Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Nad herbatą

Złośliwie

takajedna_ja

Zainspirowana wpisem Elizy Michalak pomyślałam, że to może wreszcie byłaby dobra droga by mężczyznom wybić z głowy raz na zawsze durne teksty. Tym w czarnych kieckach też.
Dorzucę garść sugestii od siebie - parafraza tych, z jakimi najczęściej spotykałam się w życiu.

Jakiś facet koło ciebie mówi o jakiejś kobiecie, że pewnie jej chłopa brakuje, dlatego takie głupoty gada?
- A tobie nawet posiadanie kobiety u boku inteligencji nie podnosi - odpowiadamy kulturalnie.
Lub mniej kulturalnie
- Sperma ci chyba szare komórki zalewa- lub na wszelkie inne możliwe sposoby dajemy rozmówcy do zrozumienia, że uważamy iż jego seksualność odbiera mu zdolność właściwej oceny sytuacji.

- Fajny masz tyłek.
- Masz tutaj sporo (znacząco spoglądamy na spodnie) a umiesz dodać dwa do dwóch?
- Jesteś tak fajnie zbudowany, na pewno masz chęć iść ze mną do łóżka  (najlepiej jak mówi to kobieta w dojrzałym wieku, po której dość dobrze widać oznaki upływu czasu)
Wersja dla odważniejszych dziewczyn zakłada nie tylko słowa ale i czyny. Wdziałam takie coś na jakimś filmiku. Tylko tam było to wykonywane przez chłopaków gejów lub udających gejów.
Macanie po tyłku, przesyłanie buziaków zdalnie lub też rzucanie się z nimi na faceta, głaskanie, dotykanie wszędzie.
Dziewczyny. A może by tak przestać się czaić i zacząć chamskim facetom odpłacać pięknym za nadobne?
Ech...Piękne by to było...

Wywrotowe myśli

takajedna_ja

Ksiądz na mszy powiedział, że moja matka całe życie pracowała dla chwały bożej.
Sarknęłam pod nosem "wyłącznie dla chwały bożej", bo choć pracowała od 17 do 70roku życia to nie specjalnie opływała w dostatki...

Muszę postawić nowy nagrobek. "Pomnik" mówią u nas.
Przyszło mi do głowy by na płycie wyryć cytat z piosenki Jacka Kaczmarskiego "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego"

"Pożyjemy i pomrzemy, nie usłyszy o nas świat
a po śmierci wypijemy za przeżyte w dobrej wierze parę lat".

Bo tekst z Gałczyńskiego

"Zapachniały zefiry
brzękły potrójne liry
pierzchnęła tłuszcza
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach"

aczkolwiek wzbudziłby aprobatę oraz złośliwą uciechę u mojej maci, wydaje mi się jednak nieco zbyt dosłowny.

Bo ja to bym chciała by mi dziecko wyryło "Co się gapisz? Też wolałabym leżeć na plaży" ale poprawność polityczna, psia mać...

W kwestii emigrantów

takajedna_ja

Chyba każdy, kto od czasu do czasu skrobnie jakieś zdanie w internecie zdążył już się wypowiedzieć na temat emigrantów czyli uchodźców. No więc, żeby nie być taką ostatnią, dorzucę i ja swoje parę groszy.
Temat jest gorący, widzę, że prowadzi nawet do zerwań znajomości. Ale chyba to, co mnie najbardziej razi, to czarno-białe widzenie. Jedni mówią, że uchodźcy to dzicz i plaga, a inni, że to prawie święci, pokrzywdzeni przez los ludzie.

Wyobraźmy sobie, że jedziemy autobusem, w którym na samym końcu siedzi pięciu nastolatków, którzy rozrabiają, wrzeszczą, przepychają się i klną. Siedzimy więc w tym autobusie, patrzymy w szybę, irytujemy się i myślimy sobie "ojej, jaka ta młodzież nie wychowana" . I tak patrząc w tę szybę nie zauważamy, że oprócz tej piątki na samym końcu, w autobusie jest jeszcze z piętnaścioro innych. Nie widzimy ich, nie słyszymy, bo patrzymy w szybę, a oni siedzą cicho - drzemią, czytają, rozmawiają (po cichu!) z koleżanką. Jedziemy sobie tym autobusem, pełni przekonania, że tacy wychowani, stateczni dorośli jesteśmy, że chamskie zachowania, łobuzerstwo, to już nie my, dorośli, to tylko ta młodzież.
Wreszcie dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Wysiadamy wzdychając z ulgą, że się nareszcie od tych krzykliwych z autobusu uwalniamy. Podchodzimy do kiosku, żeby kupić gazetę i...okazuje się, że nie mamy portfela. Ktoś nam go ukradł! Kto? Bo gdzie to wiadomo- w autobusie.
Patrzyliśmy w szybę zajęci zżymaniem się na młodzież i nie zwróciliśmy uwagi na cichutko siedzącą obok nas nobliwą starszą panią.

W sumie to chciałam napisać więcej, ale po co?



Nie czekać

takajedna_ja

Po dziewięciu godzinach snu, przerwanego tylko jedną pobudką na siku i piciu, świat jest zdecydowanie bardziej przyjazny. Zupełnie nie wiem po co się męczyłam te dwa miesiące. Mam więcej energii i znowu się śmieję. A to zaledwie tydzień. Lekarze przestrzegają, że w ciągu pierwszych dni brania leków, symptomy mogą się pogłębiać. Ja mam chyba na odwrót- możliwe, że jestem na lekkim haju. To jest całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę doświadczenia z dni ostatnich. Umęczona do granic, pierwszego wieczoru łyknęłam sobie tabletkę nasenną. Nie zanotowałam, albo lekarka to pominęła, że antydepresanty łyka się rano. I wzięłam na wieczór obie. Noc była koszmarem. Z jednej strony coś mnie szarpało w górę, z drugiej coś innego ciągnęło w dół.
Nadszedł wczesny (bardzo wczesny) poranek, powlokłam się do roboty, potem spałam chyba 3 godziny, potem godzinę się wybudzałam ale kiedy wreszcie się ocknęłam zaczęłam zgłębiać przyczynę. Zaczepiłam znajomą psychiatrę i potwierdziłam podejrzenia, że sertralinę to powinno się rano.
A! To tłumaczy nocne ekscesy.
Następną noc przespałam jako tako czyli godzina-dwie do zaśnięcia, pobudka co godzinę, pół godziny wiercenia się i znów sen.
Następny (bardzo wczesny) poranek. I dzień spędzony głównie na odpędzaniu snu. Bo oczywiście mogłabym się położyć, ale wtedy w nocy na bank w ogóle nie będę spała. O 20.30 kąpiel i do łóżka. Wywietrzony pokój. Strzepana pościel. Komputer pod łóżkiem, do poduszki książka o treści pogodnej i niepodniecającej. Oczy zaczynają się kleić, jest 21.15. Gaszę światło. Układam się wygodnie, jeszcze czekam na delikatne stąpanie kota, zimny noc do nosa, kocie układanie się po prawej stronie mojej głowy, jeszcze ostatnie pogłaskanie mięciutkiego brzuszka, coraz cichsze mruczenie...Zasypiam...
Mniej więcej po półgodzinie pobudka. Wiercenie się, drzemka, pobudka. O 22.30 znów tabletka na sen.
Odetchnęłam z ulgą, że teraz wreszcie zasnę.
Akurat!
Nieco spokojniej niż owej pierwszej nocy, ale znowu to samo. Z jednej strony nieprzytomna senność, z drugiej rzuca mnie coś co chwila o łóżko. Jakbym żyła 200 lat wcześniej ani chybi wezwaliby egzorcystę.
Następny dzień jak wyżej.
Chyba trzeba by z lekarką pogadać o tych tabletkach...
Ale. We czwartek wieczorem zasnęłam normalnie, ale za to obudziłam się  godzinę przed pobudką i już nie mogłam zasnąć. W pracy byłam prawie pół godziny wcześniej.
A wczoraj przespałam całe 6 godzin! Calutkie! Jednym ciągiem! W pracy byłam szczęśliwa i życzliwie nastawiona do świata.
No i dziś.

Do tego perspektywa wolnego przez najbliższe dwa tygodnie! Żadnego rannego wstawania. Żadnej porannej przebieżki do pracy ( Komarek od czasu upadku stoi w garażu, bo nie znasz dnia ani godziny kiedy grudniowy deszcz zamieni się w ślizgawkę).

I tak sobie myślę, że niepotrzebnie czekałam owe dwa miesiące. Ale wciąż miałam nadzieję: a to PMS, a to święta, a to matka...Dobrze, że nie czekałam jak poprzednio kilka miesięcy, w czasie których doprowadziłam i siebie i bliskich do granic wytrzymałości. Bo oczywiście z samym sobą możemy robić co nam się żywnie podoba, ale jeśli nasze jazdy odbijają się na najbliższych to zwlekanie z wizytą u lekarza jest bardzo samolubne. Więc jeśli od jakiegoś czasu nie jesteś sobą, nagle nie masz apetytu albo masz go w nadmiarze, jeśli unikasz ludzi, których przecież lubisz, nie robisz tego, co zazwyczaj sprawia ci ogromną przyjemność,  jeśli do tego albo nie śpisz albo śpisz bardzo dużo- skontaktuj się z lekarzem. To może być depresja. Nieleczona depresja jest chorobą śmiertelną! I nawet jeśli nie doprowadzi do śmierci fizycznej - zabije w tobie tę osobą którą jesteś, zabije twoje związki z ludźmi dotąd ci najbliższymi.
Czy warto płacić taką cenę za jakąś chorą ambicję "poradzę sobie sam"?
Jeśli masz wątpliwości - przeczytaj jeszcze raz mój post "Rollecaster". To jedna z twarzy nieleczonej depresji. Zastanów się. Chcesz tego dla swojego współmałżonka, dzieci, wnuków? Sam sobie możesz być obojętny, ale pamiętaj, że wokół ciebie są ludzie, których twoja choroba może dotknąć dużo bardziej niż ciebie. Zatrzymaj się, póki jeszcze przynajmniej oni ci nie zobojętnieli.

Merry Christmas czyli żona Świętego Mikołaja

takajedna_ja

(Znalazłam! Przy okazji odkryłam, że ta bajeczka obchodzi jutro swoje dziesięciolecie. Pamiętam nawet z jakiej okazji ją napisałam. Z zemsty, na potrzeby ad hoc zawiązanego Klubu Poszkodowanych Przez Mikołaja którego założycielką była niejaka Becia a członkami Klubu były zdaje się między innymi madika oraz iksińska. Klub został powołany jako wyraz głębokiego rozczarowania i zdegustowania zawartością butów w dniu 6/12/2004. W późniejszych miesiącach Klub zmienił nazwę na Klub przy Polu Maków obierając sobie makowe pole za herb...ech...łza się w oku kręci...)


Nick obudził się. Za oknem świeciła uliczna latarnia, obok niego rozlegało się miarowe pochrapywanie. Suchość w ustach sprawiła, że leniwie zwlókł się z szerokiego łóżka i poczłapał w poszukiwaniu jakiegokolwiek napoju. Na stole, wśród pełnych popielniczek i brudnych talerzy walały się resztki chleba i wędlin oraz puste puszki po piwie i butelki po wódce Stolicznej i napojach. Zrezygnowany ruszył na poszukiwanie kuchni w nadziei, że kran okaże się sprawny. Był, ale to, co z niego ciekło, tylko w przybliżeniu można było nazwać wodą. Jednak płyn ten, obok wielu innych walorów zwierał jeden, najistotniejszy: był mokry... Nick z obrzydzeniem przełknął to rzadkie świństwo i nieco oprzytomniał. Znalazłszy nadłamanego papierosa zapalił łapczywie. Dym wypełnił jego płuca. Przysiadł na stołku. Chwile rozkoszował się bezruchem. Pomyślał , że imprezka musiała być niezła, skoro nawet nie pamięta ani gdzie jest ani jak się tu znalazł. I ciekawe gdzie jest jego przyjaciel Wańka. Mętnie przypomniał sobie bujną blondynę, która wdzięczyła się do Wańki. Jak ona miała na imię? Chyba jakoś Lola, czy Lala... Nieważne, no ale ten cyc to miała, no! Niechby Maryśka zobaczyła i pozazdrościła. Podniósł się ze stołka z mocnym postanowieniem odnalezienia przyjaciela. Odnalazł go śpiącego w tym samym łóżku, z którego przed chwilą sam wstał. Nagle jego wzrok padł na stojący na komodzie zegar z kalendarzem. I aż go zatrzęsło z przerażenia
- Wańka!- rzucił się do przyjaciela – Wańka! Kurna! Zaspaliśmy! Popatrz! Wstawaj! Matko, Stary nas z roboty wyrzuci tym razem ! - wołał szarpiąc kumpla za ramię. Spod kołdry wyłoniła się rozczochrana blond głowa.
- Jezuuu ! Czego się drzesz, Nick?- wymruczała Lala - Zabieraj tego niedojdę, Wańkę i spadajcie, spać mi się chce.
Nick z odrazą przesunął wzrok z kobiety.
Jak mogłem ją porównywać z Maryśką, musiałam być dobrze pijany- zdumiał się. Jego wzrok powędrował ku koledze, który niezgrabnie gramolił się z łóżka. Jaki on stary- pomyślał nagle- ten wystający brzuch, ta skołtuniona broda...
- Wańka!- warknął niecierpliwie - Rusz ten gruby zad!
- A twój to jaki?- odciął się Wańka - Zresztą nie musisz na mnie czekać. Idź, sam sobie dam radę. I tak idziemy w innych kierunkach - zaniósł się kaszlem nikotynowym. Nim skończył, Nick był już za drzwiami. Na szczęście pamiętał, gdzie zostawił swój środek lokomocji. Rozpaczliwie machał na nieliczne samochody. W końcu jakaś taksówka litościwie się zatrzymała i zawiozła go tam, dokąd poprosił. Rudolf tkwił w miejscu w którym go zostawił. Nick ciężko usiadł w fotelu.
- No stary, jedziemy do domu- rzekł, ale Rudolf ani drgnął.
- Nie rób mi tego- prosił go Nick- Nie dziś, proszę cię! Maryśka mi głowę urwie jak wylecę z roboty.
Rudolf nadal stał w miejscu jak przymurowany.
- Rudi, skarbeczku kochany- nie ustawał w prośbach Nick- wszystko zrobię, garaż ci odnowię... No wiem, że mi się trochę przeciągnęło z Wańką, ale wiesz, sezon nowy, strategię trzeba było opracować, konkurencja nie śpi..
- Dobra, te bajki to do Mary- burknął Rudolf - Ja za stary jestem...- i jak nie ruszył, aż Nicka wgniotło w siedzenie. Pruł naprzód z takim wigorem, że w parę sekund byli pod domem. Nawet się Nick nie zdążył zastanowić nad tłumaczeniem dla żony.
- I czego tak szybko?- fuknął do Rudolfa, podenerwowany nieco perspektywą stanięcia oko w oko z małżonką.
Może śpi- pocieszał sam siebie bez sensu. Wiedział, że nie śpi. Nigdy nie spała.
A co mi tam! - pomyślał straceńczo - Najlepszą formą obrony jest atak.
Wszedł z trzaskiem do domu.
- Maryśka!- wrzasnął. I znieruchomiał przerażony własną odwagą. Mary stała w korytarzu, a jej złote loki połyskiwały złowrogo. Tak jak i błękitne oczy. Zmieszał się pod jej zimnym spojrzeniem, poczuł niepewny i zagubiony...Żeby dodać sobie ważności warknął:
- Co tak stoisz, kobieto? Dawaj szybko świąteczne ubranie! Spóźnię się!
- Tak? Trzeba było wcześniej zakończyć tę naradę z Wańką - powiedziała słodko Mary- Już nawet Stary się dopytywał czy jesteś gotów...
- Stary?- zaniepokoił się Nick - Odzywał się?
- A pewnie, pewnie...- ze złośliwą uciechą raportowała Mary - Pytał o ciebie i Wańkę: też mu się ta wasza komitywa nie podoba. Mówi, że Wańka na pewno był w KGB.
- Wańka? W KGB? Dobry dowcip - zaśmiał się nieszczerze - Przecież dobrze wie, że sam bym nie dał rady wszystkiemu. Wańka zajmie się wschodem, a ja zachodem- Nie wiadomo dlaczego się usprawiedliwiał przed ta drobną kobietką.
„Zgniótłbym cię w garści" przemknęła mu myśl i sam się jej przestraszył.
- Gadasz i gadasz- warknął znów- a tu czas mi ucieka. Dawaj to ubranie..
- Sam sobie weź, wisi w szafie od dawna. I wykąp się, bo klientów wystraszysz.
- Głodny jestem i herbaty bym się napił - powiedział pokornie
- Było wrócić do domu jak człowiek. Teraz czas minął. Ja oglądam serial, sam sobie radź i nie zawracaj głowy- ucięła.
- A jak wrócisz to pogadamy o tej Lali- dodała złowrogo
- No coś ty, Dorotka - próbował ratować sytuację – jaka Lala?
- Dobra, dobra, Dorotką mi oczu nie mydl. Co myślisz, że ja taka ciemna jestem?? Zbieraj się do roboty, ale już! Bo jak cię Stary wyrzuci to się będziesz miał z pyszna!
Nick poczuł, że narasta w nim bunt. Dość! Dość tej tyranii! Więcej nie zniesie jej pouczeń, tego traktowania go jak smarkacza.
- Zachowujesz się ja smarkacz to cię tak traktuję- doleciał z sypialni głos żony. Skulił się w sobie na te słowa. Zawsze podejrzewał, że czyta jego myśli. Spojrzał tęsknym wzrokiem w stronę łoża. Ech...jakby się teraz wyciągnął na nim, w tej czystej pościeli, w Maryśką u boku. Już on by jej pokazał, że wcale nie jest takim smarkaczem... Przestąpił z nogi na nogę, przełknął ślinę.
- Marysiu- poprosił nieśmiało.
- No, co tam znowu? - zapytała zniecierpliwiona.
- Jakoś źle się czuję. Tak mnie trzęsie, chyba grypa mnie bierze. Wiesz, myślę, że kieliszeczek koniaku dobrze by mi zrobił...
- Tak, klinika?- zakpiła - Żebyś znów spaprał kampanię? Jak poprzednio? Zapomnij! Po powrocie pójdziesz na odwyk. A Wańkę sama przegonię...No już! Na co jeszcze czekasz? Myślisz, że Stary cię wyręczy?
Z przygarbionymi plecami, ze spuszczoną żałośnie głową podreptał do łazienki. Naprzemienny prysznic, raz zimny, raz gorący wypłukał z niego resztę alkoholu. Wyszorował zęby pastą o długotrwałym działaniu, przystrzygł i uczesał srebrną brodę. Siwe włosy nie wymagały specjalnych zabiegów, ale czubek głowy zaczynał niebezpiecznie błyszczeć. Jeszcze rok, dwa, będę całkiem łysy - pomyślał. Owinąwszy się czerwonym szlafrokiem pomaszerował po ubranie. Po drodze, w jadalni minął barek. Niepewnie zerknął w stronę drzwi. Z sypialni dobiegały odgłosy serialu „ ależ Diego, przecież nie możesz mnie kochać, bo jestem twoją siostrą". Na paluszkach podszedł do barku. Ujął kluczyk w dwa palce i ostrożnie przekręcił...
- Tego szukasz?- Mary stała w drzwiach trzymając butelkę w dwóch palcach. Podskoczył.
- Do zawału mnie doprowadzą te twoje szpiegowskie sztuczki! - Wybuchnął pamiętając zasadę: najlepszą formą obrony jest atak. Nic sobie nie robiąc z jego wściekłości pomaszerowała do kuchni , gdzie z satysfakcją wylała zawartość butelki do zlewu. Po czym oddała mu puste naczynie ze słodkim
- Proszę -
Już nie zwlekając ubrał się szybko, żeby jak najprędzej opuścić dom, bo bał się, że zrobi coś złego tej wiedźmie. Nie przyznawał się nawet sam przed sobą, że goni go jeszcze coś. Bał się, że Mary i to odkryje. Dopiero w stajni, gdy odgarnął zwiezione tego lata siano odnalazł swój skarb. Odetchnął. Była tam, Maryśka jej nie wywęszyła. Jaka ulga! Przycisnął do siebie butelkę Stolicznej. Wańka mu ją kiedyś podarował „na czarną godzinę" i oto godzina nadeszła. Odkręcił korek i przytknął szyjkę do ust. Pociągnął zdrowy łyk. Ciepło rozlało mu się po wnętrznościach, pobudziło krew do krążenia. Poczuł radość.
- O ho ho!- zakrzyknął w ciemne niebo. Na ten okrzyk z nieba jak na zmówienie posypały się białe płatki. Najpierw było ich niewiele, ale z każdą chwilą stawało się ich coraz więcej i więcej. Ale fajnie- pomyślał-przemknę bez trudu. Może choć raz szybciej wrócę do ciepłego łóżka...
Jeszcze raz pociągnął z butelki.
- Dobra Rudolf, wołaj resztę- powiedział raźno do stojącego nieopodal renifera- Czas na nas...
Mknął srebrzysty zaprzęg po niebie, po ziemi, wśród lasu czarnego i milczącego, po skrzypiącym śniegu dwa ślady znaczyły płozy sań. Aż znalazły się pod samotną chatką w lesie. Nieduży, pyzaty staruszek w czerwonym kubraku spoglądał przez szybę w oknie na stojącą w salonie ogromną, kolorową choinkę. Przy choince, w blasku ognia z kominka stała złotowłosa dziewczynka i recytowała wierszyk:
W dzień wigilijny, gdy mrok zapada
Święty Mikołaj do sanek wsiada
I wstrząsa lejcami:
No, wio mój mały,
bo będą na nas dzieci czekały
Mknie po obłokach koniczek dziarsko,
Wesoło parska
Już jest na ziemi, już mknie po śniegu
A wtem Mikołaj zatrzymał go w biegu
Bo oto w lesie stoi chatynka
A w tej chatynce mieszka dziewczynka
Mała Dorotka, śliczna Dorotka
Święty Mikołaj wchodzi do środka
Stuk-puk! A kto tam? Otwórzcie proszę:
To ja, Mikołaj, Dorotce lalkę niosę
Dorotka dziękuje i pięknie się kłania
A Święty Mikołaj dalej mknie w swych saniach

Zapatrzył się Nick razem z Rudolfem
- Dorotka- szepnął rozmarzonym głosem
- Dorotka- potwierdził renifer - Taka sama jak Twoja, pamiętasz?
Trwali długą chwilę w zapatrzeniu. Obudził ich głos dobiegający z radia umieszczonego w saniach
- A teraz specjalnie dla Państwa nasze wesołe przedszkole odpowie nam na pytanie: co to jest Merry Christmas ?
- Mary Christmas - powiedział sepleniący pięciolatek- to żona Świętego Mikołaja
- Tfu! Na psa urok!- splunął ze zgrozą Nick. - Chodź, Rudolf, nic tu po nas...To właściwie teren Dziadka Mroza. Hehe- zaśmiał się złośliwie- Niech się teraz Wańka zajmie Dorotką.
07.12.2004

Skucznaja pora

takajedna_ja

Ciemno, szaro, wietrznie.

Złotą, szwedzką jesień szlag w tym roku trafił. Na ostatnim spotkaniu w fotoklubie ludzie rozczarowanie, bo nikt nie zdążył się nacieszyć i "nafocić" szaleństwa barw. Było zielono, zielono, zielono a potem przyszły dwa bardzo zimne poranki i zrobiło się od razu łyso.
Wieje, leje, kapie, siąpi. Ciemno o poranku, szaro w południe, ciemno po południu. 
O siódmej jest jeszcze ciemno, o szóstej już ciemno.
Może to powód dla którego jakoś tak czarno na wszystko patrzę?
Szukam pracy bez przekonania. Czyli czytam ogłoszenia ale wyłącznie z przymusu. Wiecie, że od początku października w mojej okolicy pojawiły się TRZY ogłoszenia o pracę dla ekonomisty? Żadne nie dla mnie. Nie znam biegle ani  fińskiego ani angielskiego, nie mam doświadczenia w naliczaniu płac, nie mam dyplomu wyższej uczelni oraz nie znam żadnego z systemów wymienionych w anonsach.
Inne ogłoszenia do znudzenia powtarzają to samo: inżynier, nauczyciel, przedstawiciel handlowy. Już bym chyba z rozpaczy spróbowała tego pośrednictwa handlowego...ale prawo jazdy.
Mam poczucie, że Szwecja mnie nie lubi. I ja nie lubię jej. Coraz częściej mam uczucie, że trafiłam w jakiś świat przeniesiony rodem z 1984 Orwella.
Synek kazał mi przeczytać "Nowy, wspaniały świat" Huxley'a. Powiedział, że to jest obraz Szwecji. Przeczytam. Przeczytam jak tylko skończę oglądać The Good Wife.
Oglądam maniakalnie. A jak nie oglądam to i tak myślami jestem w serialu. Amerykańska mentalność jest jednak, przynajmniej dla mnie, naprawdę odległa. Tuwim kiedyś napisał "Co to jest sąd? To grupa ludzi orzekająca, która ze stron ma lepszego adwokata". I jak oglądam ten serial, to myślę, że to kurczę jest prawda! Nie ma znaczenia czy jesteś winny czy nie. Ma znaczenie czy masz sprytnego adwokata.
I to ma być sprawiedliwość?
Dziwny ten świat...
W ogóle mam wrażenie, że ludzkość przechodzi coś co można nazwać "ewolucją wsteczną". Nie macie wrażenia, że ludzkość cofa się w rozwoju mentalnym? Technologicznie idziemy naprzód w tempie zastraszającym a jednocześnie stajemy się coraz bardziej prymitywni.
Ta moda na tatuaże wszędzie. Latem masz wrażenie, że mieszkasz wśród dzikich.Starzy, młodzi. Ciała pokryte sinymi rysunkami, czasem z dodatkiem czerwieni lub zieleni. Jakbyś nagle zamieszkał wśród dzikich.  
Albo te kolczyki wszędzie. Idzie panna, z daleka wygląda jakby jej glut pod nosem wisiał, podchodzisz bliżej a to kolczyk w nosie. Albo te "przelotki" do kabli zamontowane w uszach...Fuuuuj!
Ludzie pierwotni tak siebie ozdabiali.
Kto dziś słucha prawdziwej muzyki? Prawdziwej czyli takiej, która składa się z więcej niż kilku powtarzających się nut. I którą aby zagrać, trzeba umieć grać. Ktoś dziś pisze taką muzykę? I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu, zaledwie 300 lat temu, muzyka Beethovena czy Straussa to była muzyka uznawana za muzykę dość pospolita, pisaną dla mas. Na trzech nutach wyśpiewane trzy słowa powtarzane w kółko przez trzy minuty. Tuwim napisał jeszcze jedno "Radio to cudowny wynalazek: jeden ruch ręki i nic nie słychać". Tylko co to jest tuwim, prawda? Czy da się to znaleźć w słowniku polsko-angielskim w google translate?
Nawet morderstwa się zmieniły. Dziś nikt nikogo nie morduje tak zwyczajnie, z potrzeby odebrania majątku czy zazdrości. Nikt nie używa wysublimowanej metody zbrodni jak trucizna czy pozorowany wypadek. Nie, dziś standardem jest maskara piłą mechaniczną. Media emitują sieczkę, przeznaczoną dla półgłówków. Dziesięć minut głupawego darcie ryja przeplatanego wybuchami śmiechu. A potem przerwa na reklamę. Samochody, telefony, proszki do prania oraz pożyczki. Czyli -wpompujemy w ludzi coraz więcej kasy, żeby mieli co wydawać, co konsumować.
Głupim społeczeństwem jest o wiele łatwiej rządzić. Tylko trzeba im co jakiś czas urządzić igrzyska. Nie ważne jakie, byle było dużo krwi.
Syn mi ostatnio oświadczył, że ma mi za złe, żem go nie wychowała na kretyna. Kretyn jest zawsze szczęśliwy byle tylko miał pełny brzuch i zabawkę pod ręką. Przeprosiłam go. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek nadejdzie czas, gdy kretynizm będzie promowany i nagradzany.
Nie lubię tego świata. Najchętniej wyniosłabym się na jakąś prowincję...
No tak, zapomniałam. Przecież JESTEM na prowincji Europy. W Szwecji.

 

Odkrycia dnia codziennego. Część 1. Takie małe wkładeczki.

takajedna_ja

Wymyśliłam sobie Nordic Walking czyli Stavgång po szwedzku.
Nie wymyśliłam dziś, wymyśliłam już dawno. Tylko zamiast się do tego zabrać narzekałam, że nie mam z kim.
Od zawsze lubiłam chodzić, chodziłam sama na zdjęcia, na włóczęgi po lesie i mieście. Z jednej strony brakowało osoby do towarzystwa, z drugiej porządkowałam sobie myśli, szłam własnym tempem i zatrzymywałam się gdy chciałam. Mimo wszystko jednak uznałam, że chodzenie sportowe to zupełnie co innego. W moim przypadku zawsze chodzi o motywację. Jestem leniem kanapowym. A właściwie łóżkowym. gdyby nie zdrowy rozsądek na łóżku mogłabym spędzić całe życie. Czytając, oglądając filmy, robiąc na drutach, głaszcząc kota, gadając przez telefon, pisząc, łażąc po internecie, bawiąc się obróbką zdjęć, jedząc, medytując....i nie wiem co jeszcze. Właściwie to tylko zdjęć nie da się robić z łóżka.To znaczy da się, ale byłyby one cokolwiek monotonne. Choć... Z drugiej strony? Inne światło każdego dnia, inne ułożenie pościeli, drobiazgów w około, inna pozycja kota. Czy dałoby się zrobić 365 zdjęć z łóżka tak, żeby każde było inne? Muszę to zapamiętać i jak mnie kiedyś niemoc przykuje do łóżka to sprawdzić zamiast biadolić, że życie mi ucieka.
Zatem jestem leniem łóżkowym. Ubiegłoroczna kontuzja to moje lenistwo szybciutko rozgrzeszyła. Lecz rzeczywistość zastukała do drzwi. Zadyszka nawet przy podejściu pod podjazd w garażu, zesztywniałe nogi, zmęczenie przy przejściu kilku zaledwie metrów, coraz większa niechęć do ruchu, schylania się, wspinania na krzesło. Oraz 2kg+. W moim wieku oraz przy mojej wadze to zaczyna być coraz większym problemem.
Postanowiłam się ruszać. Zaatakowałam Reginę czyby nie chciała ze mną chodzić. Ta nieoczekiwanie zgodziła się no i od tygodnia za wyjątkiem weekendów poświęcamy godzinę dziennie na szybki marsz.
Koleżanka, otrzymawszy ode mnie informację o moich wyczynach, natychmiast przysłała mi listę zaleceń, podpowiedzi i sugestii. Oraz przypomniała o wkładach zalecanych przez ortopedę, o których jakoś mi się ...zapomniało.
A ponieważ za sprawą kociego futra w butach i na skarpetach oraz innych niezidentyfikowanych przyczyn zafundowałam sobie bąble na piętach zaistniała potrzeba by jakoś te pięty bolące odciążyć.
Zainstalowałam więc wkładki. Nie tylko pod stopę chorą ale i pod tę zdrową.
Każdy kto miał okazję się ze mną zetknąć osobiście, wie chodząc przypominam Charliego Chaplina wg całego świata lub Helczyka Kasałapego wg mojej matki. Helczyk Kasałapy mawiała Babcia Katarzyna na mojego ojca. On stawiał stopy tak, jak ja. Na zewnątrz. Kiedy się kładę na wznak moje stopy nie celują w niebo, w niebo celują wewnętrzne krawędzie stóp. Zewnętrzne leżą na płasko na podłożu.
Koleżanka o tym wie, dlatego zasugerowała bym wkładki zastosowała do obu stóp.
Tak też i zrobiłam.
Dzień był prawdziwie jesienny wczoraj. Zimno, wiatr urywał głowę, od nocy lało. Początkowo podejrzewałam, że zmaganie z wiatrem sprawia, że tak jakoś źle mi się idzie. Ale jak przestałam gadać, skupiłam się chodzie odkryłam, że bolą mnie nogi nad kostkami od zewnętrznej strony. Bolą...? Nie! One napirzały jak dziecko w bębenek! Dotychczas godzinny marsz powodował zadyszkę i siódme poty oraz zmęczenie, ale nie ból! A teraz boli! I to jak!
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to mogą być owe wkładki. Takie maciupkie?! Mają zaledwie pół centymetra grubości, siedzą po zewnętrzną krawędzią pięty, czyli tam, gdzie zawsze wycinam wszystkie buty, gdzie mam bolące bąble teraz i gdzie skóra najszybciej mi twardnieje jeśli zaniedbam pielęgnację.
A niby przy spokojnym staniu czy chodzeniu są nie wyczuwalne!
Skróciłam wędrówkę z godziny do 40minut, ale ostatnie metry myślałam, że nie dojdę.

W domu, jeszcze rozgrzana zafundowałam sobie chwilę rozciągania, ze szczególnym uwzględnieniem tych bolących miejsc.
Dziś rano poszłam do pracy w tych samych butach.
Bąble na piętach bolą. Boli naciągnięty jakiś mięsień na prawym pośladku i udzie. Ale grzbiet uszkodzonej stopy przestał boleć!
Takie małe wkładeczki...

Fantastyczne życie

takajedna_ja

Czytałam wszędzie. W szkole na przerwie i pod ławką jak lekcja była nudna ( poza polskim, rosyjskim i historią do XX wieku, wszystko było nudne). Czytałam w kolejce po mleko w stołócwe szkolnej i w kolejce po chleb w piekarni. 

Próbowałam czytywać nawet w drodze do domu ze szkoły, ale kilkukrotne spotkanie ze słupem lub drzewem odwiodło mnie od tych planów. Czytałam za to w drodze z biblioteki, bo ta leżała tylko trzy domy dalej, chodnik przy wewnątzrosiedlowej uliczce był prosty, bez przeszkód w postaci latarni czy drzewa, przechodzić przez ulice nie musiałam, więc czytałam. 
Jak podrosłam, odkryłam, że niektórzy, nieliczni, osobnicy rasy ludzkiej moga być równie zajmujący jak książki. Violka.Albo taki na przykłąd Wojtek W. z podwórka, brunet z niebieskim oczami i rzęsami, że wszystkie dziewczyny powinny były go nienawidzić a nie kochać się w nim. Że nie wspomne o Adasiu Z. geniuszu matematycznym z ławki z tyłu.
Ograniczyłam czytanie do jednej książki na mniej wiecej dwa dni. 
Owszem. Pisałam bezbłędne, logiczne zdania. Owszem zasad gramatyki nie znałam bo ich nie potrzebowałam. Owszem wiedziałam różne rzeczy i miałam ogromny zasób słów niekoniecznie potrzebnych takich jak interlokutor czy ansa. To wszystko dawało mi ogromne fory u nauczycieli. I robiły tyły u kolegów z klasy w szkole rolniczej. Bo kto to widział czytać dobrowolnie cokolwiek i jeszcze na przykład się z tego śmiać. Takie zachowania na długie lata ubrały mnie w etykietkę "dziwadła". Można mi wierzyć, lub nie, ale naprawdę spotkałam się ze słowami, że jakbym tak nie czytała to bym była całkiem fajna...
Lata minęły. 
I oto okazuje się, że wielu książek po prostu nie pamiętam! Pamiętam główny motyw, ale autor i tytuł uleciały gdzieś w mrok niepamięci.  A jeszcze niektóre fabuły zlepiają się ze sobą.
I tak na przykład co rano, gdy wracam z Kupa, z pewnym niepokojem obserwuję rój czarnych punkcików na niebie. Rój faluje, oddala się, przybliża. Przybiera postać chmury, by za chwilę zmienić się w smugę, ze smugi w kreskę, która przepada gdzieś w oddali, a po chwili wraca. Do roju co rusz dołączają inne czarne punkciki, rój rośnie, rozsypuje się po całym niebie,  zasłaniając je coraz bardziej. Nad całym miastem spowitym w resztkę mroku, unosi sie jednostajny dźwięk "kja, kja, kja" albo jakos tak. 
Zawsze wtedy czuję dziwny, nieuzasadniony lęk. Szczególnie gdy rój nadpływa tuż, tuż nad moją głowę. 
I przypomina mi się wtedy opowiadanie. Kto to napisał? Gdzie to czytałam? U Lema czy w Fantastyce? O tym jak Rój otoaczał głowę człowieka i robił mu coś w rodzaju formatowania dysku. Lecz wiedza, jaką ten człowiek posiadał, nie ulatywała w powietrze tylko zostawała w Roju. A człowiek stawał się "tabula rasa" jak nowo narodzone dziecko. Bez elemtarnej świadomości. 
Była na to rada. Hełm jakiś czy coś, ale nie pamiętam. Należałoby przeczytać żeby wiedzieć. Choć rój kawek nad głowę bardziej powinien się kojarzyć z Hitchkokiem, prawda? Ale czym skorupka za zmłodu..."Ptaki" oglądałam już jako całkiem dorosła osoba a fanatstyką zaczytwałam się od zawsze. I ze zdumieniem spostrzegam jak wiele tych opowieści wtedy fantastycznych teraz stało się rzeczywistością. 
Pamiętam opowiadanie Mutanci, o Isi, która była zbyt inna by móc funckjonować w społeczeństwie i specjaliścia zalecali jej oglądanie telewizji na wyrównanie poziomu do innych dzieci. Tylko, że w przypadku Isi było to równanie w dół. I jeszcze takie opowiadanie o przyjaźni chłopca z lasu i dziewczyny z miasta. Dziewczyna mówi z dumą, że już wkrótce dostanie własne okablowanie, które podłączy ją do wirtualnego społeczeństwa. 
A my to mamy na co dzien, nawet dzieci, i to bez kabli.
Kosmos panie. Kosmos. Czy ja chcę wiedzieć co będzie dalej? Bo nie wiem czy mam wracać do Lema co mi się ostatnio marzy. 
Kosmos.
W bibliotece nie trzeba już książek wpisywać na kartę a potem dopisywać daty zwrotu. Nie. Wystarczy  na stoliczku karte biblioteczną i stosik książek położyć a system w jednej sekundzie zarejestruje co wypożyczasz. Gdy zwracasz - odkładasz książki na półkę, która robi to samo tylko w odwrotną stronę. 
I co pan na to, pani Lem? Podoba się panu?
Bo mnie...nie bardzo.
Bo już nie zostanę bibliotekarką. Nawet jesli szybko dorosnę. A to było mój wymarzony zawód. 
I zawód. 

Kurwa to takie piękne słowo

takajedna_ja

Naprawdę! Wiele razy deklarowałam sympatię do przekleństw. Używam, a jakże, czasem nadużywam, choć staram się nie. Nie traktuję "kurwa" jak przecinka, ani jako mechanizmu do wyrażania uczuć. Wiecie, jak w tym dialogu "i co dała ci? Nie, dała. A to kurwa". Jest to raczej taki wentyl. Jedni walą pięścią w ścianę albo w czyjąś w szczękę, ja wrzeszczę "Kurrrrrwaaaa!" Jak poziom irytacji jest najwyższy to jeszcze do tego dochodzi "MAĆĆĆĆĆ".
Używam też cholery, ale w sytuacjach zwyczajnych. Kiedy się potknę, albo kiedy mi coś złośliwie upadnie "masłem na dół".
Czasem jeszcze paru innych.
Odkąd zaczęłam jako tako władać szwedzkim mój słownik wzbogacił się o szwedzki odpowiednik cholery czyli  "fy fann"*. Ale tego to naprawdę czasem nadużywam, często traktując jako podkreślenie, a nie przekleństwo. Bo też i i dla mnie to przekleństwem nie jest. Umysł wie, że to "brzydkie słowo" ale dusza nie czuje. "Diabelnego gówna" czyli "jävla skit"* nie używam w ogóle. Nie czuję tego. Choć ostatnio spodobało mi się podobne określenie.
To było tego dnia gdy kolega-zastępowy Fabian nie przyszedł do pracy. Napotkałam Tobiasa, jednego z niewielu ludzi w Kupie, którego lubię i poinformowałam go, że efekt mojej pracy nie będzie imponujący ponieważ jestem sama.
- Mój kolega nie przyszedł
- Jävla grisen*..?-wpadł mi Tobias w słowa.
Diabla świnia. O, to mi może pasować, żeby sobie poużywać na kimś po szwedzku. Choć generalnie Szwedzi raczej nie klną. A jeśli już - to bardziej żartem, niż ze złości. Choć to pewnie wynika bardziej z nawyku tłumienia uczuć, niż z dobrego wychowania. Nie zauważyłam też tutaj tendencji do używania przekleństw w ramach przecinka.  A niby mają słownik dużo uboższy niż polski.
U mnie jest stopniowanie przekleństw.
Najpierw fy fann - najłagodniejsze
Potem cholera. Czasem cholercia.
Potem kurwa.
A na samej górze jest kurwa mać.

A wiecie czego nie znoszę? Co razi moje ucho (i czasem oko) bardziej niż najbardziej wulgarna wiązanka? Nie znoszę przemian "kurwa" w coś...nie wiadomo co. "Kuźwa, kumfa", kutwa" przy czym to ostatnie sugeruje, że używający tego słowa człowiek nie ma pojęcia kim naprawdę jest kutwa. Powyższe słówka są takie...Chciałbym a boję się. Nie ma się czego bać. Pan Bóg nogi z góry nie spuści i nie kopnie jak zaklniesz szczerze, po polsku, całą polską duszą. Wyrzucisz tylko złą emocję. Ale jak nie masz odwagi z różnych powodów to używaj sobie choćby "motylej nogi" i nie profanuj takiego pięknego, soczystego słowa, kurwa!

 

*dla wielbicieli, którzy chcieliby sobie poużywać w innym języku podaję wymowę
- fy fann - fi fan
- jävla skit - javla chit albo javla szit ( zależy od regionu)
- jävla grisen - javla grisen.

O Szwedach słów kilka

takajedna_ja

Annette od piłkarzy poinformowała mnie, że Doroczna Impreza zwana także Zakończeniem Roku jest także dla pracowników z osobami towarzyszącymi. I żebym poszła. Będzie dobre jedzenie i będzie wesoło.
Wykręciłam się mówiąc, że mam urodziny sąsiadki-koleżanki. Nie skłamałam! Daty mi się pomieszały. Reginy urodziny świętowaliśmy wczoraj a Impreza jest za tydzień.
Ale nie szkodzi. Nie mam chęci iść. Pelle nie idzie, bo pracuje, Johnny też nie. Poza nimi prawie nikogo nie znam. A dobre jedzenie...Szwedzkie dobre jedzenie brzmi dla mnie jak oksymoron. Bo albo szwedzkie albo dobre. Oni tylko mięso, mięso, mięso, a po mięsie łosoś i śledź. Jedyne co mogłoby mnie skusić to sałatka ziemniaczana oraz ryż z pomarańczami. Ale te mogę zrobić sobie w domu. 
Wesoło będzie, mówiła Annette. Na szwedzkiej imprezie? Znów oksymoron. Albo szwedzka albo wesoła.
Wesoło to w innym gronie musiałoby być.
Wczoraj, u Reginy i Gintasa czyli Litwinów, spotkaliśmy się w gronie braci nadbałtyckiej. Litwini, dwie pary Łotyszy z dziećmi oraz my, Polacy. Istna Wieża Babel. Litewski, łotewski, polski, rosyjski, szwedzki, a w porywach nawet angielski.
Trunki nie lały się tak, jak to brać nadbałtycka ma w zwyczaju, bo dzieci, bo samochody. 
Od pierwszej chwili atmosfera normalna, rozmowy od polityki po dupę maryni. Bardzo, sympatycznie, bardzo spontanicznie.
Na uwagę zasługuje Łotyszka Kristina ( Boże, jaka piękna dziewczyna gdyby jej zdjąć okulary albo dać jakieś inne). Na początku nie wiedziałam co chodzi. Bo gadałam z Reginą po polsku a ta z promiennym uśmiechem wpatrzona w nas, coś tam cicho komentowała do męża, którego nazwisko nota bene kończy się na SKI. Ja zażartowałam, ci co zrozumieli się zaśmieli, Kristina też, choć deklarowała, że nie rozumie.
Regina wyjaśniła, że Kristina uczyła się trochę polskiego.
- Dlaczego ? – zdziwiłam się. Podejrzewałam polskie korzenie, jakąś rodzinę...Nic z tych rzeczy. Kristina uważa, że polski to piękny język. Że brzmi pięknie. Ja ją rozumiem. Wszak dla mnie melodia języka francuskiego jest czymś najpiękniejszym na świecie. No i Kristina nie jada mięsa. Ani ryb. Nie, że wegetarianka, ideologia itd. Nie lubi. Zwyczajnie. No swoja dusza, naprawdę!
Pozostali równie sympatyczni: otwarci, szczerzy, sympatyczni. Bracia Bałtowie po prostu, więc nic dziwnego a wspólny wróg w postaci Wielkiego Czerwonego Brata, choć przebrzmiały to wciąż jednoczy.
A kilka dnie wcześniej kolega miał 40 urodziny i jego żona w tajemnicy zwołała znajomych na przyjęcie niespodziankę.
Wielu nas nie było, ale znów kilka języków się plątało. Polski w większości, angielski reprezentowany przez Australijczyka i naturalnie szwedzki reprezentowany przez Szweda.
Australijczyk zaczął do mnie coś po angielsku, poprosiłam o zmianę na szwedzki, co nie bardzo mu wychodziło. W efekcie ja do niego po szwedzku, on do mnie po angielsku i tak sobie gawędziliśmy przez cały czas. Ze sobą i z innymi. Impreza była tym razem bezalkoholowa, więc to nie alkohol nam te języki rozwiązał. Po prostu australijczyk okazał się całkiem bratnią duszą, mimo że całkiem przeciwległego krańca Ziemi. Tymczasem ze Szweda jedyne co udało mi się wydusić to to, że chce herbatę. Musiał jakiś nietypowy być, bo Szwedzi tylko kawę, i tym tłumaczę jego obecność na imprezie. Bo po co iść na imprezę i siedzieć w kącie nie integrując się z nikim? No chyba, że masochista jakiś...
Brzmi jakbym  Szwedów nie lubiła. Ale to nie tak. Nie mogę powiedzieć, że ich, jako całość, nie lubię. Ale też że lubię, jakoś nie bardzo. Inni są.
Mili, uprzejmi, łatwo się z nimi rozmawia na pierwszym spotkaniu. Zadają pytania, interesują się tobą, twoja historią, z zainteresowaniem słuchają tego co masz do powiedzenia. To samo jest przy drugim i kolejnym spotkaniu. Po kilku miesiącach budzisz się i uświadamiasz sobie, że kurde, opowiedziałeś Szwedowi historię życia swojego, swoich przodków, swojego psa, plany twoje, twoich dzieci i wnuków, przerobiłeś system polityczny w Polsce i Szwecji, porównałeś ekonomie,  religie oraz omówiłeś rybołówstwo śródlądowe. Powiedziałeś już chyba wszystko co miałeś do powiedzenia, a o tej drugiej osobie wiesz tylko jak się nazywa. Nie wiesz nawet gdzie pracuje ani czy ma  dzieci. Więc przy następnej okazji postanawiasz to zmienić, zadajesz pytania, słuchasz z zainteresowaniem odpowiedzi... a po spotkaniu odkrywasz, że Szwed ci nadal nic o sobie nie powiedział. Nie wiesz co myśli, co jest dla niego ważne, co go porusza. Znasz kilka faktów w postaci dzieci i współmałżonka, ale to wszystko!  Jak oni to robią? Mistrzowie szklanej ściany, stawiają mur ale tak, że ty go nie widzisz, nie czujesz go. Chowają swoje prawdziwe ja za uprzejmym zainteresowaniem, i miłymi uśmiechami. Ile im czasu trzeba by się otworzyć? Czy w ogóle kiedykolwiek się otwierają? Nie wiadomo.

Pytanie do Polonusa rodaka

takajedna_ja

Cechą żywego języka jest to, że zmienia. To, co kiedyś było błędem teraz staje się przyjętą normą. Napływają nowe wyrazy, a czasem stare wyrazy albo całe zwroty nabierają innego znaczenia, inne zaś odchodzą w "przestrzeń niepamięci".
I tak, nie wiadomo kiedy, stało się dopuszczalne cieszenie radiem lub kakaem. Tak w zapomnienie odeszły słowa "samowtór" "samotrzeć". Tak, ni z gruszki ni z pietruszki, wzięło się określenie "coś jest na rzeczy". I tak dalej.
Kiedyś, w czasach przedinternetowych ci, którzy wyprowadzali się z Polski na stałe, mogli po jakimś czasie mieć problem ze zrozumieniem co mówią do nich ich rodacy, szczególnie ci młodsi.
Teraz już chyba nie ma z tym większego problemu, zdawałoby się. Siedząc sobie za morzem doskonale wiem co dzieje się w moim kraju bowiem czytam, oglądam, rozmawiam ze znajomymi.
A jednak ze zdumieniem odkryłam zwrot, którego nie rozumiem!  Zetknęłam się z nim w ostatnim czasie kilka razy, więc chyba stał się dość popularny. A mnie to umknęło.

Na przykład: Odwodnik pisze, że jak trafia gdzieś na włączony telewizor to się "ZAFIKSOWUJE".
Co znaczy to określenie? Skąd się wzięło?  Znam określenie "sfiksować", "sfiksowany" czyli wariować, być zwariowanym. W dawnej młodości spotykałam się też z określeniem, że coś trzeba "zafiksować" i chyba miało to znaczenie "zamówić, schować pod ladę, zabukować". Teraz, jak widać, słowo to zmienia znaczenie.
Nie obiecuję, że będę używać, ale chciałabym rozumieć co inni mówią lub piszą.

I od razu ostrzegam: jestem konserwatywna. Nadal nie odmieniam kakao, choć radio pewnie mi się czasem zdarza. Ale nigdy, przenigdy nie zgodzę się, żeby chłopiec mówił "poszłem". I nie zgadzam się na pisanie "puźno" i "nazajutż". O nie, co to, to nie!

 

Zaduszki

takajedna_ja

to chyba to, czego mi brakuje najbardziej na szwedzkiej ziemi, w szwedzkiej kulturze. Niby mają to swoje Alla Helga Dag czyli Dzień wszystkich świętych, ale...
Jak dzień matki czy Midsommar  i to święto Szwedzi przenieśli na sobotę. Starsi jeszcze w ten dzień palą świeczki na cmentarzach, ale gdzie im tam do tego co dzieje się w Polsce.
Tak, ja wiem, komercja, nabijanie kabzy producentom zniczy i chryzantem, ale czy jest ktoś kogo nie urzeka to morze mrugających płomyków w taki wieczór jak ten?
1 listopada był dla mnie zawsze dniem magicznym. Nie jestem pewna czy nie bardziej nawet lubianym niż Gwiazdka...
Dorośli byli tacy wyciszeni, uroczyści, czuć było w powietrzu tę zadumę, magię jakby nagle duchy naszych przodków przybliżały się do nas, żyjących, żeby nam jeszcze raz przekazać swoją miłość i opiekę.
I tak mam zawsze, gdy w listopadowy wieczór stoję nad grobami ojca, dziadka, prababci...
Ale może po prostu jestem zbyt sentymentalna.

Mimo wszystko Halloween to nie dla mnie. I choć domyślam się, że pewnie przyjdzie czas, gdy Zuzię będę musiała przebrać i wyprawić w misję "cukierek albo psikus" to dołożę wszelkich starań by pokazać jej jak w Polsce ten dzień się świętuje i z czym się to wiąże. Bo to nie tylko świeczka na cmentarzu przecież, to także doskonała okazja by opowiedzieć o historii rodzinnej, która przecież i na nią będzie mieć wpływ.

A tymczasem w Trojce gra mi Pan Marek. Na pociechę.

 

PS. 18 godzin później
Ale z drugiej strony...
Zadzwonił dzwonek przy drzwiach i w progu stanął mały Czarodziej i mała Czarownica.
Zapytali"Cukierek czy psikus?".
dałam im garść michałków.
Czarownica poinformowała mnie, że idą na górę do sąsiadów. Wyraziłam nadzieję, że zbiorą dużo cukierków.
Poszli. I zostawili mnie uśmiechniętą.

***

takajedna_ja

W porannej poczcie przyleciał do mnie wiersz.

 

posadził w nas bóg dłonie
by mogły pracować
oczy żeby uniosły światło
rozum aby to wszystko zmieścić
w jednej małej pestce
usta zostawił wielokolorowe 

z całą resztą wymyślmy się sami
mnie piszą wiersze 

 

autor Dariusz Kosmalski
( więcej jego wierszy w książce Katarzyny Enerlich "Kiedyś przy błękitnym księżycu" oraz w autorskim tomiku "Bez reszty" Wydawnictwo Miniatury z Krakowa) 

Do Siwej : Będąc młodą księgową na Rubieży ...

takajedna_ja

...przyszedł (a) raz do mię nowa koleżanka pracowa...

Koleżanka była tak z 10 lat starsza, choć i ja już wtedy poważną matką i żoną w wieku balzakowskim byłam. Koleżanka rodem była z tego samego miasteczka co i ja.
I oto któregoś wieczoru, gdym wychodząc z pracy wcisnęła do uszu słuchawki od walkmana*
koleżanka, Ela było jej na imię, zaciekawiła się:
- Pani Kasiu, a pani to się angielskiego może uczy?
Zdziwiłam się, zaprzeczyłam.
- To czego pani tam słucha ?
- Muzyki...
- Naprawdę??! Ja panią często widywałam w autobusie i tak się zastanawiałam...Ze słuchawkami? Przecież znam kobietę, wiem, że dorosła, wiem że matka dzieciom i nie chciało mi się wierzyć, to pomyślałam, że pani się czegoś może uczy...

Inna koleżanka z pracy, parę lat później, na wieść, że wieczory spędzam na komputerowych pogawędkach zgorszyła się :
- No wiesz ? Ile ty masz lat??
Wtedy dzieliło nas jakieś 15 lat różnicy i ona był młodsza.

Tak, nielekkie jest życie nieprzystosowanej do warunków, młodej księgowej na Rubieży...

 

 

* dla młodszych:
walkman - wczesna wersja MP4 lecz zamiast plików MP4 urządzenie obsługiwało tzw. kasety Kasety oryginalne i pirackie pozyskiwało się wtedy z legalnych sklepów muzycznych, choć można było piracić z radia, ale o tym w innym odcinku.
Walkmen zasilany był bateriami typu paluszek. Jak się taśmę zbyt często przewijało, to baterie się rozładowywały szybciej i wtedy zamiast oberka słuchało się marsza żałobnego.

Duży człowiek z małego pokoju*

takajedna_ja

Yanki, kiedy miał tak z 7-8 lat marzył o zostaniu egiptologiem. Niestety parę lat później do domu zawitał komputer i mój nieodrodny synek, 100% introwertyka, wsiąkł w gry. Minęło kilka kolejnych lat i synek wyrósł na prawie dwumetrowego młodzieńca. Nieco zmądrzał, wyostrzył poglądy, ale wykiełkowane w dzieciństwie marzenie nadal hołubił. Już nie chciał być egiptologiem. Teraz chciał być dziennikarzem zajmującym się...grami komputerowymi.
Kiwałam głową, zachęcałam do rozwijania warsztatu pisarskiego, wspierałam w duszy załamywałam ręce. No bo co to za specjalizacja. Co można napisać o grach..? W duszy miałam nadzieję, że mu się z czasem rozszerzą zainteresowania i zechce pisać o czymś innym.
Rozszerzyły się, synek opracował plan A i B i C w oparciu o planowane studia nad językiem angielskim. 
Plan A zakładał zostanie dziennikarzem w ogóle.
Plan B zakładał zostanie tłumaczem literatury.
Oba plany najchętniej realizowałby równocześnie.
Plan C zakładał, że ZANIM zostanie zauważony na rynku dziennikarskim i literackim, i zacznie zarabiać grubą kasę, zostanie nauczycielem językowym.

Odetchnęłam z ulgą. Bo marzenia, marzeniami, a rachunki płacić trzeba i choć raz dziennie kromkę chleba zjeść.

 Jakiś miesiąc temu, gdyśmy nerwowo czekali na wyniki przyjęć na studia (o jezu, żeby go tylko gdziekolwiek przyjęli! wzdychałam w duszy, bo Yanki się nauką nigdy nie przemęczał, przez co tylko połowa z jego ocen jest najwyższa a reszta ledwie "zaliczona") synek pokazał mi ogłoszenie. 
Jakiś, kompletnie mi nieznany naturalnie, miesięcznik o  grach komputerowych ogłaszał konkurs, którego celem było pozyskanie świeżej krwi.
Napisał. Dał mi do sprawdzenia. Połowy nie zrozumiałam, ale przeredagowałam ze dwa zdania, żeby były moim zdaniem zgrabniejsze i łatwiejsze do zrozumienia.
Moim zdaniem napisał świetne teksty, ale na boga! Co ciekawego, jak ciekawą osobowość własną można wykazać w recenzji ?? 
Wczoraj, gdym zaczynała robić obiad otworzył drzwi od swojej klitki i zawołał:
- Matkooo...Przyjdź tu.
- Sam przyjdź!-  odkrzyknęłam, bo nie będę do smarkacza latać. On ma mniej lat i dłuższe nogi więc ma bliżej.
- Kiedy nie mogę, bo musisz coś w komputerze zobaczyć.
Westchnęłam. W kilku sekundach przeanalizowałam możliwość użycia mojego komputera, ale wizja obcych paluchów na MOICH klawiszach, oraz jęczenie "ale masz głupią klawiaturę" "ale masz głupią mysz" sprawiła, że wolałam pójść do niego. Pewnie znów jakiś śmieszny demot albo obrazek na kwejku z anglojęzycznym podpisem, ale mi przecież nie odpuści.
Weszłam. Dziecko miała głupią minę, palcem wskazało na monitor.
- Czytaj- A tam maczek...No bo okulary w kuchni.
- Co nieuku, znów czegoś po szwedzku nie rozumiesz? Poczekaj wezmę okulary -sarknęłam przekonana, że to znów coś ze szkoły.
Nałożone na nos okulary okazały takst po polsku brzmiący mniej więcej tak:

"Cześć
Na wstępie prosimy o wybaczenie, że trwało to tak długo, lecz dostaliśmy ponad tysiąc prac bardzo dobrych prac. Twoja nam się spodobała, widzimy w tobie potencjał, ale piłka jest teraz po twojej stronie. 
Jako początkujący możesz pisać dla dwóch działów "Zapowiedzi" lub "Publicystyka" Przygotuj listę tematów dla jednego z tych działów i wyślij..."

Dziecko nadal miało głupią minę.  
Pogratulowałam i uścisnęłam dłoń. Tak na poważnie.
Teraz wymyślamy tematy i dyskutujemy.

Jeszcze trochę i będę wiedzieć wszystko o grach, choć nigdy, w żadną nie grałam dłużej niż kilka chwil.  Pomijając depresyjne strzelanie do kulek, naturalnie...

Trzymam kciuki, niech pisze świetne teksty o sprawach jakie go interesują. I niech kogoś jeszcze to zainteresuje.

*określenie użyte przez Krakowiaków, trafnie oddające obraz sytuacji. 

 

Na życzenie Odwodnik

takajedna_ja

Atlas chmur książka i film moje SUBIEKTYWNE bardzo przemyślenia.

 

 Najpierw książka.

Zmienny język, stylizowany na adekwatny do epoki. Absolutne mistrzostwo. Mistrzostwo tłumaczki też. Postaci- wyraziste, odmienne od siebie i ludzcy, bardzo spójni psychologicznie. Fabuła każdego wątku wciągająca od niemal pierwszych wersów.
Przesłanie.
Każdy z nas ma wpływ przyszłość. Tak, jesteśmy kroplą w oceanie, ale ocean to morze kropel.  Przyszłość nie istnieje bez przeszłości, ale logicznie z niej wynika. To jeden z wniosków. Inny: nasze pragnienie posiadania więcej i więcej prowadzi do zagłady. To nie pusta filozofia- zanieczyszczenie ziemi jest nierozerwalnie związane z konsumpcją.
Podsumowanie: książka do przeczytania po raz kolejny. Za jakiś czas. Gdy szum wokół filmu ustanie, gdy w głowie zatrze się pamięć filmowej adaptacji. Wtedy będzie czas na powtórne czytanie. Po pierwszym czytaniu książka jest raczej przygodowa ale z przesłaniem. Coś mi mówi, że pod płaszczyzną może się kryć coś o wiele głębszego. Żadna nachalna, prosta coelhowska filozofia, a coś co każdy odkrywać mu sam.
Warto.

Film.
W miarę wierna adaptacja. Ale czy skakanie scena po scenie po wątkach daje widzowi coś więcej niż uporządkowana narracja książki – wątpię.
Mistrzostwo charakteryzacji. Odkrycie na liście obsady, że Jokasta i Meronym to ta sama aktorka spowodowało opad szczęki. No ale ja, jak Brad Pitt, mam chorobliwy problem z rozpoznawaniem twarzy.
Film, jak się spodziewałam, słabszy niż książka. Nie udaje mu się przekazać filozofii Mitchella. Jest skomplikowanie złożonym obrazem o przygodach jednostki. Motyw ze znamieniem nieudolnie usiłuje powiązać bohaterów ze sobą, ale nic z tego nie wynika. No może jedno: żyjemy w kręgu. Prędzej czy później dojdziemy do tego co było na początku, niezależnie jak wysokie budynki wzniesiemy, jak sprytne komputery zbudujemy. Choć może raczej: im wyższe budynki wzniesiemy, im  jeszcze sprytniejsze komputery wymyślimy, tym szybciej. Mimo to oglądając film wciąż ma się ochotę zakrzyknąć „ale to już było”. Mnie najbardziej chciało się krzyknąć w scenach przyszłości, w Nowym Seulu, jakby żywcem przeniesionym z Matrixa.
Odkrywczy wniosek: dżinsy w wysokim stanem, noszone jeszcze przed dwudziestu laty pogrubiały okropnie!
Film do powtórki za względu na Hanksa i podstarzałego Granta. Też, kiedy zatrą się wrażenia i ucichnie wrzawa.

Gdyby kózka nie skakała

takajedna_ja

Ojciec dostał z PGR środek lokomocji. Był to czerwony "komarek". Taka wczesna wersja dzisiejszego skutera klasy 2. I jak to ojciec, natychmiast zawołał swojego najlepszego kumpla czyli Baśkę do uczestnictwa w zabawie. Baśka załapała w try miga o co biega.
Matka nosem kręciła, że co to za pomysły dziewczynę na motor wsadzać.  
Ojciec się puszył, że ma taką zdolną córkę.
Baśka miała frajdę jak nie wiem.
Ja jak zawsze pozostawałam w swoim kącie, w przekonaniu, że nie dla psa kiełbasa i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby zażądać dla siebie udziału w zabawie. Zresztą zawsze się bałam jeżdżących i warczących.
Pewnego jesiennego weekendu zachciało nam się do S, do babci. To znaczy nie do babci nam się zachciało przecież. Baśka miała może 15 albo 16, ja o dwa lata mniej, wiadomo, że w takim wieku najważniejsze jest życie towarzyskie. A w S, zapadłej mazurskiej wsi byli nasi kuzyni oraz chłopaki z połowy wsi, wszyscy na umór zakochani w Baśce, oraz dwóch takich co lubiło jeszcze i mnie oraz jeden taki płowo-blond, którego nazywałam Ziutek bo Józek to już naprawdę brzmiało zbyt wiejsko. Ziutka poznałam w ostatnie wakacje, tuż przed odjazdem, zdążyliśmy spędzić ze sobą ostatnią noc. I nie to, nie to co myślicie. Całowaliśmy się naturalnie, ale prócz tego gadali i gadali. Potem Ziutek przysłał jeden list w którym błędu nie było ani jednego! Zakochałam się na umór ( równocześnie darząc ogromnym uczuciem AdasiaZ z łąwki z tyłu, bo miał 4 z fizy).
Tak więc nie specjalnie długo mnie Baśka musiała namawiać na wyjazd, we dwie przytoczyłyśmy zwarty atak na matkę otrzymałyśmy zgodę i pieniądze na drogę. Ojciec nosem kręcił, bo nie lubił tych naszych wyjazdów na Mazury. Zdaje się, że mu się ci zakochani w jego córeczce chłopcy nie bardzo podobali. On chyba sobie też myślał "nie dla psa kiełbasa" bo śliczna, mądra i pracowita Basia zasługiwała co najmniej na księcia. Niejaki Andrzej G królewiczem nie był, choć był najlepszą partią w całej wsi.
Październikowy weekend to był.
Jak zawsze w sobotni wieczór na kolonię, do domku babci zleciała się karnie cała drużyna. Jakim cudem oni zawsze wiedzieli, że przyjeżdżamy to nie wiem. Bez telefonów, bez facebooka, mieszkali w w różnych miejscach dość rozwlekłej wsi, a jednak zawsze gdy się zjawiałyśmy miałyśmy pewność, że zjawią się i chłopaki.  
Co myśmy takiego robili nie mam pojęcia. Nic zdrożnego w każdym razie. Były wygłupy, wspólne gapienie się w telewizor, od czasu do czasu ktoś z kimś na chwilę zawieruszał się w tak zwanej altance. Wtedy też pewnie tak było. Pamiętam, że Ziutek nie przyszedł czym byłam ciężko rozczarowana.
Któryś z chłopaków przyjechał komarkiem. Janek B, chyba. Szał to był wtedy. Szpan na nieznaną dziś miarę. Bo nie da się komarka przyrównać do ipada, którego ma połowa ludzkości.
Baśka się pochwaliła, że umie jeździć.  A zakochany w niej na umór Janek, przegrywający w konkurencji z Andrzejem G, dał jej tego komarka. Sam zasiadł z tyłu i pomknęli polną drogą utwardzoną pierwszymi jesiennymi przymrozkami. Pojechali w noc. Staliśmy na tej drodze czekając i czekając, aż zmarzliśmy.
Kiedy wreszcie wrócili Janek siedział z przodu, Baśka jakaś milcząca z tyłu. Atmosfera zdechła, jakoś się tak wszyscy rozeszli choć noc była młoda.
Szykowałyśmy się spać, Baśka zdjęła sweter i pokazała ręką opuchniętą jak bania. Na pytanie co się stało opowiedziała. 
Jechała sobie tym komarkiem, jechała, komarek wjechał w koleinę, chybnął się na bok, Baśka chciała złapać równowagę, podparła się ręką i coś jej się stało. Ręka zaczęła bardzo boleć.
Rano ręka bolała jeszcze bardziej. Zamiast południowym, wyruszyłyśmy do domu porannym autobusem. Babci o bolącej ręce nic nie powiedziałyśmy.
W pociągu Baśka siedziała na przeciw mnie a po jej twarzy bezgłośnie płynęły łzy. Dałam jej jedyną dostępną medycynę jaką miałam czyli tabletkę od bólu głowy ale nie miała czym popić więc zagryzła kanapką. Łzy przestały jej lecieć i wymogła na mnie obietnice, że nie powiem nic matce i ojcu o tym jak to się stało, bo jej ojciec więcej na komarka wsiąść nie pozwoli.
W domu, kiedy Baśka zdjęła sweter ręka okazała się nie tylko spuchnięta, ale i sina. O poruszaniu nią nie było mowy. Z wielkim krzykiem, z wzajemnymi oskarżeniami ojciec i matka zaciągnęli Baśkę na pogotowie. Po czym Baśka wróciła z wielkim gipsem od dłoni do ramienia. Ręka trzasnęła dokładnie w łokciu.
Kaśka, nasza 10 lat młodsza kuzynka patrzyła z zazdrością i mówiła "ale ci się fajnie puka, też bym chciała coś sobie złamać".

Takie mnie wspomnienia naszły gdy w niedzielny poranek wyciągałam skuter z kąta pod oknem sypialni. OSTROŻNIE. 
To ostrożnie.
Objechałam naszą okolicę dwa razy dookoła i zmęczona jakbym biegała wstawiłam skuter na miejsce.
Mąż się obudził, pokręcił, stwierdziliśmy, że pogoda dobra na ruch. Ubrałam się "w obcisłe, bo to dobrze mieć styl". Mąż nałożył rolki, ja wytoczyłam rower. Mąż pomknął przodem, chciałam go dogonić, zamachnęłam nogą nad siodełkiem, nacisnęłam pedał, pedał mi uciekł i całą stopą, na płasko, z pełnym impetem przywaliłam w asfalt.
Nie złamana. Zbita.
Przespałam niemal cały wczorajszy dzień. Nie było mowy żeby iść do pracy ani do sprzątania ani do biura. W południe wymyśliłam, że Zoozlkowe krzesełko zastąpi kulę, której przyjęcia odmówiłam na izbie przyjęć, a która okazała się jednak niezbędna by skorzystać z toalety. We wszystkim innym mógł mnie wyręczyć syn lub mąż.
Wszyscy. Jak jeden mąż na moją wiadomość, że uszkodziłam nogę zadają pytanie:
- Na skuterze ?!
Na rowerze. Jak ostatnia oferma. 


Ojciec długo jeszcze wypominał matce, że przez jej głupią zgodę Basia ma/miała złamaną rękę.
Wypominał póki nie wydało się, że stało się to na komarku.
Baśka na komarka więcej nie wsiadła.
Po śmierci ojca komarek prawdopodobnie wrócił do PGRu.
 

W zaułkach pamięci i rozumu

takajedna_ja

 Od dwóch dni na okrągło słucham dwóch kawałków z lat siedemdziesiątych.

Bijelo Dugme "Selma" i "Hop-cup". 
Selma to przejmująco zaśpiewana ballada, z całym bogactwem brzmienia lat siedemdziesiątych o miłości skrytej za zwykłymi słowami.
Hop-cup to energetyczny kawałek, którego gitarowy riff wzbudził uznanie u młodego pokolenia czyli mojego syna. 

Tak to jakoś jest, że moim najbliższym i najbardziej dostępnym otoczeniu syn jest jedyny, który podziela (w większości, bo do Pink Floyd miłości nie podziela) moje muzyczne fascynacje.  Mąż z wiekiem coraz bardziej steruje w kierunku muzyki dance. Tak, to jest ironia losu: jak się trafi jeden na 100 egzemplarzy lubiący tańczyć, to za żonę ma osobniczkę tańczącą z gracją szafy i o wyczuciu rytmu głuchego. 
O córce się nie wypowiadam, bo to, czego słucha ona obraża mój wybredny gust muzyczny. I tak dziecko potrafi mi zadać w jakiś weekendowy dzień pytanie:
- A oglądałaś Melodifestivalen?
Na co moja nieodmienna odpowiedź brzmi:
-Szkoda mi czasu na takie głupoty. 
No bo szkoda.
Ale coraz częściej zdarza się tak, że piątkowy wieczór, który przeznaczony jest z założenia na muzykę z listy przebojów trójki, odpalam youtube, bo mi po głowie chodzi piosenka sprzed lat stu...Szukam, aż znajdę, słucham, zachwycam się, a czasem rozczarowuję, jeśli artsta jest mi znany tylko z tej jednej piosenki szukam czegoś więcej, i tak krok za kroczkiem...
Ostatnio przypomniała mi się "Maria-Magdalena", ale nie, nie ta, którą śpiewała niejaka Sandra. Wcześniejsza, taka do której tańczyłam na wieczorku klasy VII z Andrzejem, w którym się podkochiwałam. Podkochiwałam się w nim niezależnie od stałej fascynacji niejakim Adasiem Z, który jako jedyny z fizyki miał czwórkę, a zadania matematyczne rozwiązywał pomiędzy wygłupami i żarcikami. Adaś siedział i kumplował się z Kwiatkiem, drugoroczniakiem palącym pappierosy, kochającym się w mojej przyjaciółce Violetcie. Ma matmie Kwiatek siedział za mną, Adaś za Wieśką, z którą ławkę dzieliłam ja. Kwiatek, Wieśka i ja wygłupialiśmy się, zamiast robić to co należy, Adaś w tym brał udział, jednocześnie rozwiązując te zadania. Kwiatek bezczelnie od niego zżynał a my od Kwiatka. I nigdy nie wiedziałyśmy, dlaczego nauczycielka nam skreśla zadania! Po latach okazało się, że Kwiatek nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami jak znaki...
Z tamtego okresu pochodzi też wspomnienie o "Kristinie" w wykonaniu niejakiego Zdravko Colic. Maria Magdalena w wykonaniu Julie Pietri ( na początku nie wiedziałam nawet jak się artystka nazywała i byłam przekonana, że to śpiewał facet) mnie rozczarowała. I wtedy zasłonka w mózgu podsunęła kawałek refrenu "Kristina, Kristina", i imię Zdravko. Dalej było łatwo. I tak szukając co ten Zdravko jeszcze zaśpiewał trafiłam na Bijelo Dugme. No dobra, Bregovic tam grał, tyle pamiętałam. Trafiłam wersję Elderlezi, potem przypomniały mi się słowa Hop-cup, podśpiewywane razem z radiem przez Baśkę. Z tym radiem, które ojciec kupił zamiast spodni na moją komunię i matka powiedziała, że mu tym radiem stare portki załata. A ojciec potem, jak to radio matka wyniosła do kuchni żeby jej grało przy zmywaniu czy prasowaniu, bo taki tranzystorek był,
pytał 
- Gdzie moje SPODNIE??!  
Radio przeżyło około dziesięciu lat a może i więcej. Po śmierci ojca jeździło z nami na wakacje na Mazury, grało nam jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych i na nim chyba łapałyśmy pierwsze listy przebojów trójki, póki któraś z koleżanek, chyba wyjeżdżająca na stałe na RFNu nie podarowała nam nieco lepszego egzemplarza. Wtedy już byłyśmy bogate bo miałyśmy magnetofon Grundig na kasety i mogłyśmy sobie te listy nagrywać. Tak sobie pierwszy raz spiratowałam płytę Pink Floyd, którą litościwy Piotruś Kaczkowski zagrał w całości...To był chyba album Wish you were here - do dziś moja najukochańsza płyta Floydów, z cudownym Szalonym Diamentem.
I tak sobie słuchałam tego Hop-cup wspominając. Gdy zaciekawiła mnie Selma. No i wsiąkłam.
Pomyślałam z życzliwością o moich znajomych z dawnej Jugosławi. Djulejman ma fioła na tle muzyki jak ja, za młodości był chyba na koncertach wszystkich ówczesnych gwiazd, tych z Zachodu także.
I tak od Selmy przeszłam do historii Jugosławii, i choć wiem jaka była geneza rozpadu i wojny to nadal nie rozumiem jak można strzelać do sąsiada, z którym się całe życie mieszkało "przez płot". Obejrzane wczoraj "Pokłosie" było naturalną kontynuacją tych rozmyślań. 
Nigdy chyba nie pojmę siły nienawiści jaka potrafi tkwić w ludziach.
Mocny, prawdziwy obraz. Antypolski mówią niektórzy. Nie. Polski. Prawdziwie polski. Do bólu szczery. Jak widać można opowiedzieć prawdę i nie epatować obrazami przemocy, zupełnie inaczej niż w "Róży".
I tak od historii miłosnych przeszłam do historii.
Zaiste: meandry mojego rozumu zadziwiają mnie samą.
 
Macham wam rączką nucąc razem z Bijelo Dugme: Selama, Selma, zdravo Selma!
Poświęćcie jedną palmę za mnie, dobrze ? 

 
 

Bo na imię mam Kubek a nazwisko Kawowy

takajedna_ja



- Nie, Gulsi, to nie jest kubek do kawy – powiedziałam, gdyśmy się wreszcie spotkały na poranne pogaduchy. Ja po pracy, ona po odwiezieniu małej Bi do przedszkola. Gulsum właśnie oglądała  zachód słońca nad Finlandią. Nie, nie na żywo,  na kubku, który mi mąż kupił na pocieszenie na promie z Helsinek, bo odkryłam, że kubek kupiony w Helsinkach jest pęknięty.
- Dlaczego nie do kawy ?  Taki ładny kubek, piłabyś w nim rano kawę i patrzyła na słońce...
- Ale to kubek do herbaty – wyjaśniłam
- Nie rozumiem. Kubek to kubek – zdziwiła się moja przyjaciółka. Ja też się zdziwiłam, że ona nie wie takich oczywistych oczywistości.
- Gulsi...są kubki do herbaty i  są kubki do kawy – wyjaśniłam cierpliwie. Widząc, że nadal nie rozumie wyjęłam ze zlewu biały kubek z czarnymi napisami.
- Tu jest napisane „kawa” na sto różnych sposobów, tak ? No więc to jest kubek do kawy.
Wyjęłam z szafki kubek z reniferem, ten z Norwegii.
- A to jest kubek do herbaty.
- Dlaczego, Kaszia ?
- Nie wiem, ale kawa w nim nie smakuje. O, zobacz – ten też jest do herbaty. Ale ten jest na zimę – pokazałam jej pękaty, zwężający się ku górze, kubek w róże ze złoceniami. – Na zimę, bo jest wąski i herbata tak szybko w nim nie stygnie.
A ten jest na lato – do zimnej herbaty z cytryną – wskazałam na szeroki, przysadzisty kubas w tulipany.
Gulsi patrzyła na mnie oszołomiona.
- Masz kubek inny do herbaty, inny do kawy i jeszcze inny na lato i inny na zimę ?!
- Noooo...mam jeszcze kubek do kawy na niedzielę...Albo na wolne dni. – Wyjęłam z szafki kubek z elegancko wywiniętym brzegiem, zdobiony zielonymi liśćmi, z cieniutkiej, kremowej porcelany.
- Na niedzielę ? Dlaczego ?
- No bo w zwykłe dni piję kawę rano, przed pracą  więc szybko. Poza tym mój żołądek za bardzo nie lubi kawy o tej porze, więc nie może być jej za dużo. Dlatego piję w tym mniejszym.
Gulsum kręciła głową. I śmiała się. Jak można być takim dziwnym człowiekiem co ma kubki na pory dnia i na pory roku ?
 Na wszelki wypadek nie przyznałam się, że nie lubię, gdy ktoś sobie pożycza któryś z „moich” kubeczków. Ani do tego, że jeszcze większą zbrodnią jest podanie kawy w kubeczku herbacianym lub odwrotnie. POZięć miał, niezrozumiały dla mnie, problem z opanowaniem kubeczkowego „dress-kodu”.  Nie raz, nie dwa mu tłumaczyłam, a zdarzało się, że w ostatniej chwili przed zaniesieniem kawy gościom przelewałam tęże do właściwszego naczynia, choć nie na wiele się to zdawało. Zbezczeszczony kubeczek musiał swoje odstać na półce, nim sięgnęłam poń ponownie. Bo może jednak zapach się ostał i będzie mi smak psuć? A gdy już w końcu POZięcia wyedukowałam to...przestał być POZięciem.  Los naprawdę bywa złośliwy.
Tak sobie donoszę znad kubka Sowiego. Miał być kawowy, bo Zielonemu podejrzanie w uchu strzyka, ale kawa w nim nijaka. A sobotnio –wieczorna herbata – wyborna.


Życzenia się spełniają - czyli uratowane święta

takajedna_ja

O tak, powiedziała niejaka KasiaP, w Wigilijny poranek. 
Właśnie się obudziła i stwierdziła, że w głowie galopuje jej tysiąc koni, w gardle ktoś rozpalił ogień, który nos stara się ugasić, produkując hektolitry płynu.
Już dwa dni temu czuła, że kataklizm się zbliża i zażywała wszystko co w domu było na przeziębienie, ze szczególnym uwzględnieniem czosnku, niestety nic nie zadziałało.
Obudziwszy się więc w wigilijny poranek KasiaP. zastanowiła się nad zjawiskiem.
Leki przeterminowane ?
Nie, dziecko ostatnio chorowało, wyżarło wszystko do cna, więc czując nadciągającą zarazę KasiaP. uzupełniła zapasy.
A może czosnek z Chin ? Wiadomo jakimi cechami cieszą się chińskie zabawki, więc dlaczego czosnek nie miałby podlegać tym prawom?
Nie, czosnek był hiszpański. 
Więc czemu mimo podjęcia surowych środków prewencyjnych w wigilijny poranek KasiaP budzi się z najgorszym w ostatniej dziesięciolatce przeziębieniem? W dodatku mając przed sobą perspektywę długiego dnia wypełnionego najpierw pitraszeniem, potem sprzątaniem, potem lepieniem pierogów a na koniec, na wieczór, gdy zgodnie ze staropolską tradycją już nie będzie widzieć na oczy ze zmęczenia, rodzinną kolacją do której powinna zasiąść radosna i świeża.
KasiaP stwierdziła, że nic innego tylko jak zawsze los jej nie sprzyja, świat się na nią uwziął, a wszechświat dąży do zrujnowania jej życia.
Obrażona na cały świat postanowiła mieć nadciągającą katastrofę, zwaną inaczej świętami rodzinnymi, w...Nie powiedziała w czym. Bo poprzez bunt do jej resztek przytomnego umysłu przebił się cichutki szept głosu rozsądku.
"A kto kilka dni temu mówił, że woli katar, nawet gigantyczny, od sraczki ? No, dobra, wyrażajmy się elegancko, wszak Wigilia jest - od magsjuka? No ? Kto ?...No! To teraz pretensje do siebie miej, że ci się życzenia spełniają"
Dyskusja w głowie sprawiła, że Kasia P odzyskała część wigoru.
-Wiesz - powiedziała do Niewiadomokogo, ale uosabiającego los, przeznaczenie czy jak tam to nazwać.
-Wiesz...szkoda, że innych moich życzeń nie spełniasz tak ochoczo.
-Rzadko precyzujesz tak jasno czego chcesz.- odpowiedziało jej Niewiadomoco
-Jak to nie ? A NikonD5100 ? A mały 10-calowy lapek? A zimowa wycieczka w ciepłe, niedalekie miejsce ? A zgoda w rodzinie ?
-Trochę umiaru! -zgromiło ją Niewiadomoco i dodało
-Rzeczy niemożliwe załatwiam w trzy dni jak widać. Na cuda potrzebuję trochę czasu - zaśmiało się Niewiadomoco nieco ironicznie i zniknęło.
Sama sobie zapracuję na ten aparat i na lapka i na wycieczkę, postanowiła. Na tym przeklętym mopie będzie jeździć jak głupia, ale w nosie ma, oprócz kataru, Niewiadomoco.
- A tę robotę to niby kto ci załatwił ? - zahuczało z oddali.

 KasiaP z westchnieniem rezygnacji wstała i poszła do kuchni. No bo co się będzie buntować, jak sama sobie jest winna.



 

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci