, chodź pomóż
-Nadzieja? Nadzieja...
Matko kochana, filozof mi rośnie. Jak wytłumaczyć coś takiego?
Babcia zaczyna mętnie tłumaczyć o oczekiwaniach, o wierze, w to, że coś może się stać i naraz odkrycie:TADAM!
-To to samo co jag "hoppas"
-Aaaaaa! - i Zuzia zrozumiała.

 

- Patrz babciu! - pokazuje mi jak się wspina po siatce między zjeżdżalniami.
- O. Umiesz!
- A jak byłam mała to nie umiałam, prawda?
- Prawda.
- Bo ja musiałam poćwiczyć. Jak się ćwiczy to się można wszystkiego nauczyć.
No proszę, dziecko zrozumiało to, czego wielu dorosłych nie potrafi.
Mam najgenialniejszą na świecie wnuczkę.

Na koniec zagadka:
Kiedy jest dzień wnuczki?

A poniżej zapomniane zdjęcia z Kramfros

 


Widział kto, kiedy taki znak: uwaga na skutery śnieżne?

Wiem, wiem, prawie "załatwiłam" sobie aparat. Z bólu człowiek głupoty robi

Zindoktrynowałam się

takajedna_ja

Zapisałam się do partii socjal-demokratów, to chyba mówiłam?
Ale to dawno było, jeszcze wiosną.
Miniony weekend spędziłam na szkoleniu partyjnym. Szkolenie było na wyjeździe. Niedaleko, 60km od domu, ale organizatorzy zaproponowali nocleg w hotelu, więc czemu nie? W szwedzkim hotelu jeszcze nie spałam.
Grupa liczyła sobie jakieś 30 osób. Liczba cudzoziemców -12. Liczba kobiet -8. Przedział wieku od 25 do 65 lat. 5 osób z mojego miasta. W tym wszystkim oczywiście ja.
Sobota była ciekawa, bo szkolenie polegało w dużej części na pracy w grupach, żeby na przykład odpowiedzieć na pytania czym jest demokracja lub jak można wywierać wpływ.
Rewolucji nie zrobiliśmy, każda grupa opisując demokrację podkreślała równość wszystkich ludzi, jednakową ich wartość.Prawo do opieki zdrowotnej, prawo do pracy i wykształcenia etc etc itd...
Były dwie kobiety z mojego miasta, jedna na oko w moim wieku. Zagadnęłam ją na przerwie.
(Przerwy były średnio co 1,5 godziny z kawą i rozmaitym jedzeniem). Zagadnęłam na temat pogody, coś mi odpowiedziała, przedstawiłam się, przypomniałam, że jesteśmy z jednego miasta...Widać, to nie zrobiło na niej wrażenia, odpowiedziała coś zdawkowo i szybko poszła gadać z kimś innym.
Przy pracy grupowej dołączyłam do niej. Nie protestowała, ale do końca kursu nie nawiązywała ze mną kontaktu. Ze mną nie. Z innymi rozmawiała, śmiała się i żartowała.
Podczas kolejnej pracy w grupie chciałam się dosiąść do starszych panów, ale zaoponowali mówiąc, że mają już czwartego...Teoretycznie grupy miały być czteroosobowe, ale bywały mniejsze i większe...
Z innych grup nikt mnie nie wyprosił, ale też i nie zaprosił.
Arabi jak zawsze trzymali się razem. Norweżka i Indyjka pracowały z innymi cudzoziemcami.
Szwedzi mając do wyboru grupę - wybierali Szwedów. Tyle w kwestii równości. Szkoda tylko, że nie wpadło mi do głowy by się z nimi wszystkimi tą refleksją podzielić ad hoc.
W dodatku naraziłam się. Bo powiedziałam, że nad wykształceniem w Szwecji trzeba naprawdę popracować. Bo pomiędzy Szwedem, który skończył szkołę średnią a Szwedem, który skończył studia jest przepaść intelektualna. Przeciętny Szwed nie ma kompletnie wiedzy ogólnej! Nie zna geografii, kultury ani sztuki nie tylko innych państw ale i własnego kraju.
W zamian za to, w czasie lunchu, kolega Alfred z mojego miasta pochwalił się, że był w Polsce.
- Gdzie? - zapytałam
On nie wie. Gdzieś pomiędzy Szczecinem a Gdynią.
- No wiesz, to jest dystans około 400km, wiesz może jakie było miasto w pobliżu?
- No Gdynia i Szczecin... Ale jedzenie było...- zrobił dramatyczną pauzę a ja uśmiechnęłam się zarozumiale - jedzenie było ok-rop-ne!
Szczęką prawie wytrąciłam sobie kubek z kawą z ręki.
Co jadł zatem? Nie wie. Wie, że było okropne. Zemścił się na mnie za krytykę szkolnictwa. Tak to odczułam.
Potem już skrupulatnie mnie omijał, nie rozmawiał i był w grupie tych, którzy mnie nie chcieli.
Myślicie, że się przejęłam? Było kilka osób, z którymi dało się pogadać. Dwaj młodzi, bardzo zaangażowani ludzie, Adam i Mikael. Glenn, na oko 40-letni przystojniak, Pether, żywa kopia brata mojej matki, Britt, która prywatnie jest medium i organizuje seanse spirytystyczne, Helene - Syryjka oraz jej przyjaciel, którego imienia nie poznałam, Toril - Norweżka, która rozpoznała we mnie żonę mojego męża, który latem leżał w szpitalu w jednym pokoju z jej mężem...
Wieczorem była wspólna kolacja. Część rozjechała się do domów. Reszta zasiadła przy dwóch stołach. Pewni ludzie daleko od pewnych ludzi. (ironia)
Miło było...Do chwili gdy na stół wjechała przekąska.
O losie przeklęty! O karmo! Psia twoja mać!
Przekąską był kawałek łososia na słodkim ciemnym chlebie ze słodką musztardą...
Zjadłam chleb, dekorację z zieleniny, łososia z trudem hamowanym wstrętem odsuwając na bok. Natychmiast zainteresowali się mną moi sąsiedzi czy Pether i Glenn.
- Nie jestem entuzjastką łososia - wyjaśniłam.
Jakieś pół godziny i pięć modlitw "tylko nie stek, tylko nie stek" później, na stół wjechało danie główne. Adam, siedzący na przeciwko wybrał chyba wersję bezmięsną. Dostał kartofle i śledzia...
Inni: stek z polędwicy wołowej grilowany. Jedni dostali mniej inni bardziej krwisty. Zgadnijcie kto dostał bardziej krwisty? Ostrożnie odkroiłam kawałeczek, rozgryzłam. Fuuuuj...żywe, surowe mięso! Połknęłam nim urosło mi ustach. Połknęłam następny kawałek i...odkryłam jak bardzo krwisty jest mój stek.
Nie, nie. To było już ponad moje siły. Zjadłam kartofelki ( tzw gratäng z ziemniaków, pyszne i lubię) oraz całą dekorację, starannie omijając wzrokiem kawałek zwierzęcia na moim talerzu.
Sąsiedzi znów się zainteresowali. Miałam wrażenie, że z żalem patrzą na mój talerz. Prawie cały stek!
- Jesteś wegetarianką?
- Nie, po prostu nie lubię niczego co ma oczy - starałam się być dowcipna. - Nie zamawiam wegetariańskiego jedzenia, bo to dopiero może być niespodzianka - dodałam wyjaśniając. Adam potwierdził.
- Nigdy nie wiesz co kucharz myśli o diecie wegetariańskiej.
Taaaa...w czasie obiadu wersją bezmięsną była paella z owocami morza...To już wolę kartofelki z surówką.
Posiedzieliśmy do dziewiątej, a potem każdy grzecznie poszedł spać.
Niedziela był ciężka.
Historia ruchu robotniczego w Szwecji. Procesy legislacyjne na poziomie komuny, regionu, kraju...
Zaszyłam się w kąt, gryzmoliłam, trochę słuchałam, ale uwaga mi uciekała, trochę grzebałam w telefonie i odliczałam czas do końca.
Mimo wszystko to było pouczające szkolenie.
Już wiem, że muszę pójść na najbliższe spotkanie w mieście. Opowiem jak wygląda ich równość w oczach cudzoziemca. I sprzedam anegdotkę, którą z wersji polskiej przetransformuję na szwedzką:
Siedzi Sven i rozmyśla.
Siedzi na fotelu wyprodukowanym w Polsce. Przed nim stoi koreański telewizor. Sven ma na sobie dżinsy z Tajlandii i koszulkę z Chin. W ręku trzyma kieliszek wyprodukowany na Węgrzech, a w kieliszku wino z Kalifornii. Wszystkie te rzeczy przyjechały do Szwecji chińskimi ciężarówkami. Telewizja wyświetla reality show z USA, ale Sven nie zwraca na to uwagi bo zajęty jest myśleniem: "Dlaczego do cholery nie mam pracy?!"

Wybory w Szwecji

takajedna_ja

Wiem, wiem. Zarzekam się, że nie pójdę, że nie ma sensu, że polityka to ...tu wstawić dowolny epitet, ale jednak, jak przychodzi co do czego to zazwyczaj idę i oddaję mój głos. W Polsce najczęściej nie był to głos za ale przeciw.
Odkąd zamieszkałam w Szwecji w Polsce nie głosuję. Nie, bo uważam, że nie mieszkając tam, nie będąc na co dzień, realia znając tylko z gazet i narzekań znajomych, nie mam prawa decydować o tym kto będzie sprawował władze.
W Szwecji, odkąd zamieszkałam i otrzymałam personnummer dostałam też prawo do wyboru władz komunalnych i regionalnych. Cztery lata temu nie skorzystałam z tego prawa, bo zwyczajnie ani nie wiedziałam na kogo, gdzie i jak.
W tym roku już wybierałam bardziej świadomie. M, jako świeżo upieczony obywatel szwedzki mógł dodatkowo wybrać członka parlamentu. Według Aftonbladet frekwencja wyniosła 83,4%. Imponujący wynik, prawda? W niektórych lokalach wyborczych były nawet kolejki! Długie kolejki, a czas otwarcia lokalu wydłużono - tak jak w jednym z lokali w Goeteborgu.
Wg wstępnych szacunków wygrali Socjaldemokraci (Socialdemokraterna). Dostali ponad 31%
Następni byli Moderaci (Moderaterna) dotychczasowi rządzący dostali ponad 23%. Trzecie miejsce,  biorą Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna), którzy dostali prawie 13% głosów. I to jest zjawisko niepokojące bowiem inna ich nazwa to neonaziści...
W internecie, w ostatnich dniach co rusz pokazywały się memy z twarzami liderów Szwedzkich Demokratów i tekstami nawołującymi do pójścia na wybory, bo inaczej to oni zasiądą w parlamencie.
Nic dziwnego, że rosną w siłę skoro prócz standardowych haseł typu "Szwecja dla Szwedów" mówią o tym co pewnie po cichu myśli wiele osób, ale polityczna poprawność nie pozwala im wypowiedzieć tego głośno. Że Szwecja powinna ograniczyć pomoc dla krajów z rejonów konfliktów. Że w obecnej sytuacji Szwecji nie stać na utrzymywanie rzeszy uchodźców.
Cóż, jak się tak posłucha pewnych grup to się rozumie, dlaczego ich działalność nie jest zabroniona. Tak jak partia Żylinowskiego w Rosji, Szwedzcy Demokraci mówią to, czego inne partie nie chcą wyartykułować.
Rządy Moderatów przeprowadziły Szwecję dość spokojnie przez kryzys, zapobiegły narastaniu długu publicznego, to prawda. Niestety zatrzymanie inwestycji rządowych, trzymanie finansów publicznych twardą ręką ma jednak i tę druga stronę. Państwo nie wydaje pieniędzy - nie ma rynku pracy. Bezrobocie w sierpniu wynosiło 7,4%. Tak mało? Tak mało, bo znaczna część ludzi, którzy pozostają bez pracy korzysta z różnych programów pomocowych (kto pamięta mój kurs rozwojowy sprzed dwóch lat?) i zamiast wpisywać ich w rubryczce bezrobotni, wpisuje się np. w uczących się. Co jest ewidentną manipulacją, uważam.
Dotychczasowy premier jutro podaje się do dymisji.
Nastaje nowa era. Szczególnie dla mnie, bo nie znam Szwecji innej niż rządzonej przez Moderatów.
Na podstawie doświadczeń z polskiego podwórka nie oczekuję zbyt wielu pozytywnych zmian. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. A wpompowanie kilku milionów koron w szkolnictwo i jakieś inwestycje nie zastąpi rzeszy firm, które wyniosły się ze Szwecji do Polski czy Azji. Co za tym idzie - miejsc pracy nie przybędzie. Ale ponieważ Socialdemokraci mówią, że im najbardziej po drodze z Zielonymi (Miljöpartiet, 6,8%) to można mieć choćby cień nadziei, że wiatraków już nie będzie przybywać jak grzybów po deszczu.
Jako partia Socjaldemokraci wygrali w całej Szwecji za wyjątkiem regiony sztokholmskiego.

Dzień samolotów

takajedna_ja

Gratka to była niesłychana: nasze pobliskie lotnisko wojskowe otworzyło swoje bramy na oścież. Czy mówiłam, że ja i mąż jesteśmy kompletnie różni, całkiem niekompatybilni, że jeśli jedno z nas coś uznaje za brzydkie to od razu wiadomo, że nadaje się to na prezent dla drugiego ? No to w przypadku latadeł jesteśmy wyjątkowo zgodni: kochamy wszystko co lata po niebie, ale najbardziej kochamy szybkie wojskowe samoloty. 
Latem byliśmy na Aeroshow w Gotebergu, ale tam wszystko było z daleka, na niebie albo za płotem. A tu nas wpuścili i pozwolili myszkować niemal wszędzie, na dodatek nie broniąc fotografowania.
- Bo i po co? - wymądrzył się Marcepanek- pierwszy lepszy satelita szpiegowski zrobi zdjęcia o wiele lepsze...
Tyz prowda...
Mąż ciągnął do hangaru bo tam silniki na części porozbierane, ale co mnie silnik..!Tam stoi ta bestia Hercules. Wielki, jak napęczniały miodem bąk, często lata prawie tuż nad naszymi głowami, nisko bucząc. Transportowiec ??? taki mały?? myślałam. Ale na ziemi to on już nie taki mały.

  

Ale w środku zadziwiająco ciasno.

Prócz samolotów lubię w lotnictwie także lotników. Ech..elita wśród zawodowych żołnierzy na całym świecie. Muszą mieć więcej inteligencji niż przeciętny trep, bo ich zadaniem nie jest wrzaskliwe wydawanie rozkazów.
Chciałam sobie jednego zabrać do domu, ale stał jak manekin. Chyba mi się nie spodobałam... 
 

Dziwny jakiś, przecież fajna babka jestem! I zupełnie nie rozumiem tej pani, co stała obok i śmiała się jawnie i do rozpuku. 
A potem na niebie wciąż coś latało, kręciło beczki, spadało w dół i unosiło się do góry, wypuszczało dymne smugi i nie wiem co jeszcze. Nawet pstryknęłam kilka fotek, ale to tylko ja wiem, że to samolot i że on jest na niebie, i że robi jakąś ewolucję. Niebo nad lotniskiem stawało się  coraz bardziej rozsłonecznione a powietrzu unosił się zapach lotniczego paliwa. Szwedzi paradowali z żółtymi zatyczkami w uszach, ale ja przygłucha jestem, to raz. Dwa - no co wy, nie było tak głośno - twierdzi mój mąż, który ma nadwrażliwość słuszną albo słuchową, albo to i to, bo słyszy wszystko, często to, czego nie powinien. Trzy - no to być na lotnisku i nie posłuchać dźwięku silników ? To se mogę na filmie pooglądać...
No ale potem nagle z 11.30 zrobiła się 13.30. I trzeba było zostawić atrakcje, bo obowiązek wzywał.
Światło było piękne, bo niskie, granatowe chmury pięknie je filtrowało.  Szłam do samochodu, ale wciąż oglądałam się przez ramię, bo tam TAKIE atrakcje.
Vamipre szykujący się do startu:
 I ten sam, tylko już w locie

 

I szykujący się do startu jakiś zabytek z czasów II wojny światowej oraz pilot w stosownym kombinezonie.

 A no koniec, gdym na drodze czekała na męża, który poszedł po samochód dostałam premię.
Mój ukochany, powodujący głęboki wzdech tęsknoty i zazdrości. JAS (Jakt, Attack,Spaning- myśliwski, szturmowy, rozpoznawczy) GRIPEN (Gryf po polsku).
  Co za maszyna..! I nie amerykańska! 
Tu suną mi się złośliwości pod adresem polskiego rządu, który wybrał  F16 zamiast Gripenów.
I dlatego nie mogę się oprzeć...

 i zamieszczam zdjęcie symboliczne ;) Brzoza i samolot.

I na koniec, w bonusie, wieża kontrolna, na którą nam niestety nie dali wejść.
 

Mąż opuszczający lotnisko skwitował:
- Już wiem! W następnym życiu zostanę pilotem wojskowym!

Bo trzeba mieć nadzieję zawsze, prawda ?

Ale to nie był koniec lotniskowego dnia... 

Jaki jest najlepszy dzień roku w Szwecji?

takajedna_ja

Tłum ludzi na łączce pod zamkiem w Läckö (czyt. Lekkie) piknikował na całego. Ale PIKNIKOWAŁ a nie grillował. Na szczęście. Pomiędzy ludźmi przechadzali się stylowo ubrani handlarze oferując prażone migdały i nugat.  Bo u wrót zamku oraz na jego dziedzińcu odbywał się Jarmark Średniowieczny. Chleb domowego wypieku, wyprawione skóry, oprawiony bursztyn i możliwość postrzelania z łuku -oto niektóre z atrakcji ku uciesze dziatwy i dorosłych.

 

A pod płotem, skromnie czekając na swą kolej leżał Stång czyli słup.

 

Nie tylko Słup był ubrany kwieciście. Panny duże i małe też. Stroju zwykle dopełniał wianek. No chyba, że panna upartą była i przybrania głowy kwieciem odmawiała jak ta tutaj

 

Tłum gęstniał. Chmury na niebie też, bo to już taka tradycja jest, że w tym dniu niebo się zachmurza i deszczem polewa. Ale Szweda od rozrywki na świeżym powietrzu nie odwiedzie coś tak normalnego jak chmury na niebie. Tak jak chłodne podmuchy od strony wody nie zmuszą rozbrykanej dziatwy do ubrania się w coś cieplejszego. 
Zespół na scenie przygrywał mniej lub bardziej ludowe piosenki: skocznie i wesoło na nutę polskiego oberka ale czasem na smętnie niczym polski kujawiak. Nie zabrakło naturalnie Idas Sommarvisa czyli Letniej Piosenki Idy zaśpiewanej pięknym dziecięcym głosem.
 

 

(jakby nie link nie zadziałał to posłuchajcie tej uroczej piosenki na YouTube)

I w końcu ruszył uroczysty orszak niosący Słup
 
Który przy dźwiękach muzyki wbito na środku łączki.


 
A potem wokół Midsommar Stång ustawił się krąg i ludzie zaczęli śpiewać i pląsać. Młody, stary, nastolatek, dziewczyna, chłopak, starsza pani i poważny pan w wieku śednim.

I cóż powiecie, że na to,  że oto przyszło lato?
Tak, lato to w Szwecji zdecydowanie najlepszy dzień w roku :D.
A Midsommarsstång jeszcze długo będzie można zobaczyć na placykach  przy każdym nieco większym skupisku zabudowań.


 

 Naturalnie Szwedzi, jako naród praktyczny, zwykli świętować w weekend najbliższy kalendarzowemu Midsommar.
  

takajedna_ja

Przebudowa budynku do którego miała się przenieść nasza miejscowa biblioteka trwała około roku. Remont jak remont, nie wzbudzał specjalnych emocji ani zainteresowania dopóty dopóki miejska biblioteka wciąż była otwarta. 
W listopadzie bibliotekę zamknięto z powodu przenosin do nowego lokum, którego otwarcie przewidywano w początkach lutego. Chodziłam tamtędy prawie co dzień, bo nowa biblioteka umiejscowiła się na mojej ulicy, zaledwie trzy domy dalej.
Emocji we mnie nie wzbudzał ten fakt zbyt mocnych bo już przywykłam, że mnie miejska biblioteka nie rozpieszcza: książek po polsku mało i w dodatku nie w moim guście. Niemniej gdy już bibilioteka ogłosiła otwarcie nowych podwoi poszłam zobaczyć. Ciekawa byłam przebudowy budynku (piękny!) i czy cokolwiek się zmieniło w kwestii literatury po polsku.
Był to chyba drugi dzień otwarcia biblioteki, na scenie trwały występy artystów mało i wieloletnich.Pod sceną, oraz wszędzie indziej kłębiła się gawiedź równie ciekawa jak ja. Obejrzałam co było do obejrzenia, najbardziej spodobała mi się część dla dzieci - ogromne fotele, schodki, dywaniki, stoliczki, kredki, gry - środowisko naprawdę cudne by spędzić z dzieciakiem dobrą chwilę. Po czym westchnęłam i z myślą" no dobra, pora spojrzeć prawdzie w oczy" poszukałam działu literatury zagranicznej w tam półki polskiej...
Gdy znalazłam, policzyłam to co tam było i uwierzcie mi, nie było za wiele do liczenia. Nie było też nic do odkrycia.
Rozczarowana, rozgoryczona, pełna żalu i goryczy poszłam do domu. Już mi się nowe biblioteka przestała podobać.
Na fejsbukowej stronie komuny trwały zachwyty nad nową biblioteką. I nie zdzierżyłam. Napisałam (po szewdzku naturalnie), że to cudownie, że mamy nową, piękną bibliotekę. Szkoda tylko, że książek po polsku jest tylko 9 sztuk, w dodatku są to od czterech lat te same, stare, nudne pozycje. Widać bibliotekarze nie lubią literatury po polsku...
Wredne, to było.
Nawet dostałam odpowiedź.
Że oni kierują się zainteresowaniem przy sprowadzaniu nowych pozycji. (Phy! sarknęła moja dusza- niby czym miałam się interesować, jak nie było czym ?)  No, ale może faktycznie tę część nieco zaniedbali.
Dziś poszłam do biblioteki po dwóch tygodniach nieobecności, żeby sprawdzić czy coś się zadziało na półce polskiej. Najpierw okazało się, że liczba starych książek zmalała do ośmiu. Potem, na półce poniżej znalazłam jakieś 12 pozycji, których wcześniej nie było. 
Wybrałam dwie z większości, niestety, polskich autorów. A gdzie tłumaczenia literatury światowej ??? Hę ? 
I przyszło mi do głowy, że zrobię im listę co mają sprowadzić : kupić, pożyczyć z innych bibliotek.  
Powiedzcie więc :

co czytaliście ostatnio i możecie polecić? 

Ale warunek:
po 1. nie fantasy i nie kryminal/thiller.
po 2. książka ma mieć poziom, więc żadne poradniki pozytywnego myślenia i inne historie od pucybuta do milionera
po 3. w miarę możliwości wydane w ostatnich latach (żeby można było kupić)

Villa i bandy - z kronikarskiego obowiązku

takajedna_ja

W oczach laika (takiego jak ja) bandy to skandynawska kompilacja piłki nożnej i hokeja. Z piłki nożnej wzięto boisko, duże bramki i większość zasad gry - spalony, rzuty rożne, rzuty karne, czas gry oraz cel czyli wbicie piłki do bramki przeciwnika. Z hokeja wzięto łyżwy i kije, tylko tu kije mają nieco inny kształt. Przedmiotem walki jest tak jak w piłce nożnej piłka, ale nie większa od hokejowego krążka. Bramkarz nie ma kija, ale na nogach ma ochraniacze jak hokejowy bramkarz. Wikipedia mówi, że drużyna liczy zwykle 11 zawodników. Za przewinienie zawodnik może zarobić kilka minut na ławce kar. Mecz trwa  dwa razy po 45 minut.
Tyle dowiedziałam się wczoraj wieczorem na meczu naszej miejscowej Villa z drużyną z Broberg.
Nasza Villa w ostatnich sezonach osiąga całkiem dobre pozycje w szwedzkiej ekstraklasie, teraz jest na samej górze słupka, więc naturalną koleją rzeczy drużyna i mecze cieszą się coraz większą popularnością.
Miasto, do spółki ze Sparbanken oraz innymi, pomniejszymi sponsorami trzy lata temu wybudowało nowoczesną halę do gry w bandy ( i nie tylko naturalnie).  Wczoraj na widowni było pond trzy tysiące ludzi i nie czuć było tłoku. Część ludzi miała szaliczki i koszulki Villa, siedzieli grupkami i głośno dopingowali chłopaków. Część ludzi, tak jak ja, przyszła popatrzeć za darmochę, bo firma wynajmująca nam mieszkania obchodzi jubileusz i z tej okazji fundnęła lokatorom mecz. Co nie znaczy żeśmy nie dopingowali, nie oklaskiwali bramek i nie wydawali okrzyków zawodu.
Wygraliśmy...chyba 4:2. 
Ale ja jednak wolę siatkówkę. Boisko mniejsze, piłka większa, ludzi mniej, zasady prostsze - łatwiej oglądać. 
Choć bandy ma swoje ciekawe strony... 

Lumbago ?

takajedna_ja

Połamało mnie. Strzykło. Pokręciło. Jak jeszcze na to się u was mówi ?
Dr Googiel mówi, że mam albo lumbago albo zapalenie korzonków.
No co ? Że porady u w/w doktora są passe ? Ale nie w Szwecji!
Jak zachorujesz wieczorem, w święta, w weekend (nie radzę ) i masz fanaberię chcesz skorzystać z medycznej pomocy to musisz zadzwonić pod nr 1177. Gdy już odczekasz swoje w kolejce, pod tym numerem wysłuchają co ci dolega i zrobią wszystko by cię zniechęcić do przyjazdu do poradni. Nie ma znaczenia ile masz lat ty lub twój chory członek rodziny. Diagnozę stawia się przez telefon zarówno dla dorosłych jak i maleńkich dzieci.
(Dzięki takiemu systemowi opieki, rok temu, nasza Zuzia zaliczyła noc pełną bólu ucha, bo zapalenia ucha nie da się stwierdzić przez telefon. Do końca życia nie zapomnę im tego płaczu...)
Grzebiąc w internecie w poszukiwaniu przyczyn, a raczej w potwierdzeniu moich domysłów, dotyczących bólu pleców niespodziewanie trafiłam na stronę www.1177.se gdzie w zakładce "fakta och råd" (informacje i porady) można się samemu zdiagnozować i dowiedzieć o sposobie leczenia. Z tejże strony dowiedziałam się, że nie mam powodu kontaktować się z lekarzem. Ból jak katar minie za kilka dni, mogę sobie pojeść tabletki przeciwbólowe ogólnodostępne jak nie daję rady bez nich. Więc pacjencie popieraj system i lecz się sam. Zgodnie z zasadą naturalnej selekcji: jak przeżyjesz -znaczy wart jesteś by cię otoczyć profesjonalną opieką. Ale jeśli jednak zdecydujesz się poprosić o pomoc, dzwoniąc by umówić się na wizytę nie zaczynaj od diagnozy. Osoba po drugiej stronie zrobi bowiem wszystko by cię przekonać, że nie jesteś tak chory jak ci się wydaje i naprawdę nie ma powodu byś lekarza absorbował swoją osobą.  
Nie, no...Ja lubię Szwecję. Naprawdę. Tylko przyzwyczajona do polskiej opieki zdrowotnej jakoś w tej szwedzkiej nie umiem się odnaleźć. Przyzwyczajona też do tutejszego traktowania na każdym kroku jak pępek świata w tym wypadku mam problem z uwierzeniem, że się mnie nie zbywa. 
Ale nie jest tak, że całej szwedzkiej opieki zdrowotnej nie lubię. Nie. Nie lubię tej podstawowej, tej pierwszego kontaktu. Bo kiedy już się trafia choroba przewlekła to zdecydowanie wolę opiekę szwedzką niż polską. Mam nadzieję, że lekarz mojego męża nie jest chlubnym wyjątkiem, który nie tylko umie, ale i chce pomóc.
Strona  1177 zaleca przy bólach plecków normalną aktywność. I absolutnie nie zaleca leżenia. Z czym się zgadzam, bo leżeć bez ruchu przez 24 godziny jest niemożliwe, a przekręcić się w sytuacji gdy wszystkie mięśnie są zastygłe to ból sto razy większy. Z tabletek bólowych póki co nie skorzystam. Moja zgaga tylko na to czyha...
Tylko czy ja dam radę spacerować 24 godziny na dobę ?





 
 

Powiem, co wiem - dla ikroopka

takajedna_ja

W komentarzu pod ostatnią notką ikroopka napisała „Marzy mi się podróż po Skandynawii, ale ci co byli narzekają, że drogo strasznie, że komary, meszki – powiedz, że to nie prawda”

Powiem...Powiem co wiem.
Czy drogo ?
Prawdę mówiąc nie wiem. Moja sytuacja jest inna niż przybywających z Polski. Ja tu żyję i tu osiągam dochody (no dobra, póki co to właściwie mój mąż) więc to, co dla mnie tanie dla innych może być drogie. Po za tym, jak pisałam wcześniej: jak dotąd nie byłam „za granicą” nie licząc owego krótkiego spotkania z Norwegią. Nie wiem co ile kosztuje w innych częściach świata, zatem nie wiem czy urlop w Szwecji wypadnie drożej czy taniej.
Ale pogrzebałam trochę w gazetkach reklamowych, w internecie, na blocket.se i zrobiłam listę co ile kosztuje a zainteresowani niech sobie porównają.
Tylko jeszcze gwoli jasności zaznaczę, że ceny sprawdzałam w moim mieście i najbliższej okolicy. Bardzo prawdopodobne, że w Sztokholmie albo w Malmo są one inne.

Jedzenie w knajpie:
Kawa, herbata – 20 kr. Często w tej cenie można dostać kawę + ciastko.
Pizza, lunch w restauracji – od 60 kr.
Obiad – od 100 kr

Przykładowe ceny podstawowych artykułów spożywczych
Mleko 1,5 litra – 11,30kr
Bułka posypana serem – 5,90kr
Chleb 0,5kg – 25kr
Masło 0,5kg – 25 kr
Wędlina –  179kr/kg
Schab surowy– 70kr/kg
Karkówka surowa –50kr/kg
Łosoś mrożony -100kr/kg
Mrożone krewetki 50kr/kg
Jajka 20kr/10st
Sok -15kr/litr
Woda mineralna gazowana 1,5l  – 12kr

 


Noclegi
domek campingowy 2 osobowy, bez łazienki, w sezonie  - 500kr/dobę
domek campingowy, 4 osobowy, z łazienką, w sezonie –1250kr/dobę
nocleg z camperem albo z autem + namiot, z dostępem do EL/TV, w sezonie 340kr/doba

Hotel czterogwiazdkowy – 2 noclegi + 2 śniadania , pokój dwuosobowy – 2700kr
Pokój w sieci B&B 400-800kr/noc


Wynajęcie przyczepy campingowej, dla 4 osób, jest możliwe już od 1000kr/tydzień.
Camper dla 4-5 osób, wyposażony w lodówkę, kuchenkę, WC/prysznic, telewizor – od 3500kr /tydzień + 1,5 kr za każdy kilometr powyżej 2tys.
 

Cena benzyny – aktualnie wynosi 14,6 kr/litr
Cena korony z dzisiaj : 1kr =2,1922 zł. Cena korony z dzisiaj 1zł= 2,1922kr. Na szybko przeliczam (czasem jeszcze to robię) dzieląc cenę w koronach na pół. 

To tyle w kwestii cen.


----
Komary i meszki...U mnie ich nie ma. Ale pewnie tam gdzie wilgotniej to są.  Są też kleszcze. I muchy. I jadowite żmije. I złodzieje i mordercy. Jak wszędzie. Trzeba wiedzieć po prostu jak zachować bezpieczeństwo. Nie ma za to skorpionów, czarnych wdów, a i terrorystów raczej mało, choć jak pokazuje przykład mordercy z Utoja – potrafią być spektakularni.
A na pewno jest to, czego nie ma na południu Europy – długaaaaśne, letnie dni.
I klimat letni, nieprzesadnie upalny co ważne gdy się chce spędzać urlop aktywnie.

Nie wiem ikroopko ilu wizytujących Skandynawię spotkałaś. Ja osobiście znam sztuk cztery. Wszyscy wyjeżdżali zachwyceni. I marzą o powrocie.

Jedno jest pewne: Skandynawia NIE jest dla ludzi, którzy lubią smażyć się na plaży, na białym piachu pod palmą popijać drinki z palemką i tańczyć w dyskotekach. Skandywia jest dla ludzi, którzy cenią sobie piękno surowej natury, skały, lasy, wodę, ciszę i spokój.
 
 



10 w skali Beauforta” to to nie było

takajedna_ja

...,  ale jakaś szóstka, może siódemka...
Musimy tu wrócić jesienią, gdy trzciny i trawy się zazłocą a wiatry przybiorą na sile.


- Warto przejść tyle kilometrów dla takiego widoku – jęknęłam z zachwytu na końcu cypla Hindens Rev. Mój jęk zagłuszony został przez huk fal rozbijających się o kamienisty brzeg. U zwieńczenia cypla grzywiaste fale nachodziły na siebie jakby łapiąc się ręce i wciągając w opętańczy taniec. Zamglone słońce nadawało im blask i barwę płynnego srebra rozlewając się także na kamieniach, trawach i karłowatych krzaczkach.
Opodal, na najwyższym kamieniu siedział jeden z rowerzystów, których minęliśmy po drodze. Drugi, stojąc na brzegu, usiłował uwiecznić ten niesamowity spektakl jaki zafundowała nam natura do spółki z wietrznym dniem.  Podziwiałam ich – dotrzeć tu rowerem i z rowerem to nie lada wyczyn. Wąska ścieżka, pełna wystających korzeni, często zamieniająca się w kamienne usypisko. Zwalone w poprzek ścieżki drzewa, lub tylko wsparte o inne po przeciwnej stronie, tworzące niskie przejścia, zmuszające do zejścia z roweru lub wręcz do przeniesienia go. Trzeba być wyczynowcem.

Chwilę trwaliśmy w zapatrzeniu i zachwycie.
A potem ruszyliśmy z powrotem w trzykilometrowy marsz. Natura ma w nosie zasadę, że prawdziwy turysta nigdy nie wraca tą samą drogą i alternatywnej trasy nie przewidziała na 100metrowej szerokości (w najszerszym miejscu) cyplu.

M. na czubku cypla.

 
Woda przede mną...


 ...i woda za mną.

Nikon z Jankiem w Polsce. Canon odmówił współpracy, więc tylko pseudoaparat w telefonie mi pozostał, jak widać efekt jest nie najgorszy, choć zdjęcia robione niemal na ślepo.

 

Deszczowe lato ma swoje zalety

takajedna_ja

Na przykład : temperatura pozwala nosić letnie ubrania, a upał nie męczy.
No i chmury. Nie dość, że są malownicze:

 

to jeszcze filtrują światło...

 

Iść na wojnę (?)

takajedna_ja
Warcholska krew sarmackich przodków się we mnie burzy. Czy mam skłonności do pieniactwa czy mam rację ? 
Jak wiadomo całkiem niedawno remontowano mi mieszkanie. Mieszkanie jest komunalne, zatem remontu dokonywali ludzie zatrudnieni i opłacenie przez właściciela. Jednocześnie wraz z remontem mieszkania przebiegała renowacja fasady całego budynku z malowaniem zewnętrznych części okien.
Pierwsi w mieszkaniu byli spece od kładzenia paneli. Ci byli dość dobrzy. Co prawda przecięli kabel od internetu i zamarkowali to plastrem, ale prawda szybko wyszła na jaw - czyli w chwili gdy Janki wrócił ze szkoły i nie mógł się połączyć z internetem. Mąż mnie naciskał, więc napisałam stosowną karteczkę i nazajutrz, po powrocie do domu znaleźliśmy zwój kabla. Głupio mi było, no bo cóż to jest taki kabel...
Następny był malarz tapeciarz. Tapetowanie poszło mu sprawnie tylko, że małą łazienkę, wcześniej w jadowicie pomarańczowej tapecie pomalował na biało. Pomalował zwykłą tapetę! Która naturalnie spuchła i dostała bąbli. Malował trzy razy, w niektórych cztery, w końcu zniknął. Koszmarek został. Mąż zrzędził, mędził, że mam iść do administracji...Zżymałam się bo taka pierdoła, łazienka mała, pójdzie szafka nie będzie widać, zresztą i tak Kocio jej w zasadzie tylko używa.
Ale jednocześnie odbyło się cyklinowanie parkietu. Cykliniarz poszedł zostawiając po sobie pamiątkę w postaci pękniętej klepki przy samym progu. Pękniętej na tyle, że można sobie zdrowo stopę rozharatać.
Teraz już musiałam pójść do administracji. 
Malarz zjawił się następnego dnia, pomalował łazienkę raz jeszcze z tym samym efektem. Cykliniarz zjawił się później. Popatrzył. Powiedział, że przyjdzie z kolegą i poszedł. Następnego dnia przyszedł jeszcze jeden. Popatrzył- poszedł. Następnego dnia wrócił cykliniarz z innym facetem podebatowali nad podłogą, powiedzieli, że jutro wrócą i zrobią. To było ze dwa tygodnie temu. Jak dotąd nie wrócili.
Potem byli hydraulicy wymieniający perlatory, natryski i badający szczelność. Po ich wizycie kran w kuchni cieknie tylko od czasu do czasu ale za to w innym miejscu.
Tymczasem na zewnątrz remont fasady przeniósł się na inną stronę. Do mojego balkonu podjechało chwiejące się rusztowanie i ostrożny pan. I zaczęło się malowanie drzwi i okna balkonowego. Trwało dwa dni, bo pan malował też sufity balkonów, oraz okna i drzwi na pozostałych dwóch piętrach.
Zajęta już byłam Krakowiakami, więc się efektowi specjalnie nie przyglądałam. Aż do dzisiaj, kiedy postanowiłam wreszcie umyć okno.
Problem ze znalezieniem a następnie z odkręceniem śruby zmusił mnie do przyjrzenia się dziełu pana malarza. Farba położona grubą warstwą, znać każde pociągnięcie pędzla, zacieki i wiszące na krawędziach zaschłe krople farby. Tam, gdzie okno tyka się z framugą - ramka bo się pan malarz nie pofatygował o otwarcie okna. 
No i nie zdzierżyłam.
Zawołałam Anikę -Anioła. Pokazałam jej dzieło malarza. I moje dla kontrastu. zapytałam czy mam iść do administracji czy do miejscowej gazety od razu. Pokiwała głową. Poklepała mnie po ramieniu, zaleciła spokój i kontakt z administracją. 
Waham się i mam straszną chęć wsadzić kij w mrowisko. 
Ale może ja się czepiam ?
takajedna_ja
Tak to ja mogę gości przyjmować.
Sami się karmią, ze szczególnym uwzględnieniem obiadów, którymi czasem jeszcze karmią i mnie. Sprzątają po sobie...i po mnie, co bywa nieco frustrujące bo we własnym domu czuję zobligowana do natychmiastowego zmycia talerza. Mają dobre humory ale nie oczekują, że będę ich zabawiać towarzyską rozmową. I jeszcze  pokazują parę przydatnych rzeczy np. jak przyrządzić cukinię. 
Ja się rewanżuję pokazując wszystkie ulubione i ciekawe miejsca w mieście i okolicach. Magda co prawda narzeka, że doskonałym byłabym pilotem wycieczek zorganizowanych (proszę państwa, pięć minut na zdjęcia i ruszamy dalej. Proszę się nie ociągać, idziemy, idziemy. Tak, pani z aparatem też). 
Pogoda nas niestety nie rozpieszcza, choć trzeba przyznać, że w sobotę deszcz zachował się przyzwoicie i lał w czasie gdy przemieszczaliśmy się samochodem z punktu A do punktu B.
A w sobotę było tak:





Wczoraj już tak fajnie nie było, więc Kinnekulle nie jest zaliczone, mimo szczerych chęci...
Dziś Zielona Noc 

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci