Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Codziennik

Żegnaj kotku...

takajedna_ja

Jesteś miły, zaradny,
Jesteś prawie, że ładny
a jednak uwierz proszę, że
szczęście rozstania
rozsadza mnie

Więc: Żegnaj!
Żegnaj kotku!
(...)
Żegnaj, misiu, niech wycisnę ci na pysiu pożegnalny czuły cmok
O, Boże! Co za radość, gdy się czegoś tak już ma dość,
zrobić wreszcie ten cudowny krok, więc żegnaj!

Żegnaj, pysiu, żegnaj, świnko, żegnaj, misiu, żegnaj, kotku - pa pa pa!! 


No to papa!

A na lunch: Kaczka w turkusach

takajedna_ja

Ponieważ mam dość pilną robotę, i to w zasadzie nie jedną a trzy co najmniej, więc robię wszystko inne.
Między innymi testuję elementy photoshopa. Testuję naturalnie na zdjęciach ze Szwajcarii. Jeszcze sporo ich nieopracowanych mi zostało. Potem jest jeszcze Boski Wrocław.
Testuję, bo postanowiłam nabyć wreszcie. Cały Photoshop nie jest mi potrzebny. Ten, zdaje się zawiera to, co potrzebuję, ze szczególnym uwzględnienieniem odczytu plików RAW oraz możliwością ich delikatnej obróbki.
No i właśnie nauczyłam się zmniejszać wielkość zdjęcia. I o:


Co jeszcze jest godnego polecenia w Photoshop Elements? Cena. Przystępna. I uczciwa: płacisz raz i masz program dożywotnio. Programy w abonamencie uważam za złodziejstwo. W rok płacisz to, co zapłaciłbyś za program na płycie, a potem po prostu płacisz haracz. I żeby sie dostać do programu musisz mieć internet. A co jak jesteś tam, gdzie go nie ma? To nie pracujesz, proste, nie? Rozbój w biały dzień! Cytując Luka Danes'a (tego co karmił Gilmorki): kupujesz program w abonamencie? Może po prostu znajdziesz złodzieja i oddasz mu swój portfel?

...do utraty tchu, tyle było chwil...

takajedna_ja

Miewam takie chwile zawieszenia,  kiedy nagle odpływam w inny świat. Ostatnio w takich chwilach widzę turkusowe wody Are a nad nią szare, wznoszące się piętrowo budynki. Berno.
Tęsknię.
Co dziwne, bo samo Berno, nie powaliło mnie na kolana. Te dzikie tłumy...
Ale łażenie po uliczkach i zaułkach, w poczuciu całkowitej anonimowości, w całkowitym oddzieleniu od świata, w którym żyję na co dzień. To było nowe doświadczenie i przyznaję, bardzo mi się podobało. Pierwszy raz od dawna nie czułam żalu, że jestem w tym tłumie sama.
A potem powrót.
I sprawy potoczyły się szybko.
Gazeta wywiesiła mojego łabądka na główną. Ja się tym pochwaliłam. Koleżanka znalazła, poczytała, wciągnęło ja, cofnęła się...i znalazła wpis o sobie.
Wredy był, stwierdzam po niewczasie, wredny, osądzający i bardzo niesprawiedliwy. Jak zawsze gdy pisze się w złości. Usunęłam, przeprosiłam, ale atmosfera jest taka taka sobie. A tu do pracy trzeba było wrócić.
Wróciłam. Popracowałam kilka dni i znowu wzięłam urlop. Tym razem nie wypoczywałam, tym razem pracowałam. Pojechałam jako tłumacz do Polski, na targi rolnicze w Bednarach i nie tylko.
Klient-Szwed i ja byliśmy gośćmi firmy produkującej urządzenia rolnicze. Pięć dni, cztery noce, dwa dni podróż, trzy dni wrażeń.  Pierwsze dwie noce spalismy w Gnieznie, nastepne dwie - we Wrocławiu.
To było ...niesamowite. Jako Polka nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Tzn. nie od obcych, ale od rodziny jak najbardziej. Tyle, że od rodziny to się wydaje naturalne.
Już pierwszego wieczoru, po kolacji, z opadniętą szczęką napisałam "Aaaaa, to to jest ta słynna polska gościnność" i w duchu pomyślałam nieco mściwie "no, Szwedzie, teraz spróbuj to przebić".
A potem było jeszcze ciekawej.
Jak dla mnie największą uprzejmością oraz najlepszym prezentem było, pomimo napiętego naprawdę mocno grafiku, zwiezienie mnie do Katedry w Gnieznie. Mała rzecz niby, krótka chwilka, ale trzeba było zjechać z drogi, pójść tam, gdzie się już było wiele razy i samemu i z gośćmi. Cierpliwie poczekać aż po raz piętnasty sfotografuję fragment drzwi (bo jak to zrobić w ciemnym wnętrzu, ale bez lampy, w dodatku nie moją kochaną pięćdziesiątką, stałeczką).
Drugim szczytem - dwugodzinny spacer po nocnym Wrocławiu z przewodnikiem opowiadającym między innymi o tym, że obecny Kościół  Garnizonowy kiedyś tam został przegrany w karty przez katolickiego proboszcza. Cudna dykteryjka.
Natłukłam masę zdjęć, większość jest nieostra, bo stałeczka znowu została w hotelu, ale co tam. JA WIEM co tam mam!  
Mój klient Szwed zbierał szczękę na każdym kroku. Rozśmieszył mnie w hotelu, we Wrocławiu, bo zobaczywszy hotelowy hall przestraszył się ceny. Rozśmieszył później, bowiem jego przestrach był tak sugestywny, że ledwie przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się sprawdzić ile kosztuje pobyt. Cena okazała się być taka sama, jak w hotelu, w którym spałam w Warszawie, czyli normalna, nie wygórowana. W przeliczeniu na korony, było nawet tanio.
Te trzy w sumie dni spędzone w Polsce, dały mi ...Nie wiem jak to napisać.
Trzy dni intensywnego rozmawiania o rzeczach z którymi dotąd nie miałam w ogóle do czynienia. Trzy dni wgłębiania się w szczegóły techniczne, w zasady działania, nauka całkiem nowych nazw. Nazw najpierw polskich potem szwedzkich. Lub odwrotnie. Trzy dni przeskakiwania z języka na język: szwedzki-polski-szwedzki. Oraz, szczególnie na początku, śledzenia co mówią po angielsku, by w razie czego, móc służyć pomocą.
To było wyzwanie, któremu dałam radę.
Jednocześnie było coś zupełenie innego.
Była przyjemność obcowania ...z rodakami. Ponieważ spotkanie było biznesowe jak ognia unikaliśmy drażliwych tematów. A różniliśmy się w poglądach jak mniemam, oj i to bardzo, bardzo. Zatem odłożywszy na bok politykę i religię, gwarzyliśmy na rozmaite tematy. Przyjemnie, dowcipnie, po polsku, z polskimi subtelnościami, niuansami i aluzyjkami. Czułam się jak człowiek, który przeszedł pustynię i dostał szklankę wody.
Powrót był bolesny.
Zła na cały świat, który w tej konkretnej chwili uosabiany był moim Klientem, odwórciłam się plecami, wcisnęłam słuchawki w uszy, włączyłam muzykę na cały regulator i pod pretekstem zmęczenia i złego samopoczucia w czasie lotu, po prostu się odłączyłam.
Chyba to było niegrzeczne, ale nie chcąc go obrazić, zrazić, musiałam.
Na szczęście sam był zmęczony, więc nie zgłaszał protestów i nie żądał zabawiania się rozmową.

Wróciłam do codzienności z bolesną pewnością, że kolejne wakacje nie szybko.
Miałam masę spraw do przemyślenia i uporządkowania.
I nic nie wymyśliłam.
Nie wiem co zrobię z blogiem, bo okazuje się, że jednak albo piszę co chcę, albo nie piszę wcale, a tu zbyt wielu znajomych ma ten adres.
Nie wiem co zrobić z wiedzą, że daję radę na różnych frontach i właściwie to niegłupia ze mnie babka.
Nie wiem co zrobić z przekonaniem, że fajna ze mnie "pięćdziesiątka", całkiem do rzeczy, wcale nie taki maszkaron jak pokazują mi zdjęcia.
W ogóle nie wiem co dalej z moim życiem. Za ciasno mi w nim. Chciałabym czegoś...wyzwań intelektualnych? żeby się coś działo? spotkań z ludźmi?
Marazm szwedzki wpędza mnie w depresję.
Tak więc nie wiem, kiedy znowu tu zajrzę. Może jutro, może za kilka tygodni?

 


 

Oto widzisz, znowu idzie jesień

takajedna_ja

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato...I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując...wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jestem złym człowiekiem

takajedna_ja

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka - tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec - mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
- Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz...serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
...Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme...
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? - Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias...Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! - wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
- No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

...Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



Dylematy życiowe.

takajedna_ja

Może i niepoważne, w świetle tego co dookoła, wojen, głodu, degradacji środowiska itd.
Ale nie da się cały czas bać i martwić.
Trzeba jeszcze robić inne rzeczy.
Pracować.
Oraz żyć. Po prostu. I tu mam dylematy.
Bo jak pogodzić ze sobą rozmaite zajęcia, skoro doba ma dwadzieścia cztery godziny a na sen muszę zużyć co najmniej osiem z nich a najlepiej dziewięć. Bo inaczej nie mam siły na życie.
I jak w tych piętnastu-szesnastu godzinach upchnąć: czytanie, oglądanie filmów, słuchanie muzyki (ale tak całą sobą, w skupieniu i chwytaniu każdej nuty, bo np. przy sprzątaniu to nie to samo) pisanie, szycie, kijkowanie i jeszcze fotografowanie?
Przypominam, że jeszcze trzeba iść do pracy, psa wysikać kilka razy dziennie i dać mu choćby pół godziny pobiegać, połazić, poniuchać. Dom ogarnąć. Obiad zrobić a wcześniej kupić produkty...

A ludzie mnie pytają co ja robię, bo wykręcam się od spotkań, bo nie mam na nie czasu.
No nie mam...W tysiącu spraw muszę wybierać wg tego co najważniejsze.
Spacer z psem jest najważniejszy, bo pies to pies, tak?
Praca ważna, bo z czegoś rachunki płacić trzeba.
Itd.

Wczoraj zasnęłam przed dwudziestą. A tylko na chwilę zamknęłam oczy, żeby się skupić na Jonie Andersonie.
Wstałam o szóstej, wyspana i pełna zapału.
Przejechałam skuterem 24km łącznie w poszukiwaniu motywów do fotografowania.


Wypiłam kawę na plaży.
Byłam z psem na siku.
Zjadłam śniadanie.
A przede mną jeszcze tyle dnia!

Dlaczego nie mogę tak codziennie?

 

3lipca_61

3lipca_31

3lipca_11

3lipca_41

3lipca_21

3lipca_51

Grzechy. I rozgrzeszenie

takajedna_ja

Pierwszy od dwóch miesięcy kryzys.
Po obiedzie drzemka -pierwszy z zakazanych czynów.
Po drzemce - pędem do sklepu po produkty na kolejny z zakazanych czyn. Ciasto z owocami. Wyjęte z pieca natychmiast jak tylko się dało i pożarty ogromny kawał...no dobra, niemal połowa!  świeża, gorąca, parząca buzię i palce (auć! maliny są gorętsze od ciasta!). Ale zmieściłam się przed dziewiętnastą, więc grzech nie z gatunku śmiertelnych.
A potem, tuż po dwudziestej pierwszej czyn absolutnie niewybaczalny: pożarcie dwóch kromek ciabatty z mięsem z obiadu. Mięso duszone w cebuli, pycha po prostu, chudziutka, roztłuczona polędwica, ale jednak!
Uuuu. Poranek był bolesny.
Wyrzuty sumienia i kac moralny.
Napięty, wzdęty  brzuch, który trzeba było wcisnąć w spodnie zwykle za luźne.
Ciężar na sercu i na żołądku.
...Kijkowanie wieczorne się nie sprawdza. Wieczorne kije są walką ze zmęczeniem, własną ociężałością, z ważącymi tony nogami. Wieczorne kilometry są wymuszone, nie dają radości, żadnej satysfakcji, żadnej, absolutnie nagrody, nawet w postaci choćby drgnięcia poziomu endorfin.
Ranne kijki...
Po wczorajszym grzeszeniu, nie było przebacz.
7:15 po powrocie ze sprzątania. Zmiana ciuchów. W ostatniej chwili zerknięcie na termometr +15 więc zmiana na długi rekaw, na wierzch kurtka od deszczu bo chyba będzie padać. Słuchawki w uszy, endo start, muzyka start, zaczynamy od Zaz Les Passants. Kije w dłoń i wymarsz.
Za drzwiami zonk.
Pada. Pada? Nie LEJE! Struga, pionowa, bąble na kałużach "deszcz niebo przyszywa do ziemi". To nie ja, to Jasnorzewska. Pawlikowska też. I Maria.
Oj tam, deszcz, deszcz. Lubimy deszcz, nie? Lubimy. Kurtka przeciwdeszczowa, więc kaptur na głowę i do przodu.
Zaz wyśpiewuje swoje:
Passe, passe, passera, la dernière restera
a deszcz mi stuk-stuk-stuk w kaptur.
Kijki niosą same, nogi jakby im kto skrzydła przyprawił, plecy się prostują. Ulice jeszcze prawie puste, nieliczni rowerzyści patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy, bo kto to widział sport w takich strugach uprawiać.
Nie ma wiatru, chorągwie, flagi, proporce zwisają z masztów, od deszczu i ziemi można by oznaczyć kąt prosty. Koniec ulicy zamglony, kąt murów potraciły swoje ostre kształty, świat stał się mały i miękki jak futro szarego kota. Powietrze pachnie kwitnącym jaśminem, troszkę spalinami, kawą z uchylonego okna i deszczem.
Zaz śpiewa:

Je veux d'l'amour, d'la joie, de la bonne humeur.
Ce n'est pas votre argent qui f'ra mon bonheur.
Moi j'veux crever la main sur le cœur.

Allons ensemble découvrir ma liberté.
Oubliez donc, tous vos clichés.
Bienvenue dans ma réalité.

Muszę w domu sprawdzić, co ona śpiewa, nie znam francuskiego ani ciut-ciut, a mam wrażenie, że śpiewa to, co ja sobie myślę kiedy wkraczam na zarośniętą po pas łąkę na końcu ulicy.
Że jestem takim bogatym człowiekiem w tej chwili. Deszcz przepłoszył ludzi i mam dla siebie nie tylko tę łąkę, ale i całe jezioro. Ogromną połać miękkiej, napuszonej kroplami szarości, daleko, na horyzoncie łączącej się z takim samym szarym niebem.
Ścieżka wije się tuż przy brzegu, omijam ślimaki, wchodzę w miejsce, które nazywam "halą koncertową". Zarośnięty wysokimi drzewami, zawsze zacieniony, wilgotny, pachnący ziemią i trawą kawałek, gdzie zawsze koncertują ptaki. Nawet teraz, w ten ulewny deszcz jakiś pojedynczy ptak (zięba?) wyśpiewuje swoje trele. Śpiewa tak, że zagłusza mi Zaz.
Port Małych Łodzi wita mnie zapachem drzewa, bo niedawno wyremontowana marina dostała nowe drewniane pomosty. Robi się jasno, bo przede mną otwarta przestrzeń jeziora.
Deszcz jakby ucichł, już nie puka w kaptur, szemrze tylko cichutko. Odsłaniam głowę. Mewa z krzykiem podrywa się latarni. Jej krzyk niesie się gdzieś daleko, daleko i zlewa się z piszczałką w
Nine milion bicycles Katie Melua.
Dochodzę do końca asfaltowanej ścieżki. Dalej jest szutr, który ślizga się pod butami i pod kijami. Drobniutkie, ostre jak igły kamyczki wpadają do buta jak zawsze, zawracam.
Znowu pod drzewa, i znów pada mocniej więc kaptur na głowę. Stuk-stuk-stuk. Deszcz mi przygrywa do rytmu moich kroków.
Wchodzę do miasta na powrót. Musi być blisko ósmej, bo sznur samochodów na ulicy i coraz więcej ludzi na chodnikach. Słychać warczenie maszyn i zapach świeżego asfaltu.
W słuchawkach KENT śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszamy w drogę".
Deszcz się wypadał, jeszcze tylko lekko mży. Kałuże marszczą się delikatnie od tysiąca maleńkich kropelek, które są jak pieszczota na twarzy.  Uśmiecham się do wróbli siedzących symetrycznie na cokołach pergoli. Uśmiecham się i łapię się na tym uśmiechu zdziwiona, że jak to tak, uśmiechać się do niewiadomoczego.
Ale poranne kije dają wszystko to, czego nie dają wieczorne.
Lekkość marszu. Przyjemność płynącą z ruchu, pracy mięśni. Ogromną radość wylewającą się właśnie tymi uśmiechami do wróbli, psów i małych dzieci. Taką zwykłą ludzką frajdę z czasu sam na sam ze zmysłami.
Nie, nie. Jednak trzeba się zmobilizować i te kije zaliczać zaraz po porannej pracy. Wart poświęcić tę godzinę drzemki w zamian za tę radość. Oraz deszcz w bonusie.
43 minuty. A uciechy na cały dzień.

Przilaśćka

takajedna_ja

Pierwszy od dawna, dawna, wieczór z fanatykami fotografowania.
Tym razem, mimo zimna, wyszliśmy w plener. Czyli zamiast teoretyzowania - praktyka. Słońca ZERO. Wiatru na szczęście tez. Temperatura...No, zero to, nie, nie, jakieś +5. Wiosna, wiosna, ach to ty..?
- Katarina, a jak to jest po polsku?
- Przyszlaszczka
- Przilaśćka
-Psi..psci...Vad??? (Jak?)
- Przylaszczka
- Jan, psilaśćka!
- Vad sa du? (Co mówisz?)
- Sippa, psilaśćka på polska
A potem ju tylko zza drzew dobiegało "psilaśćka".
Dwie godziny łażenia po chaszczach. Łażenia, pełzania, walania się, wspinania na zawalone kłody.
130 zdjęć. Jeden kleszcz. Takie małe...mam nadzieję, że niczym we mnie nie napluło. Zapomniałam o bydlakach.
Efekty?
Bardzo proszę, ale uprzedzam dużo tego tym razem.


 

 



- Znalazłaś gullviva!- Powiedział Peter na sam koniec do mnie - Ja to się nazywa po polsku?
Ze wstydem przyznałam się, że nie wiem. Ale możliwe, że nazwę znam tylko nigdy nie widziałam w naturze.
No i zgadza się. Pierwiosnek! Nigdy dotąd go nie widziałam w naturze, albo widziałam, ale nie wiedziałam, że to to.
- A ty pochodzisz ze wschodniej Polski? Tam żyje "vicent" ?
Znałam, kurcze tę nazwę, ale co to było???
- Taki europejski bizon
- Aaaa, żubr!
- Ziubr
- Bardzo ładnie - pochwaliłam go powstrzymując się przed dodatkiem "Jak ty ładnie mówisz po polsku"
- Co? Co ty Peter mówisz? Ziur? Co to "ziur" - Jan się wtrącił
- Visent po polsku
- Ziur?
- Nie, żur to zupa. Żubr.

A dziś rano pierwsze kijkowanie. Godzina na obrzeżach miasta. Po mniej więcej piętnastu-dwudziestu minutach załapałam rytm lewa ręka - prawa noga. Muzyka motywacyjna w słuchawkach. Playlista, którą ochrzciłam Wszystko się może zdarzyć, bo pochodzi ze szczególnego czasu w moim życiu. Muzyka ma mnie napędzać, przypominać po co ten wysiłek, po co mi ta praca nad ciałem opornym, musi sprowadzać myśli na to, czego najbardziej pragnę, a co wciąż przecież może się zdarzyć, jeśli tylko sama sobie na to pozwolę, dam szansę i nie będę mówić, że już za późno. Bo przecież sama sobie wciąż powtarzam, że na nic nie jest za późno jeżeli tylko tego chcę. Zatem: Wszystko się może zdarzyć.
A teraz z youtuba Kortez.
Zakochuję się.

Odpowiedzi

takajedna_ja


Madika - prawie, prawie trafiłaś.

placekziemski - a nie, nie, Zuzia to Świętość, gdyby Tola coś jej zrobiła byłby dramat. Na szczęście Psica choć durna to serce ma złote a poziom agresji minus 10.

ola grab - jak już wyjaśniłam iksi - aparatu miejsce jest w specjalnej szufladzie. Gdy jednak czasem, z jakichś powodów go tam nie odłożę, to leży na stole bądź na komodzie, daleko od krawędzi, tak, żeby nawet pasek nie zwisał. Bo ilekroć go zostawiałam w miejscu mniej bezpiecznym natychmiast wyświetlała mi się wizja np. Kocia, który czymś spłoszony, zeskakuje z łóżka, zaplątuje się w pasek i aparat ląduje na podłodze. Z rozbitymi lustrami i rozbitym obiektywem.
Brrrr...Brzmi jak koszmar senny.

Krystynka - tak. Właśnie tak. To wstrętne bydlę, ta durna małpa zeżarła mi książkę.

O.

Co z tego, że już ją czytałam wiele razy? Że kupiłam w Biedronce za 10złotych?
Rozumiecie? Samą mnie zaskoczył poziom złości i żalu.
Okej, zawsze wiedziałam, że wartościuję rzeczy nieco inaczej niż przeciętny człowiek, ale żeby jednak aż tak?

I wiecie co? Noc minęła. Zracjonalizowałam sobie stratę (Kupisz sobie drugą w Pl oraz Dobrze, że to nie dokumenty)  ale i tak złość mnie bierze jak patrzę na te zwłoki.

Kronika boleści

takajedna_ja

Droga na i z północy była drogą przez mękę. Siedzenie tyle godzin, nawet na tak wygodnym fotelu, nawet z kilkoma różnymi poduszkami to zabójstwo dla obolałego kręgosłupa.
Chciałabym powiedzieć, że warto było, bo północ jest przepiękna, ludzie sympatyczni, koty przymilne, ale za blisko jestem traumy podróżnej. Może za jakiś czas.
Jedną korzyść odniosłam. Dowiedziałam się, że w Szwecji można znaleźć kręgarzy.
Znalazłam. 10minut spacerkiem od mojego domu.
Kręgarze w Szwecji są zrzeszeni w związku i tylko takim warto zaufać, bowiem ich wiedza jest jakoś tam weryfikowana. Moja Ulrika, cudowna Ulrika, też.
W poniedziałek poszłam pierwszy raz.
Potem we środę.
Wczoraj.
Idę znów w poniedziałek.
Chyba działa choć zobaczymy jak będzie w dalszym czasie.
Na razie ból prawie zniknął. Powróciła niemal całkowita ruchomość głowy. Ból wraca, okropny na poziomie 10 na skali bólu kilka godzin po przyniesieniu ze sklepu ładunku w postaci 1,5 l wody oraz mleka. Długi odpoczynek, w kołnierzu z ręcznika oraz lodowym okładem, ból uśmierza.
Aha. Wreszcie coś co uśmierza ból, bo żadna chemia tego nie zdołała zrobić.
Niestety te wizyty bolą w portfelu. Pierwsza 650kr. Następne 450kr.
Ale wygląda na to, że warto.
We wtorek mam badanie kamerą magnetyczną (rezonans magnetyczny?)
Wybłagałam receptę na jakieś silne opiaty, zobaczymy czy zadziałają, bo boję się, że nie uleżę spokojnie przez co najmniej 20 minut.  Oraz jestem na zwolnieniu do 22kwietnia. Zwolnieniu ze sprzątania, ma się rozumieć.
Z księgowania zwolnienia nie wezmę, bo to oznacza utratę klienta. Dobrze, że mogę to robić tak, jak dam radę. Kilka minut, przerwa, kilka minut, przerwa. I jakoś idzie.
Pisanie dłużej też boli.
I obrabianie zdjęć. I robienie zdjęć. I to boli najbardziej.
Ech...
A tu taka WIOSNA!
Więc powoli coś dłubię.
O tak.

Wiosna

takajedna_ja

jest ciepło, słonecznie, ptaki się wydzierają od rana. Kaczki w parku spacerują parami. I nie tylko kaczki.
Moja dusza ma się dobrze.
Rozpiera mnie radość życia, poczucie, że wszystko będzie dobrze, mam chęć robić dużo rzeczy.
Coś mnie uskrzydliło.
Zmierzam do pożegnania się z sertraliną.
Tylko dysk daje popalić. Dwa dni lepiej, dwa dni gorzej. Kiedy jest gorzej moje dobre samopoczucie pierzcha z krzykiem. Łażę skrzywiona, zła i czepliwa. Bo boli. Bardzo boli. Bardzo, bardzo boli.
Lecz ogłosiłam, że idę na zwolnienie. Więc od dziś mam wolne od mopa. I zobaczymy czy dzięki temu będzie więcej dni dobrych czy gorszych.
5 kwietnia mam rezonans.
Oraz zamówiłam sobie z Polski taki aparacik co smyra prądami.  Ponieważ żadne tabletki bólu nie likwidują, a podobny aparacik miałam okazję wypróbować dzięki mojemu fizjo. Działa.
No a skoro działa, to warto mieć alternatywę dla prochów

 

resztę zeżarł blox, świnia

Powrót do codzienności

takajedna_ja

Tak sobie myślę, że w ważnych chwilach jak śmierć bliskich człowiek powinien mieć prawo do własnych zachowań, powinien mieć całkowitą dowolność decydowania o tym jak i z kim chce tę chwilę przechodzić. A tu jakieś konwenanse, jakieś wymagane zwyczajami naginanie się do oczekiwań, przełamywanie się i postępowanie wbrew własnym uczuciom, w jednej z najważniejszych chwil w życiu...
Mnie ogarniała furia na myśl, że będę musiała stawić czoła nielubianym członkom rodziny, skutecznie unikanym przez ostatnich trzydzieści lat. Pocieszała mnie myśl, że przynajmniej dzięki jasnym wytycznym otrzymanymi od mamy już dawno temu, uniknęłam szopki "ostatnie pożegnanie" nad otwartą trumną.
(- To jest Basia?!! - rozdzierająco rozdarła się podobno jedna z kuzynek nad trumną mojej siostry. Inna uznała, że warto upamiętnić moją siostrę w tej doniosłej chwili za pomocą aparatu fotograficznego).
O nie, nie, nie dałam nikomu okazji do takich występów.
Rozesłałam rodzinne wici o stanie mamy, kto chciał, był w domu lub w Hospicjum żeby się pożegnać. POTEM byłam tylko ja. I eM na bardzo krótko. Oraz pracownicy zakładu pogrzebowego. Trochę było zaskoczeń, ale wszelkie wyrazy niezadowolenia stłumiłam krótkim "mama tak chciała".
Urna była drewniana w myśl słów "Prochem jesteś i w proch się obrócisz". Obok urny zdjęcie dwudziestoletniej mamy- przygotowane przez nią samą kilka lat temu.
Nielubiane kuzynki sobie odpuściły i się nie pofatygowały.
Jeszcze tylko uchylić się od ramion miejscowej przygłupiej, która rzuciła się na mnie z wyrazami współczucia. I już.
Na cmentarzu i potem na obiedzie była nas już tylko garstka.
Naprawdę wyłącznie najbliżsi mi członkowie rodziny.
Ciocia Wanda, kuzynka Ania z mężem i jej rodzice, siostrzenica z ojcem, mężem i synem, kuzynka Mirka.

Kuzynka Mirka...
To jest temat na anegdotę, chcecie?
Kuzynka Mirka jest bratanicą mamy. I jest mocno do niej podobna.
Opowieść mojej siostrzenicy:
-Przyjechałam do babci w niedzielę, siedzę, trzymam ją za rękę...Nagle drzwi się otwierają, patrzę...Babcia stoi w drzwiach. Ale jak to stoi? Przecież tu leży, trzymam ją za rękę. Ona (Mirka) chyba zobaczyła, że się wystraszyłam.

Na parkingu, po stypie, spotkaliśmy Jarka z ojcem. Jarek to nasz stary kumpel. Natomiast jego ojciec to stary kumpel mojego ojca i dobry znajomy mojej mamy z lat młodości. Pogadaliśmy chwilę.
Wczoraj spotkałam Jarka w mieście, zamieniliśmy kilka słów, coś wspomniałam o mamie...
Jarek zrobił głupią minę. I naraz
- Czekaj...To TWOJA mama zmarła?
- No tak!
- I to o niej eM mówił, że ma pogrzeb teściowej?...To KTO tam był koło ciebie?!
- ???
- No przecież widziałem twoją mamę obok ciebie na tym parkingu! I jeszcze się z ojcem zastanawialiśmy, że jaką eM teściową chował, skoro ją przecież widzieliśmy obaj.
Wyjaśniłam.
Muszę pomyśleć jakich moja matka miała wrogów i im wieczorową porą tę kuzynkę pokazać...

A kiedy już stresy i napięcia odpuściły okazało się, że mój dysk znowu daje o sobie znać. Koleżanka poleciła gabinet fizjoterapeuty. Oprawca umiejętnie wetknął palec w najbardziej bolące miejsce. I w jeszcze jedno. I w kolejne. Tu pociągnął, tam wcisnął, tu pogłaskał, tam poszczypał.
Wyleczyć, nie wyleczył, bo wszak nie jest Kaszpirowskim. Ale sprawił, że ból zmalał, i ograniczył się tylko do kilku stref. O 19:30 rozłożyło mnie na amen. Poprzednie noce prawie nie spałam mimo solidnej dawki ibuprofenu oraz odnalezionemu w mieszkaniu relanium 5mg, wziętego w akcie desperacji.
O ósmej spałam tak, że nie usłyszałam telefonu.
Klient Marian. ...Jutro o tym pomyślę, bo zdaje się, że popełniłam błąd i dałam sobie wleźć na głowę...
eM wyciszył telefon, o czym poinformował mnie gdym się na chwilę przebudziła.
Po ośmiu i pół godzinach snu jestem wypoczęta.
W południe wyjeżdżamy do domu.
Pooddawałam ukochane kwiatki mamy. Więc mieszkanie mogę z czystym sumieniem zamknąć na cztery spusty. Cerber w postaci Pani prezes oraz sąsiadki z dołu dopilnuje, żeby się nic nie stało.
A jutro w południe przytulę Zuzankę. I Psicę wariatkę.
I moje życie będzie się toczyło dalej.

 

Zdobywcy bieguna

takajedna_ja

Odkrywcy mozolnie wspinali się pod górę. W sypiącym im w oczy śniegu, walczyli o każdy oddech,o każdy krok, o każdy metr. Cel leżał nieopodal. Taki bliski, a jednocześnie tak odległy. Wysmagany wichrami, pobielony mrozem i śniegiem, niezniszczalny i wieczny jak ziemia. Biegun.
Odkrywcy dyszeli ciężko, ich siły były na wyczerpaniu, ale wciąż goniła ich ta odwieczna, ludzka gorączka -ciekawość i chęc postawienia stopy tam, gdzie dotąd nie zrobił tego nikt.
Ich wierny przyjaciel, wielki, silny, kudłaty pies, szedł koło nich. Uwolniony, wreszcie!, od ładunku mógł skupić się na ludzkim stadzie, które powierzono jego pieczy. Wyznaczał szlak w przepaścistym śniegu, mobilizował przywódcę i pilnował najsłabszych człoków wyprawy, by nie zaginęli w zamieci.
A zamieć była potężna, jakby wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko odkrywcom.
Na próżno. Ostatnie kroki i oto są!
Zbyt wyczerpani by głośno cieszyć się z osiągnięcia, przystanęli w cichej satysfakcji kontemplując sukces. Wiatr jakby ucichł, a śnieg z wolna opadł na ziemię i tam został. Cisza dzwoniła w uszach, a przed oczami rozciągała się bezkresna biel.
A potem, gdy odpoczęli, nasycili oczy i dusze satysfakcją, gdy wetknęli swe flagi w  śnieg,  ruszyli dalej, przed siebie. Ku obozowi, ku odpoczynkowi, ku ciepłej strawie i ciepłu ognia, przy którym w długie zimowe wieczory będą przez wiele lat snuli swe wspomnienia...

 

Tak Zuzia zdobyła wczoraj Kinnekulle.
Powiadam wam.
Zabawa z wyobraźnią, jest lepsza od tysięcy gier, bajek, zabaw.
Te chwile to moja bateria na najbliższe dni.
Znów jadę do Polski. Pilnie. Do mamy.



A biednemu wiatr w hełm

takajedna_ja

Zrobiło się wiosennie. Temperatury plusowe, zniknął śnieg, pojawiły się kałuże, ale że jednocześnie słońce się pokazywało w ciągu dnia choćby na pół godzinki to nie narzekałam. Mokro, wietrznie i słonecznie, to wolę od biało i słonecznie.
No, fajnie było. Przez niecały tydzień.
We czwartej eM zaczął coś wspominać o samopoczuciu. A Zuzia wieziona z przedszkola na tańce powiedziała, że boli ją czoło.
Na wszelki wypadek udałam, że nie słyszę, bo w piątek miała być Zuzia i Małpi Gaj obiecany już dawno.
No i było wszystko co trzeba, a nawet więcej.
Zuzia zabierana od ojca, miała szkliste oczy. Co prawda mama-zastępcza mówiła, że Zuzia narzeka na ból gardła ale gorączki nie stwierdziła.
No ale pojechaliśmy.
Jak zawsze dziadziu był asystentem od szaleństw, a babcia sponsorem.
Po dwóch godzinach dzieciak zmarkotniał. Oczy się zrobiły jeszcze bardziej szkliste. Propozycja powrotu do domu przyjęta została jednomyślnie.
W domu rozłożyli się na amen oboje i eM i Zuzia.
Na placu boju zostałam ja i Pies.
Zuzię w sobotę rano odstawiliśmy do mamy. Ja się niemrawo zebrałam do prac domowych a eM po prostu się wyłączył.
Donosiłam mu tylko: aspirynę, sok z pomarańczy osobiście wyciśnięty, zupę ogórkową, chusteczki, ipren, alvedon, kompot, wodę i nie wiem co jeszcze...
W niedzielę pod wieczór eM był już całkiem ugotowany mimo wyjątkowo (jak na mnie) troskliwej opieki.
W poniedziałek rano, na skuterku było mi jakoś mało zimno. Przez chwilę. A potem bardzo zimno. A potem znów bardzo ciepło. I to takie dziwne uczucie w piersiach i pomiędzy łopatkami...
Jeszcze wieczorem poszłam z psem. Ale już wiedziałam, że noc, najdalej ranek będzie wesoły. Przewidująco poinformowałam zainteresowanych, że do pracy nie przyjdę.
W nocy obudziło mnie taka telepka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie miałam. Naprawdę nigdy nie widziałam, żeby mi się trzęsły usta i policzki. Dziwnie to było, podejrzewałam samą siebie o symulację i skarciłam za przesadę.
Od tej pory leżę plackiem.
eM poszedł do pracy wczoraj. Skaranie boskie z upartym, głupim chłopem. Kaszle tak, że aż mnie boli i jest słaby. Oblewa się potem i kręci mu się w głowie. Ale polazł do roboty, bo wszak gorączki nie ma to jest zdrowy, nie? A pieniądze potrzebne.
A ja leżę dzień trzeci. Jem jak opętana, więc nawet żadnej korzyści z choroby nie będzie, nie schudnę, nie ma o czym marzyć. Oraz faszeruję się co na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Jedna tableteczka, po trzech godzinach druga. Czekanie sześciu godzin, nie wchodzi w grę, znowu zaczyna telepać. I nic więcej! Trochę kaszlu z krtani. I ból stawów.
A tymczasem klientowi ktoś rozbił okno na parkingu i rąbnął torbę. Torba była pełna bo klient woził w niej prawie całe swoje szwedzkie życie. Wyglądała na taką co może zawierać co najmniej laptopa. Niestety - były tam same papiery. Dla złodzieja bezwartościowe, dla klienta jak wiadomo ważne. Różne tam dokumenty rejestracyjne firmy, zezwolenia i takie tam...
Z racji tego, że klient był w szoku ja zgłaszałam telefonicznie zdarzenie do policji.
I to jest ciekawe.
Zadzwoniłam. Czekałam chyba 10 minut gdy usłyszałam komunikat, że jeśli podam numer telefonu to oni do mnie oddzwonią jak przyjdzie moja kolej. Podałam. Oddzwonili za jakieś 15minut. Powiedziałam, że znajomy, a właściwie klient padł ofiarą włamania. Pani spisywała zeznanie. Na szczęście czekając na ich telefon próbowałam złożyć zawiadomienie online, więc wszystkie dane już miałam. Poszło nam sprawnie. Pani poprosiła o mój personnummer. Ja poprosiłam, żeby kopię zgłoszenia wysłała do mnie a nie do klienta. Chciałam podać adres ale pani już go miała. Zaśmiałam się.
-No tak, wystarczy personnummer i wiecie wszystko- powiedziałam radośnie i dodałam lizusowsko - Lubię ten system.
Pożegnałyśmy się.
A ja naprawdę lubię ten system "permanentnej inwigilacji". Może i jestem naiwna, ale co tam. Co mi szkodzi, że dzięki kilku cyfrom bank wie jaka jest moja sytuacja ekonomiczna, lekarz jak wygląda moje zdrowie a policjant gdzie mieszkam i czy mam coś na sumieniu?
Nie robię nic nielegalnego i nie zamierzam, nawet moralnie się prowadzę, to co mi tam? No dobra, mam pewien nieuczciwy związek z pewnym programem sygnowanym literą grecką, ale to całe moje przestępstwo.

Tak więc leżę.
Z nudów przejrzałam całą tablicę facebooka.
I nagle znalazłam artykuł, że policja zatrzymała 14 osób podejrzanych o przygotowywanie napadu na dom dla azylantów. W tej grupie większość stanowili Polacy.
Zagotowałam się! A tu pod linkiem komentarz, że biedne chłopaki i co za menda ich wsypała.
Biedne?! Dobrze im tak!
...Akurat, ci z tego domu napadli na siostrę jednego z zatrzymanych.
Od tego jest policja
...Policja nic nie robi...

Nie lubię pyskówek internetowych, przestałam zaglądać. Wyraziłam tylko zdanie, że rzeczywiście, do opinii o Polakach, że nieuki, złodzieje i pijaki brakuje jeszcze tylko tego, że i bandziory. Przyjadą tacy na "gościnne występy" a cenę za to zapłacą ci, co uczciwie i po cichu żyją swoim życiem.
Oraz, że równie dobrze, można napaść na cały blok bo jeden z mieszkańców napadł na czyjąś siostrę, więc można uznać, że cała kamienica jest winna.

Nie jestem fanką tych młodych mężczyzn, którzy przedarli się do Europy i chcą w niej wprowadzić swoje porządki. Ale staram się pamiętać, że w tej gromadzie są też ludzie uczciwi, ludzie, którzy po prostu ratowali życie swoje i swoich bliskich, są małe dzieci. Nie godzę się na samosądy. Nie godzę się na wrzucanie do jednego worka wszystkich ludzi o bardziej smagłej cerze.

I mogłabym jeszcze długo, ale właśnie zaczyna mnie znów telepać i zaczynam więdnąć.

Z listu do przyjaciółki

takajedna_ja
Łóżko załatwiłam tzn wypożyczyłam z takiej wypożyczalni. Tylko materac musiałam kupić, bo tego nie wypożyczają.
Materac 230, kaucja za łóżko400, wypożyczenie łóżka na 30dni 108zł. Łóżko elektryczne. Ale to brzmi, co?  Chodzi o to, że tę część pod głową można podnosić pilotem.
Moim zdaniem dużo wygodniejsze i dla chorego i dla opiekuna, bo z kółkami i podnoszonymi blokadami z boku, żeby chory nie wypadł.
Wróciłam wczoraj, ale jedną nogą jeszcze w Polsce. Jak zawsze. Kupiłam trochę książek w biedronce, kupiłam dwie bluzki, kilka gazet dla Marcina, bajki dla Zuzi, czesadło dla Toli. O. To dobre. Czesadło wyczesuje martwy włos i podszerstek. Tak napisane. Wczoraj po przyjeździe dla wypróbowania raz pociągnęłam po psie i na zgrzeble zostało mi tyle kłaków, ile na zwykłej szczotce po całym czesaniu. O! Zachwalała mi koleżanka oraz pani w sklepie, że systematyczne używanie minimalizuje ilość kłaków w domu. Są podobno wersje dla kota...
EM wykąpał psa w piątek, bo woniał niecnotliwe od czasu nieprzewidzianej kąpieli w jakimś kanale. Sierściuch jest teraz jak pluszowa maskotka: miękki i puszysty, a sierść ma jak z jedwabiu. Oraz wygląda jak prawdziwy, puchaty berneńczyk. Nareszcie :D 
...ale bardziej się cieszyła na widok eMa niż mój? A jego nie widziała tylko parę godzin, buuuu

Jechałam tramwajem. Nie powiem, cywilizacja! Nie rzuca, nie szarpie, nie śmierdzi. W środku czysto (pewnie jeszcze), Hołowczyc melduje każdą stację (chyba Hołowczyc), na przystanku biletomat, w środku też, w dodatku można płacić kartą! Podróż spod dworca do Galerii Warmińskiej niewiele ponad 10minut. Aaaaa, a na przystankach tak tramwajowych jak i autobusowych tablica wyświetla najbliższe kursy. Europa panie! Jedno ale...W internecie nie sprawdzisz sobie, czym np. dojechać z dworca do Galerii. Tzn sprawdzisz sobie, że np. tramwaj nr 1 jedzie z punktu A do punktu Z. Ale żeby zobaczyć co jest pomiędzy to musisz sobie otworzyć całą linię. I dopiero tam, jak przewertujesz całą trasę, to zobaczysz czy tą linią dojedziesz tam, dokąd chcesz. I tak z każdą linia tramwaju czy autobusu. Wyszukiwarka połączeń? Po co?
Albo taka Galeria Warmińska, stronę ma, a jakże...Na tej stronie wszystko, nawet mapa z googli. Tylko informacji CZYM dojechać to już nie...
No ale dotarłam jednakże do tej Galerii.
Też tak masz, że jeden dzień w Polsce MUSISZ połazić po sklepach, najlepiej sama? Ja muszę. Wchodzę do każdego sklepiku, biorę w ręce, oglądam, macam, wącham, odkładam. Albo staję przed półką i się gapię.
A jak już zdecyduję, że COŚ sobie kupię...Rozpacz! Tyle tego, że nie potrafię wybrać. Dostaję głupawki, nie wiem czego chcę, chcę wszystko, zapominam co sama ze sobą ustaliłam, dochodzę do wniosku, że może w innym sklepie znajdę coś jeszcze ładniejszego, a jakby nie to wrócę po to. Ostatecznie zapominam gdzie było to, co chciałam, a z nadmiaru możliwości w końcu nie kupuję.
Chciałam kupić sobie torebkę/torbę. I dupa. Ta ładna, ta śliczna, ta najpiękniejsza na świecie...No dobra. Ze dwie były takie, że jak tylko spojrzałam to wiedziałam TA i żadna inna. Niestety jak to zwykle bywa ceny też miały wyjątkowe. Kto do licha kupuje torebki za 500zł? W Polsce??? W Olsztynie???
A poza tym szczęka mi opadała co i rusz. W DM, przecież to małe, niebyt bogate miasteczko, na każdym kroku sklepy, sklepiki...Kręci się tam może jedna osoba a najczęściej tylko obsługa, towaru tyle, że przejść trudno...Jakim cudem to wszystko działa, zarabia na siebie?
 
No ale wróciłam do siebie. Mąż się chyba stęsknił, bo gadał do mnie całą drogę, kupił mi ciastka, wodę, cukierki.

Jak dobrze być w domu.

A gdyby tak...?

takajedna_ja

Od poniedziałku budzi mnie warkot ciężkiego sprzętu i walenie. W mieszkaniu Zastępcy Pani Prezes trwa remont. I tak sobie marzę...
A jakbym zrobiła powtórkę z rozrywki? I tak jak Pani Prezes wraz ze swoim Zastępcą wtedy, 10 lat temu, ściągnęła teraz wszystkich miejskich radnych, policję, Dyrektora Budynków Komunalnych, burmistrza i wszelkich przyjaciół królika? Bo chyba się narusza konstrukcję budynku, jak my wtedy. A hałas jaki robiliśmy to było jedno popołudnie zbijania tynku...
Tak sobie tylko marzę, bo nie chce mi się. Może i byłabym mściwa, ale mi się nie chce. Znaczy, jestem przyzwoitym człowiekiem z lenistwa.
I dlatego wszelkiej maści jędze będą nadal miały się dobrze...

Przyjechałam i jestem

takajedna_ja

Stwierdzam, że pogoda jest świnia. Już mogłabym wybaczyć, że nie ma słońca. Ale odwilż?! Ta zgnilizna oblepiająca ciało, kasza po kostki na chodnikach, stopy w związku z tym natychmiast zmarznięte, przegrzane górą busy i zimno śmigające po nogach.
A mnie się wydawało, że zima nie taka zła?
Może i nie, ale nie tu.
TAM nie ma soli w mieście, śnieg na chodnikach ubity, posypany żwirem, więc nie ma kaszy. Busów nie używam, bo albo używam nóg albo samochodu. Tylko odwilż w powietrzu i kolorycie jest tak samo "łobziedliwa".
A poza tym ciągnie mnie do sklepów jakbym przyjechała z Polski lat osiemdziesiątych do kraju zza żelaznej kurtyny.
Sklepy ciuchowe jeszcze jako tako omijam, bo i tak we wszystkim będę wyglądała tak samo czyli GRUBO. Ale już buty...i torby...To co innego. Nie wspominam o księgarni, bo już to jedno słowo sprawia, że mój portfel zaczyna sobie kręcić sznurek, a karty pierzchają w popłochu.
W księgarni spędziłam wczoraj chyba z godzinę. WSZYTKO bym chciała, nawet to, czego bym nie chciała!
Brałam w rękę, odkładałam, obchodziłam półkę w koło, i znowu brałam coś w rękę...
Cierpliwa Agnieszka z tyłu z mną. Cierpliwa..! Wrednie mi jeszcze pokazywała, że jeszcze to powinaś przeczytać, i to, i tamto, i tego autora sobie zapamiętaj i tę serię. Na koniec dodając sadystycznie "no ja nie kupuję, pożyczam z biblioteki".
Czy ktoś rozumie ten skrajny sadyzm? A czy ktoś zrozumie, że chętnie poddałabym się tej operacji jeszcze nie raz a wiele razy.
Ja jestem dziecko komuny! Ja mam ciągle syndrom niespełnionych marzeń! O ile w każdym innym sklepie potrafię się opanować o tyle w księgarniach, sklepach z materiałami "piśmiennymi" oraz tekstylno-pasmanteryjnych dostaję małpiego rozumu. Nawet jak wchodzę po jedną, konkretną rzecz, to w środku głupieję, zapominam czego chciałam, bo chcę WSZYSTKO! Przy czym ma to zastosowanie wyłącznie w Polsce ( z wyjątkiem sklepów tekstylnych, bo tych w okolicach Miasteczka nie znalazłam). Na Wsi* wyboru nie ma. Każdy może sobie sobie kupić zeszyt jaki chce pod warunkiem, że będzie czarny, biały lub zielony.

Wreszcie zostałam wyciągnięta z księgarni i zaciągnięta do jadłodajni.  Różnej maści kluski i pierogi (tylko czemu nie RUSKIE?czemu???), obok jakieś slow food, dalej mcdonalds, KFC i coś tam jeszcze...I znowu: na WSI nie ma tak dobrze. W zasadzie masz do wyboru rybę, stek albo pizzę. I czy to jest nad morzem czy nad jeziorem, czy knajpa nazywa się Roma czy Cyrano wszędzie żarcie jest to samo i takie samo. I nic dla człeka, który nie po to idzie coś zjeść w mieście, żeby jeść mięso czy rybę.
A z jadłodajni poszłyśmy do kina.
I tu sobie uświadomiłam, że moja pierwsza ksywa internetowa "prowincjuszka" stała się moim nomen omen. Szfak. W kinie ostatni raz byłam ...A tak coś około ośmiu lat temu! Niemal w tym samym składzie, zresztą. Nawet nie wiedziałam czy dam radę film oglądać i czytać napisy. Bo może okulary mam za mocne. Albo za słabe. Okazało się, że wcale mi nie były potrzebne. Trudno było mi tylko ogarnąć jednym spojrzeniem i ekran i napisy. Na początku znaczy, bo potem mózg się nauczył.
Najlepszy był pan bileter, który się zdziwił, że chcemy wejść na reklamy. Na reklamy?! Widać nie było po mnie widać, żem ze Wsi.

...O trudnych sprawach pomyślę kiedy indziej.
Tylko zanotuję
...Odkryłam, że czytanie na głos może być fajne.
Oraz zapytam: skąd wziąć szpitalne łóżko i czy można je pożyczyć z materacem? Oraz od razu?

*Na Wsi oznacza całą Szwecję 

Zima, jest zima

takajedna_ja

Ostatnie lata zimy nie było. A w tym roku przyszła. Mrozi (któregoś ranka było -13!), śniegiem podsypuje i nie wieje. W sklepie, co rano można gruz i błoto szpadlami przerzucać (przesadzam, ale tylko troszeczkę).
Słońce nieśmiało wygląda i świat robi się ładniejszy.
Pies szaleje na śniegu, węszy, tarza się, gania za śnieżkami, rozkopuje i w ogóle ma uciechę nie z tej ziemi. Na szkolnym boisku, na które chodzimy co rano żeby się pobawić, ktoś ulepił i zostawił wielką kulę śnieżną. Tola najpierw ją próbowała oblizać, a potem po prostu na tę kulę wlazła. I włazi za każdym razem. Tak ma. Lubi włazić na różne podwyższenia. Głazy, cokoły, ławki.
Jak w psiej szkole, którą zaczęliśmy w ostatnią środę.
Kiedy któreś z nas, eM albo ja, przysiadło na ławce, Tola natychmiast pakowała swój zadek obok. No bo przecież w domu też zawsze siedzi obok mnie na  ławce w kuchni.

Szkoła dała nam wskazówki jak ćwiczyć z Tolą nawiązywanie kontaktu i ćwiczymy. W domu Tola jest pojętna i zainteresowana. W szkole...Gdyby była dzieckiem niechybnie zostałaby odesłana do szkolnego psychologa w celu potwierdzenia diagnozy ADHD. Wyrywała się, piszczała, zaczepiała wszystkich w około niezależnie od ilości nóg, była podekscytowana i kompletnie nie zainteresowana zajęciami i ćwiczeniami. Serek bądź kiełbaskę wyjadała z rączki, a jakże..i tyle było jej zainteresowania przedmiotem. No, świadectwa z czerwonym paskiem to to "dziecko" z pewnością nie otrzyma.
Tak więc ćwiczymy w domu i na spacerach.
Następna lekcja już w środę. I zobaczymy.

Mama już w domu. W niedzielę udało mi się porozmawiać z lekarzem.
Tylko dlaczego lekarze przybierają taki ..."inkwizytorski" ton? Moja matka ma 74 lata. Jest wciąż jeszcze sprawna na umyśle, nawet jeśli czasem gubi wątek lub mówi nie to co zamierzała. Dlaczego więc lekarz mnie pyta tym tonem kiedy ją ostatnio widziałam i dlaczego nie poszłam z nią do pulmonologa.
...Ech...W Szwecji nawet do ewidentnie lekceważącego zalecenia pacjenta nikt nie zwróciłby się takim tonem. Nie wolno. Nie wolno być protekcjonalnym, oceniającym, krytycznym do nikogo a już na pewno nie do osoby chorej i jej rodziny.
No trudno, tak jest i trzeba jeszcze sporo czasu by się zmieniło.
W poniedziałek mamę zoperowano - noga była złamana w biodrze. A we wtorek, późnym wieczorem mama już była w domu.
Gdy zadzwoniłam, usłyszałam:
- Znowu masz przeze mnie kłopoty...

Cholera. Na ile jej decyzja o nieleczeniu się wynika z niechęci do "sprawiania kłopotu"?
Niby w lipcu prosiłam o konsultację z psychologiem/psychiatrą, ale wtedy mama była tak zagubiona, że prawie nie pamięta co się działo.
Myślę sobie, że może jak tam będę to poproszę jakiegoś psychologa o wizytę domową? A może księdza? Księdzu by się może wyspowiadała. Przed psychologiem raczej tego nie zrobi. Tylko to musiałby być naprawdę mądry ksiądz, pełen empatii.
Niełatwe.
Nie ma już we mnie złości na nią, gdy widzę i słyszę jak gaśnie, oddala się od tego świata. Nie ma też we mnie takiego żalu, przerażenia, jak wtedy gdy odchodziła Baśka. Patrzę na mamę i nie widzę matki, tylko starego, samotnego do bólu człowieka, który sam zmarnował sobie życie. Co czuję? Współczucie, smutek, że mogło być inaczej gdyby tylko...
I tak to się życie plecie.
A Zuzi rusza się pierwszy ząbek. Dolna jedynka. I coraz częściej zamiast "lowel" mówi "rower" choć to R jeszcze nie takie całkiem warczące, ale jest już blisko, blisko, dosłownie na końcu języka.
To JUŻ??? Kiedy zleciało to pięć i pół roku. A pamiętam jak wczoraj moje przerażenie, gdy Misia powiedziała, że jest w ciąży.

 

Śnieg

takajedna_ja

Mamy zimę.
Plus - jest jaśniej.
Minus - jest brudniej.
Fakt: Tola kocha śnieg od pierwszego wejrzenia, miłością niezmierzoną.
Fakt2: Tola boi się pługów. Tak, nawet kiedy jest w domu.

Śniegu napadało dużo w ciągu ostatnich godzin, więc czekamy tylko aż eM wstanie i jedziemy. On na narty, Tola pomyszkować, ja połazić z aparatem.
A tymczasem rzeczywistość...

Zgłosiły się do mnie dwie osoby, którym trzeba najpierw zarejestrować, potem poksięgować. To dobra wiadomość.
Zła:mama chyba złamała nogę, wywieźli ją do szpitala w Biskupcu. Jej komórka padła, opiekunka inteligentnie zostawiła swój nr telefonu w maminej torebce licząc na to, że ktoś się domyśli. W związku z tym nie wiem co się dzieje. Oczywiście spróbuję zadzwonić dzisiaj, ale pomna sytuacji z lipca, już na zapas pytam: macie może kogoś znajomego w szpitalu w Biskupcu (warmińsko-mazurskie) kto zechciałby udzielić mi informacji o stanie matki?
I dlaczego do Biskupca?! Olsztyn jest dużo bliżej.
Za dwa tygodnie jadę do Polski, jak ja do tego Biskupca dojadę?

Uch...polska, trudna rzeczywistość.

Na pociesznie jeszcze kilka fotek sprzed trzech dni, kiedy pojechaliśmy na Kinnekulle.

Tola z miną a la Masza

a słońce już zachodziło

dzięki czemu świat nabrał zupełnie innego kolorytu

i na górze

 

i na dole

A wracając znowu uwieczniłam "moje" drzewo. Dąb Niesamowity

I apiać od nowa (odnowa?)

takajedna_ja

Nie robiłam podsumowań, postanowień od lat co najmniej kilkudziesięciu. I oto mi się zachciało.
Postanowić, że będę więcej czytać, bo 32 książki w roku to mało, a czasu ubywa.
Że będę mniej czasu trwonić na demotywatory czy inne soki z buraka, bo czasu coraz mniej.
Że będę za to pisać więcej i staranniej. Nie tylko na blogu. Bo, jak wyżej.
Że zrobię sobie odwyk od słodyczy i może wreszcie schudnę?

...Pies mnie szczypie, bo dziś, w ramach celebracji Nowego Roku, pierwszej od lat, postanowiłam wypełnić choćby niektóre wróżby.  I tak. Majtki założyłam malinowe, bo czerwonych to w Szwecji nie uświadczysz, a podobno trzeba mieć nowe i czerwone, żeby się w nowym roku darzyło. Oraz nie tknęłam palcem sprzątania i gotowania, bo co robisz w Nowy Rok to ponoć robić będziesz rok cały. W związku z tym, sorry Pies, pożarłaś wczoraj całą kaszę to dziś masz chrupki. Bo najbardziej ze wszystkiego nie znoszę sprzątać i gotować. Ale lubię mieć sprzątnięte i lubię niektóre potrawy.
Ja nie wiem o co mi chodzi, co mi chodzi po głowie w tym roku, bo po raz pierwszy od dawna chcę zakląć przyszłość, coś zaczarować, wyczarować, na coś jeszcze czekać.

A tymczasem Sylwester jak zwykle z Zuzką.
eM zabrał małą na fajerwerki o północy, ale ja nie znoszę strzelania, bo nie mogę pozbyć się z pamięci stada kawek lecących nisko nad ziemią, na oślep...I już nie lubię fajerwerków. Nie poszłam, wykręcając się psem, który mógłby dostać paniki na tę kanonadę.
Za to wcześniej poszliśmy na ciemną plażę, z zimnymi ogniami, świecącymi pałeczkami i bawiliśmy się światłem.
Zabawa była super. Tylko nie pomyślałam, żeby zrobić światełko do nieba. Ale to innym razem.
Aparat zarejestrował naszą zabawę, choć nie pomyślałam, że trzeba się skupić na ostrości, więc efekty nie powalają. Ale zabawa podobała się i dużym i małej.

eM kręci kółka kółkiem z pałeczek fluoroscencyjnych

Zuzia po kilku próbach nauczyła się machać zimnymi ogniami

Dziadek, Wnuczka i w/w pałeczki

 

Miasto malowane światłem

 

No to tego...
Niech się Wam darzy ten 2016

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci