Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

w przedszkolu naszym

To już...To dopiero dwa tygodnie

takajedna_ja
Pracę zaczynam o 8:45. W szatni rozbieram się z butów, plecaka, kurtki, swetra i czego tam jeszcze. Zza drzwi dobiega mnie tupot małych nóg, mieszanka głosów wśród których wyławiam te najbardziej mi znane. Czasem słychać plaskanie, to którego zdjęło skarpety i biegnie właśnie po linoleum.
Wchodzę. Kilkoro zauważyło mnie wcześniej. Uśmiechają się, pozwalają przytulać, te bardziej komunikatywne wołają:
- Hej Katarina.
Rozglądam się, sprawdzam stan, sprawdzam czy znam wszystkie imiona. Dzieci w grupie siedemnaścioro, ale wiele jest chorych, albo któreś z rodziców jest w domu więc normalny stan póki co waha się od sześciu do jedenastu.
Pogaduję trochę z opiekunkami, tak pomiędzy wycieraniem nosa  a łapaniem któregoś przewracającego się.
Zaglądam do pokoju z kanapą i dziecięcą kuchnią, do starszych dziewczynek.(Hej, hej – odpowiadają mi nieuważnie a Vilma szybko dodaje – Ale chcemy być same ) I do pokoju z klockami i samochodami – królestwa starszych chłopaków ( Katarina, zobacz jaki samolot zbudowałem – woła Enar. Ludwig i Gustaw warczą swoimi samolotami).
Maluchy działają w głównym pokoju. Jedne bawią się „ciastem” (czerwoną, niezbyt miło pachnącą masą zrobioną z tajemniczych ingrediencji przez Britten), inne coś budują, puszczają samochody, wyrywają sobie zabawki.
Tylko Arvid jak zwykle na sofie, wywraca poduszki, przewraca lampki, wybiera ziemię z kwiatków. Albo biega dookoła z dużym miękkim psem i stawia go maluchom na głowach, na wieżach budowanych z klocków DUPLO. Nie ma co wołać „Nie wolno” „Przestań”. Arvid żyje we własnym świecie, bez komunikacji z innymi. To znaczy – na początku się wydaje, że bez komunikacji, bo nie reaguje nawet na własne imię. Niesłyszący ? Niewiadomo, ale czasem reaguje na nagły dźwięk typu kichnięcie.
Wczoraj rano na mój widok uśmiechnął się od ucha do ucha. Poznał mnie! A potem na podwórku wyciągnął do mnie rączkę, żebym mu pomogła wspiąć się na śnieżno-lodowy stopień. A jeszcze potem, tuż przed lunchem zaczął płakać. Zobaczywszy mnie wziął moją rękę, zaprowadził do szatni i pokazał palcem na swoją półkę.
- To ? – dotknęłam kurtki. Palec nieruchomy, żadnej zmiany w zielonkawych oczach.
- To ? – dotknęłam sweterka. To samo, ale wzrok jakby skierowany wyżej.
- To ? – kocyk, pudełko ze smoczkiem. Coś, nie wiem co podpowiedziało, że trafiłam.
Dopiero wieczorem sobie uświadomiłam, że byłam świadkiem małego cudu. Arvid się skomunikował!
Dziś cudów nie było. Gdy znikałam mu z pola widzenia zaczynał płakać. Obie Evy pojechały na szkolenie, Maria się rozchorowała, więc przysłano zastępstwo,  a on nie lubi obcych.
Spędzam tam 5 godzin 4 dni w tygodniu. Buduję z klocków, ocieram nosy, przytulam gdy beczą bo się uderzyły, albo przypomniały sobie o mamie. Czytam. Zmieniam pieluchy. Pomagam się ubrać i rozebrać. Czas leci jak głupi, a ja...ja wychodzę niezbyt chętnie. Każdego ranka cieszę się, że tam idę.
Podobno są bardzo zadowoleni z mojej obecności – tak powiedział Morten po rozmowie z rektorką. Niestety : nie zostanę tam, bo w całej Szwecji jest nadmiar opiekunek. I będzie tak jeszcze za rok, za pięć i dziesięć lat. Jeśli chcę pracować z maluchami muszę skończyć przynajmniej 3,5 roczne studia żeby stać się „förstskollärare” czyli nauczycielem w przedszkolu. Tu prognozy są całkiem dobre. Ale nim to zrobię muszę zaliczyć szwedzki szkoły podstawowej, gimnazjalnej, oraz angielski. To jest minimum rok nauki. Razem 4,5 do 5 lat nim mogłabym pójść do pracy. Za długo. Ja potrzebuję pracy już.

Minuta

takajedna_ja
Wczoraj zaczęłam pracować z trzylatkami.
Personel, 4 kobiety, dwie w wieku emerytalnym, dwie nieco tylko młodsze, bardziej komunikatywny. Jedna z nich nadaje do mnie na okrągło, w ciągu jednego dnia usiłuje mnie nauczyć wszystkiego, nadaje jak karabin maszynowy, a ja rozumiem  piąte przez dziesiąte.
Dzieciaki normalne. Jedne w pieluchach, inne nie. Jedne gadające normalnie, inne prawie wcale.
Robić jest co, bawić się z nimi jakoś łatwiej, język jest mniej ważny.
Jest coś, co uwiera, ale nie umiem nazwać co. Może zwyczajnie nowe miejsce mnie uwiera ?
Ostatniego dnia, gdy weszłam do sześciolatków Christoffer przybiegł z uściskami. A potem Emma się pokłóciła z Julią i była bardzo smutna i popołudnie spędziła przytulona do mnie. Elina miała smutną minę. Hugo robił "yes, yes" ale nie wiem dlaczego wiedziałam, że to tylko poza.
To się zbieram, Młody właśnie opuścił łazienkę.

Epilog ?

takajedna_ja
Wieczorem w poniedziałek przemyślałam wszystko dokładnie i zrozumiałam dlaczego Julia się tak zachowuje. Ona zdaje się chciałaby przewodzić grupie, ale jej się nie udaje. Jej pomysły nie zawsze cieszą się uznaniem i dziewczynki nie zawsze chcą się bawić jak ona. Nie za bardzo słuchają też drugą rządną włądzy : Emilię. Jak zauważyłam Elina lub mała ciemna Sandra cieszą się większym uznaniem. 
We wtorek porozmawiałam z nauczycielkami, ale w zasadzie nie było to już konieczne, bowiem we wtorek Suzanne już poinformowała mamę Julii. Niemniej powiedziałam jak było, powiedziałam o swoim wnioskach co do przyczyn, użyłam słowa mobbing itd.
Przeprosin nie zażądałam, bo uznałam, że jednak dla mnie samej byłyby one chyba bardziej żenujące niż dla Julii.
Julia omijała mnie wzrokiem, zresztą dzieciaki do obiadu były na podwórku, więc sanki, łyżwy i narty zaprzątały im głowy. Po czym Julia poszła o 13 do domu, a mnie całkowicie zaanektowała Tyra. Malunki, rysunki, zgadywanki np. co je króli a co Kocio, nauka szwedzkiej nazwy mlecza...
A wczoraj, tuż przed wyjściem do domu, gdy pomagałam razem z grupą dziewczynek przygotowywać tacos dla nas na lunch w zaprzyjaźnionej grupie, Suzanne odwołała mnie na bok i powiedziała.
- Mama Julii zadzwoniła i powiedziała, że dziś przyjdzie razem z Julią i kwiatkami żeby cię przeprosić. Powiedziałam , że nie trzeba, ale ona się uparła...
No i przyszły. Z bukietem tulipanów, Julia elegancka i wyraźnie pobudzona.
Zabrałam je do pustej sali. Tam sobie pogadałyśmy.
Powiedziałam Julii, że nie byłam zła tylko bardzo smutna. Bo ona jest mądrą i ładną dziewczynką. Jest też inteligentna i było mi smutno, że właśnie ona się tak zachowuje. Bo przypomina moją córkę, która mieszka w Polsce  i za która tęsknię.
Mama Julii trochę ją usiłowała usprawiedliwiać czemu nie ma się dziwić. Jakby przy mnie naskoczyła na córkę to bym pomyślała, że mama jest kopnięta i nie ma co się dziwić dziecku, że odreagowuje. Nie naskoczyła. Przypomniała Julii co ma powiedzieć.
- Przepraszam.
- I co jeszcze ?
- Więcej nie będę.
Pozwoliła mi się uściskać. I wyraźnie nie wiedziała co ze sobą zrobić.
Kurde no...Też nie wiedziałam co zrobić, bo zmiękłam jak wosk. Ona naprawdę ma coś z mojej Miśki. Tę samą przekorę, tę samą kipiącą energię, nawet błysk w oku gdy psoci...
Nie wierzę w to, że więcej nie będzie. Będzie, będzie. Teraz moja kolej żeby powściągnąć gniew, nie brać osobiście, reagować inaczej.
A w ogóle - chcę prosić o przeniesienie do maluchów od 1 marca.  Bo mi się plany zawodowe nieco skrystalizowały.

Doprowadzona do ostateczności

takajedna_ja
Wymiękam.
Scenka 1.
Szykujemy z Suzanne produkty, żeby dzieciaki mogły zrobić ciastka. Jest tydzień ferii zimowych, nie ma normalnych zajęć.
Za plecami Suzanne Julia i inna dziewczynka z grupy tańczą wokół mnie, robią miny, wydają odgłosu udające wymioty. Wymijam je, odwracam wzrok, ignoruję.
Scenka 2.
Siedzę przy stoliku i zawiązuję supełki na kawałku tkaniny utkanym przez któregoś przedszkolaka na takiej małej ramce. Julia i jej koleżanka przysiadają się. Julia zaczyna coś wykrzykiwać, koleżanka jej wtóruje. Julia wyciąga mi spod ręki nożyczki, żebym nie mogła obcinać nitek.Mówię po szwedzku:
- Jesteś bardzo miła - wstaję i biorę inne.
Julia rzuca je na podłogę i patrzy mi w oczy. Ja również patrzę jej w oczy i mówię po polsku:
- Wstrętny bachor -
- Co ? Co powiedziałaś ?  To po polsku ? - zaczynają się dopytywać obie. Mówię spokojnie:
- Tak. To polsku. To to samo co Julia mówi do mnie, gdy myśli, że nie rozumiem.
Julia rzuca drugimi nożyczkami o podłogę.
Wstaję, mówię spokojnie:
- Podniesiesz to - i wychodzę.
Julia leci z tyłu za mną i zatrzaskuje drzwi - zwalnia blokadę, która sprawia, że bez klucza nie wejdę do tej sali.
Suzanne mówi do mnie :
- Nie pozwalaj żeby widziała, że jesteś zła.
I to ma być jedyna moja obrona przed rozwydrzonym, bezkarnym bachorem.
Dziękuję. Nikt mi nie płaci za psucie nerwów.
Jeszcze nie wiem co zrobię. Rozważam rozmowę z nauczycielkami i żądanie by to one wytłumaczyły smarkuli, lub jeśli one nie potrafią niech zrobią to rodzice. Także - rozmowę z rektorką i zmianę grupy. W ostateczności: rozmowę z Mortenem i rezygnację z praktyki.
Nie jestem pedagogiem i każdy o tym wie. Nie muszę być wyrozumiała, tym bardziej, że panna się wyraźnie rozbestwia. Co zrobi następnym razem ? Uderzy mnie ? Zniszczy moje ubranie ?
Dobrze by pannie zrobiło, gdy musiała przy całej grupie mnie przeprosić, ale Szwedzi zdaje się nie praktykują tego zwyczaju. 

Poniedziałek na dobry początek

takajedna_ja
Rano Hugo mnie zapytał czy nadal czekam na wiosnę. Powiedziałam, że tak. Wciągnął mnie potem w rozmowę o flagach. Przy okazji wytłumaczyłam mu dlaczego czasem go nie rozumiem.
- Ile masz lat ? – zapytałam
- Siedem
- To znaczy, że używasz szwedzkiego minimum sześć lat , tak ?
- Siedem ! Siedem lat mówię – zaprotestował.
- No widzisz. A ja tylko rok...To chyba normalne, że czasem czegoś nie rozumiem, albo nie potrafię powiedzieć ?
Okazuje się, że jak tak tłumaczę – dzieciaki natychmiast zaczynają wykazywać zrozumienie dla mojej kalekiej wymowy.
Serduszka okazały się strzałem w dziesiątkę.
Po pierwszym, zrobionym z czerwonego papieru natychmiast, obległo mnie kółko.
Każda z dziewczyn chciała mieć. Zaproponowałam, że pokażę im jak się je robi – bo opracowałam sobie taką bardzo uproszczoną formę. Dziewczyny pobiegły po papier. Julia bez słowa wyszła i też wróciła z czerwonym papierem po czym stanęła przy naszym stoliku.
- Chcesz takie serce ? – zapytałam. Nic nie odpowiedziała. Znalazła wolne krzesło i zaczęła miąć papier usiłując wymyślić sposób by zrobić to co ja.  Nadal bez słowa. Gdy poszłam po kolejny papier dziewczyny poprosiły, żebyśmy usiadły w hallu na miękkich kanapach wokół dużego stołu ,a ja się zgodziłam. Wróciłam do sali, gdzie przy stole tkwiła już tylko samotna Julia. Nadal milcząca. Nadal zawzięcie mnąca czerwony papier.
- Julia, jak chcesz się z nami bawić to siedzimy na sofach – powiedziałam i wyszłam.
Kurcze. Nie wiedziałam, że to jest takie trudne. Najchętniej podeszłabym, wzięła za rękę, przytuliła, powiedziała : nie dąsaj się, choć, zobacz, będzie fajna zabawa, choć do nas, bo nam ciebie brakuje...
Nie zrobiłam tego, bo uznałam, że jeszcze może być za wcześnie. Moją rękę na zgodę odrzuci, mój gest potraktuje jak kolejną okazje do okazania mi wrogości. Ale serce mi się ściskało, bo ja ją tak naprawdę lubię. Nawet wtedy gdy jest nieznośna. I może dlatego tak mi było przykro za jej zachowanie. Julia zrezygnowała z serca, poszła bawić się lego z Filipem.
Bawiłyśmy się do samego lunchu a komendę „sprzątamy” panny powitały jękiem, że nieeeee.
Gdy dzieciaki sprzątały, weszłam do sali. Pomiędzy normalnym gwarem usłyszałam dźwięki muzyki. Ale nie zwykłe disco. Miałam wrażenie, że to fortepian...Podeszłam bliżej odtwarzacza. Poznałam Chopina. Rozejrzałam się dookoła. Mats, jeden z opiekunów, akurat wszedł do sali.
- Mats, kto ...?- zaczęłam i zobaczyłam jak uśmiecha się szeroko. To on włączył tego Chopina.
- To polska muzyka – powiedział do mnie wyraźnie zadowolony, że sprawił mi niespodziankę.
- Tak, to Chopin. To polska muzyka.
Opowiedziałam mu i Łazienkach i koncertach pod pomnikiem Chopina.
- Umiesz grać na pianinie ?- zapytał mnie (dla Szwedów pianino i fortepian to to samo chyba)
- Nie...Ja tylko potrafię słuchać, ale nie umiem grać i śpiewać.
- Ja się uczyłam dwa lata, ale to trudne - pochwalił się.  Za to teraz gra na gitarze i śpiewa dzieciakom i z dzieciakami piosenki. Nawiasem mówiąc: potrafi na nie huknąć, fuknąć, a one go uwielbiają i jego przybycie witają dzikim wrzaskiem. Mats jest dla nich gwarancją dobrej zabawy, która wcale nie polega na demolowaniu sali. Gdy on ma dyżur czyta im bajki, ale tak, że aktorzy powinni mu zazdrość. Albo rysuje im krzyżówki. Albo gra z nimi szubienicę. Albo zabiera na salę gimnastyczną gdzie robi im różne berki. No i to co one chyba najbardziej lubią to to wspólne z Matsem śpiewanie. Ja też lubię ten niezbyt składny chór ich głosików.
Przy lunchu, nie czekając na nikogo usiadłam przy stoliku Julii. Oraz Olofa, Christoffera i Stiny.
Julia mało nie wbiła nosa w gorącego kartofla jak zobaczyła mnie naprzeciw siebie.
Skończyła, poleciała po dokładkę, skończyła, poleciała do Susanne. Wiedziałam, że poszła zapytać czy może już iść i widziałam ruch głowy Susanne jak wskazywała na mnie. Gdy przechodziłam , zawołała mnie
- Powiedziałam Julii, że ty decydujesz. Potrzymaj ją do 20 po i wtedy niech idzie.
Potem widziałam, ze Susanne mówi to samo do Ann-Luise, a ona kiwa głową i uśmiecha się szeroko.
Julia nie miała wyjścia: musiała zapytać mnie czy można iść, a ja kazałam poczekać aż chłopcy skończą. Chłopcy mieli już tylko wodę do wypicia... Poczekałam aż to zrobią pozwoliłam iść. Przechodząc obok Susanne szepnęłam jej ucha:
- Dziękuję
Tuż po lunchu ja na dziś skończyłam.
Wyszłam lekka jak piórko w rozświergotany świat. Ptaki na wsi hałasują bardziej niż w mieście. Na jabłonce zobaczyłam coś jaskrawego – rudego, albo czerwonego. Nim zdążyłam się przyjrzeć – nadjechał autobus.
Szkołę skończyłam dziś przed piętnastą.
Tak.
Dziś miałam naprawdę dobry dzień.

PS. Co myślicie o pokazaniu dzieciakom Bolka i Lolka ?
Oraz: Macie może jakieś proste schematy origami,  takie które mogą być składane przez dzieciaki? Podzielcie się ze mną, proszę.A może macie jakieś inne pomysły na zajęcie które mogą zainteresować dzieciaki ?

Łapie mnie schiza

takajedna_ja
Tydzień mi obfitował w takie atrakcje, że piątek , po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna powitałam ze szczerą radością.
Jeszcze nigdy, nawet w czasach pracy u Baśki, Głupiej Renatki czy Pryncypała nie chodziłam do pracy z taką niechęcią. Nawet Hrabina nie potrafiła wywołać we mnie tyle zniechęcenia co jedna mała, 6 –letnia dziewczynka.
To  nie jest testowanie. To jest głęboka niechęć , albo wręcz żywiołowa, spontaniczna nienawiść.  Nie mam pojęcia co ją wzbudziło.
We czwartek miałam ochotę się rozpłakać. Naprawdę.
Najpierw w szatni, gdy ubierały się do wyjścia na dwór, moja pupilka szeptała coś na ucho koleżankom i popatrywała na mnie. Dwie panny, dotąd zachowujące się normalnie zaczęły mnie naraz ignorować.
Potem w czasie lunchu, gdy usiadłam z nimi przy stoliku, a było to zwykłe moje miejsce, jedna z panienek zapytała mnie czemu tu ciągle siedzę.
- Bo to moje miejsce
- Nie, to nie jest twoje miejsce, możesz siedzieć przy innym stoliku- odpowiedziała mi Emilia. Elina jej przytakiwała.
Odłożyłam na bok polityczną poprawność. Powiedziałam poważnie, nie usiłując okrasić tego najmniejszym uśmiechem. Miałam gdzieś bycie miłą.
- Ale to nie ty decydujesz gdzie ja siedzę. Tylko ja. I będę siedziała tam gdzie ja chcę.
Panny zamurowało. Widziałam jak się speszyły. Umilkły, skupiły się na jedzeniu.
...Niestety. Pod koniec posiłku podeszła Susanne, czyli opiekunka i powiedziała, że powinnyśmy się zmieniać miejscami przy stołach. I ten triumf w oczach panienek...
Po południu, zostałam sam na sam w szatni z Julią – moją antagonistką. Podeszła do mnie i powiedziała:
- Idź do domu -
Po polsku brzmiałoby to „wynoś się stąd” – ton ten sam.
Pociemniało mi w oczach. Powiedziałam spokojnie :
- Ja tu pracuję i pójdę , jak skończę pracę. Ty o tym nie decydujesz.
Panna w odpowiedzi zamknęła drzwi od sali : chyba chciała mi popyskować i wolała nie mieć świadków. Skorzystałam z tego i ja.
- Powiem ci coś – zaczęłam na co panna wetknęła palce w uszy.
- Nie musisz mnie lubić. – powiedziałam mimo to. – Ale. Ja ciebie też nie muszę lubić.
Odwróciłam się i wróciłam na ławeczkę, dokończyć ubieranie. Nie odezwałam się więcej ani słowem. Julia dokończyła ubieranie, purpurowa na twarzy i wyprysnęła.
Niestety. Zaraz potem na podwórku zobaczyłam dwóch tłukących się chłopaków. Starsi byli, na moje oko 5-6 klasa. Podeszłam, kazałam przestać, szamotali się dalej, każdy tłumaczył swoje. Nawet rozumiałam co, tylko, że kompletnie nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Zawołałam inną nauczycielkę, ale swąd w duszy został. Mój tchórz szeptał : a nie mogłaś udawać , że nie widzisz ?
Na  pocieszenie miałam Emmę, która co chwila przylatywała się przytulić. I Elinę, która po akcji w stołówce chętnie ze mną zagrała kokosowe małpki. Rozegrałyśmy trzy partie, jedną wygrałam uczciwie, drugą Elina wygrała uczciwie, trzecią dałam jej wygrać udając, że nie widzę jej oszukaństwa. Kokosowe małpki są grą lutego, zatem każdą rozgrywkę skrzętnie notujemy na planszy, z zaznaczeniem wygranego. Alva, moja pupilka, moje klasowe słoneczko prosiła o poczytanie, Christoffer ograł mnie w dziecięcą wersję scrabli. Gabriel, z drugiej klasy rozmawiał ze mną o nauce języka a jego koleżanka Thea, siostra Eliny,  przeprowadziła ze mną wywiad.
Julia omijała mnie wielkim łukiem do końca dnia. Ja ją też.
Wieczorem pogadałam z moją Madzią, bo zna szwedzkie realia no i kończy pedagogikę oraz pracuje na zastępstwa, więc jest dla mnie najlepszym doradcą. Madzia zaleciła zdanie relacji nauczycielkom : Susanne oraz Ann-Luise.
W piątek jechałam do pracy jak na ścięcie.
Mam lepszy kontakt z Susanne, ona chętniej ze mną rozmawia, więcej tłumaczy, ale rano jej nie było.  Więc pogadałam z Ann-Luise. Wysłuchała mnie, powiedziała, ze zrobiłam bardzo dobrze, zgodziła się ze mną, że teraz najlepiej żebym ignorowała Julię aż ona sama zacznie mnie o coś prosić. No i przy lunchu oczywiście siądę tam gdzie dotąd.
Gdy przed lunchem zjawiła się Susanne, opowiedziałam jej także. I też przyznała mi rację we wszystkim.
Ta mina Emilii gdy usiadłam przy niej....W duchu parsknęłam śmiechem ale z poważną miną zabrałam się do jedzenia czekając na pytanie, które oczywiście padło.
- Dlaczego znów siedzisz tutaj ?
- Bo lubię siedzieć koło ciebie.
No a potem Emilia rozmawiała ze mną normalnie.
Mój słodki Filipek znów łapał zawiechy. On też siedzi przy tym samym stoliku. A ja bardzo, ale to bardzo lubię patrzeć na jego buźkę, z oczami jak bławatki, kiedy tak zagapia się w chmurę za oknem...Szkoda, że nie lubi przytulanek jak Emma, która wita mnie radosnym „hej” i natychmiast się przytula.
Julia nadal omijała mnie łukiem, ja nawet nie próbowałam zbliżać się do niej. Kilka razy złowiłam jej spojrzenie, ale udałam , że tego nie widzę.
Rano za to widziałam Julii mamę pogrążoną w rozmowie z teściem, który jest jednym z rektorów. Oczywiście mój tchórz szeptał mi, że pewnie prosi teścia o wywalenie mnie, bo jego wnuczka cierpi. A potem jak rektor powiedział coś Ann-Luise i oczywiście resztę sobie dośpiewałam.
Popadam w schizy i zastanawiam się co będzie w poniedziałek. I nie trafiają do mnie madzine argumenty, że tu, w Szwecji kolesiostwo jest nie tolerowane.
Miewam pomysły by poprosić o zmianę grupy na młodsze dzieciaki – tam na pewno jest więcej do roboty, a i dzieciaki młodsze nie robią zapewne takich numerów jak Julia. Na razie, z racji zbliżających się walentynek uczę się robić serduszka z papieru, żeby pokazać dzieciakom. Może się zainteresują i będą chciały same zrobić dla tych które lubią?  

obyś cudze dzieci uczył - czyli 7 plag egipskich

takajedna_ja
AAAAA!!!
Nie chcę być nauczycielem!
 Czy jest w pobliżu SuperNiania albo inny superpedagog ?
Co robić z dziewczynką która mnie ewidentnie testuje ?
Ja mówię: ciii (bo dzieci pracują)
Ona zaczyna wrzeszczeć.
Ja mówię: zdejmij nogi poręczy krzesła (na stołówce, w czasie obiadu). Ona je zakłada jeszcze wyżej.
Ja mówię : nie trzaskaj drzwiami od suszarki.
Ona natychmiast zaczyna otwierać je i zamykać z trzaskiem.
Patrzy mi w oczy, śmieje się.
Nie jestem zła. Tylko bezradna...

I w ogóle.
Nie robię nic wymiernego, konkretnego. W moim odczuciu szwędam się bez celu, usiłując zabić czas.  Żeby z dzieciakami pogadać mam za dużą barierę językową. Zbyt wielu zwrotów nie rozumiem, a one jeszcze na pewno używają skrótów myślowych, idiomów, gwaryzmów. Część z nich ma zapewne wady wymowy, inni mówią bardzo cicho.
W dodatku...Nie wiem jak to nazwać. Nie umiem się bawić naturalnie tak jak inne nauczycielki, nie potrafię włączyć się w zabawę bez ceregieli. No i...wiele z tych zabaw zwyczajnie nudzi mnie śmiertelnie!
I jeszcze coś : jak słyszę It's my life wyśpiewaną przez niejaką Amy Diamond wiem dlaczego nie powinnam otrzymac pozwolenia na broń.
I ten śnieg. Jest go chyba z metr i ciągle przybywa. Mróz odpuścił, temperatura do -6 stopni jest znośna, ale ta biel. Wszędzie. Choć nie da się ukryć na wsi (bo moje przedszkole to właściwie już na wsi) jest ładnie. Ale BIAŁO!!!
Jedyne co dobre to to, że nareszcie mamy stałe łącze. Ta sama firma dostarcza nam także telewizję, niestety by zmaówić to co chciał Marcepanek musiałam zadzwonić do Obsługi Klienta. Czekałam chyba z 15 minut przy telefonie, co minute głos z tasmy mnie informował, że jestem 34 w kolejce...33...32... i tak do skutku.
W końcu odezwał się jakiś facet. Zaczęłam gadać, oczywiście niezbyt składnie, gość cierpliwie czekał, bo go uprzedziłam, że nie mówię zbyt dobrze po szwedzku. Ale jak mnie zaczął pytać co mam i co chcę mieć to się zacukałam, westchnęłam ciężko. I wtedy on powiedział  łaskawie:
- Dobra, możesz mówić po polsku...-po polsku to powiedział! Bez nijakiego akcentu!
No, zabić drania. Na początku podałam co trzeba to od razu wiedział, że Polka...
- Nie mogłeś tak od razu ? - ofuknęłam go.
- Mogłem. Ale po co ? Dobrze ci szło - pocieszył mnie radośnie.
Po czym załatwił co chciałam.
No i co ? Entuzjazmu starczyło do rana.

"- Mamo, ja nie chcę iść do szkoły - marudzi Jaś przy śniadaniu.
- Jasiu, ale przecież w szkole jest fajnie. Masz fajnych kolegów- mówi mama
- Nie, wcale nie. Dzieci  mnie nie lubią, a nauczyciele są wredni
- Ale dostaniesz dobry obiadek- pociesza mama
- Jedzenie jest okropne! A kucharki brzydkie!- Jasiu się wyraźnie rozkręca więc mama sięga po ostateczny argument:
- Ale musisz iść do szkoły! Jesteś tam dyrektorem"
Dobrze, że choć to mnie ominęło. Albo zawsze mnie mogli zastrzelić.


Pierwsze wrażenia

takajedna_ja
Dwadzieścioro dzieci (w porywach do 25) a wszystkie niemal jak z jednego szablonu: jasnowłoskie, jasnookie, jasnolice. Ciekawskie, przytulne, otwarte i gadatliwe, w wieku 6-7 lat.Zwykle gadają wszystkie na raz, jedno przez drugie. Jak już się człek przestawi na wyższe częstotliwości i zaczyna słyszeć ten pojedynczy, skierowany do siebie głosik to okazuje się, że to na nic, bowiem i tak nie rozumie co głosik gada. Głosik nadaje bowiem z prędkością światła, po za tym ma całkiem inny akcent i całkiem inny zasób słów niż dotychczas spotykani Szwedzi. Po kilku próbach na rozmaitych głosikach wreszcie : BINGO! Jest! Rozumiem o co mnie głosik pyta. Odpowiadam.
Z powrotem dostaję oczy jak pięciokoronówki.
- Co ty mówisz ? - pyta głosik. Bo nie rozumie swojego , zdawałoby się, ojczystego języka. Bo akcent inny, inne wymawianie zgłosek, składnia kulawa, o właściwym czasie nie wspominając. Więc się człek reflektuje, porządkuje myśli powtarza raz jeszcze wysilając się jak najbardziej ...I znów pięciokoronówki.
Dzieci nie są obłudne. Nie kiwają głową, że rozumieją, gdy nie rozumieją, nie machają ręką, nie starają się być uprzejme.
Ale się przytulają, wołają do podziwiania tańców, z wdzięcznością przyjmują poprawianie kołnierzy i kapturów w kurtkach, proszą o pomoc.
Ciało nauczycielskie spotkane na przerwie trzyma dystans, który po serdecznym przyjęciu przez dzieciaki mrozi. Moja koleżanka, Susana przedstawiła mnie, usadziła w jednym rzędzie z innymi. Pokiwały się w moją stronę niektóre głowy i tyle. Ani słowa więcej. Poczułam się przezroczysta, ale jakoś nie odczułam tego dotkliwie. Pomyślałam złośliwie, że widać "ciało" w każdym kraju jest taka samo skostniałe i niechętne nowemu...Dopiłam kawę poszłam do dzieciaków.  
Spoko. Wiem, że pierwszy dzień, że mnie nie znają itd. Co mi tam, nie będę się z ciałem spotykać nieustannie a przerwy mogę poświęcać na odrabianie lekcji.
Obiad był przeżyciem traumatycznym. Blady makaron, smażona kiełbasa i wyglądzie mortadeli i utarta marchew, albo biała szatkowana kapusta.  Do tego jako sos zimny keczup albo inny sos.
Od samego patrzenia jak dzieciaki to jedzą zrobiło mi się niedobrze. Zdaje się, że nie tylko nauczyciele pod każdą szerokością geograficzną są niezmienni...Stołówki też.
Nawiasem mówiąc : polskie służby sanitarne padłyby na zawał.Po pierwsze : nikt mnie na nic nie badał, a przecież mam dzieciakom także pomagać w jedzeniu. Na naszą grupkę mamy jeden wychodek, wspólny dla dzieci i personelu. W wychodku między innymi plansza na temat...kupy. Że każdy ją robi, że śmierdzi,że czasem puszcza się bąki, które śmierdzą, i że to śmieszy dzieci,ale nie dorosłych. I inne takie rewelacje co to niby każdy wie, ale niezręcznie o tym mówić. Interesująca lektura.
W czasie jednej z przerw,nawiasem mówiąc - przerwa owocowa tak się to nazywa- dziewczynka podała mi urządzonko bym jej jabłko pokroiła. A chłopiec poprosił o pomoc w obraniu banana. Na zlewie, obok pojemnika ze sztućcami garstka piasku...Stoliki też nie przesadnej czystości.
A dzieciaki żyją, nie specjalnie chorują, na dwór latają bez względu na pogodę...
Skoro one żyja, to ja chyba też będę.
No dobra - fajne są. Żebym tylko nauczyła się z nimi rozmawiać.

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci