Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Gorzka czekolada

Jak z dziecięcej czytanki

takajedna_ja

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić - mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć - mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić - mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

- A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty...No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
- A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie...Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
- No mogłem zajść... A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i...




Sverige, Sverige älskade vän...

takajedna_ja

Szwecjo, Szwecjo, kochana przyjaciółko
tygrysie, który się wstydzi
Ja wiem jak to jest
Gdy powaga staje się żartem
Gdy cisza przeraża
Co się stało?

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz,

Przystrój swą werandę na festyn
dla gości z daleka
w kraju gdzie lagom* jest najważniejsze
Wypijmy za Midsommar
do świeżych ziemniaków i śledzia
jakby czas się zatrzymał

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w krainie bez dźwięku
a szkło wciąż cicho lśni na naszym stole 
tak samo puste jak słowa
Wiadomo, że miłość jest wielka

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz



 

Im dłużej tu mieszkam tym coraz częściej odbieram ten tekst jako ironiczny.
Jakoś Cię ostatnio nie lubię przyjaciółko. Bo choć równość masz na plakatach i sztandarach to jest to równość z podtekstem "asflat ma leżeć na swoim miejscu".

 

*lagom - trudne do przetłumaczenie słowo oznaczające zwrot "w sam raz" nie za dużo, nie za mało, narodowe słówko Szwedów.

Permanentny wk...No, ciągle mnie wszystko denerwuje

takajedna_ja

Nie wiem o co chodzi. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. O pieniądze? No, nie wiem, ale może..?
Chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam, wszystkim mam za złe a najbardziej mam za złe samej sobie, że chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam i wszystkim mam za złe.
Ale tak. Od dwóch miesięcy jestem chora. Co prawda odkąd zaczęłam kijkować to ból sobie poszedł precz, wróciła mi pełna ruchomość i łokcia, i ramienia i szyi. Czasem tylko drętwienie kciuka, palca wskazującego oraz środkowego przypomina mi "usiądź prosto, nie garb sie i nie krzyw pleców". Mimo to chodzę do sjukgymnast zgodnie z zaleceniem lekarza, żeby nie było. Pierwszego czerwca wracam do pracy. Do sprzątania znaczy.
Jednak długo zwolnienie ma to do siebie, że odbija się na finansach nawet w Szwecji.
I tu się zaczyna.
Szwedzki odpowiednik ZUSu, który ma  i płacić od 15 dnia zwolnienia naliczył mi wynagrodzenie 66kr netto za każdy dzień. 66koron to jest jakaś paranoja skoro na godzinę mam mam chyba 80-90kr netto, a mój dzienny czas pracy 1,5godziny. Do tego dochodzą dodatki za pracę w czasie niewygodnym, nadgodziny itd. Skąd to 66koron? Zadzwonili, raz pan, raz pani, tłumaczyli długo i po szwedzku skąd. Ja jestem wzrokowiec, żeby cokolwiek zrozumieć muszę zobaczyć. Zapamiętuję lepiej ze słuchu, ale żeby rozumieć, muszę widzieć. Pani naliczająca wystawiła przelew i poszła na urlop. I naraz się okazało, że naliczyła mi tylko do 19 maja. Czyli do dnia kiedy ze mną rozmawiała. A co dalej? Kiedym się wreszcie dodzwoniła, inna pani powiedziała, że reszta będzie jutro. Dziś zajrzałam na stronę a tam...66kr do wypłaty. Żarty jakieś??? I tak mi teraz będą co dzień po te 66 kr cykać?
A wczoraj dostałam wynagrodzenie, za zwolnienie z firmy. Za pięć dni. 314kr.
Patrzę na kwitek, a tam potrącenie za jakieś wolne w kwietniu. Jakie wolne?! Przecież byłam na zwolnieniu. Napisałam maila do biua. Dostałam odpowiedź, że..nie mają mojego zwolnienia od 23 kwietnia.
Jak to nie maja? jedno było do 22 kwietnia drufie od 23 kwietnia do końca maja. Skoro mają pierwsze, muszą mieć i drugie bo wysyłałam w jednej kopercie. Ale proszę bardzo - mam kopię w komputerze niech sobie spojrzy.
Chyba spojrzała, bo za chwilę mail, że przecież zwolnienie jest tylko na 50%, więc co z resztą?
Piszę jej, że wg lekarza i ZUS owe 50% oznacza, że mogę pracować maksymalnie 4 godziny dziennie, i nie jako sprzątaczka.
Ona do mnie, że skąd miała wiedzieć, że mam jeszcze inną pracę, skoro nic nie mówiłam?
Ja - że przecież na zwolnieniu stoi jak byk, czy ona w ogóle to czytała.
Dziś rano mail - że okej, ona to skoryguje...w przyszłym miesiącu.
Ja znowu, że nie w przyszłym tylko już, bo jak się dostaje 315kr to każda korona się liczy.
Na co ona, że ale przecież ten okres to jest opłacany przez ZUS, więc raczej żadnych pieniędzy nie będzie.
No to ja jej przepisałam jej obliczenia z pominięciem kwoty potrącenia, za rzekome wolne. Nawet podatek jej policzyłam jaki powinna mi potrącić. Wyszło mi, że powinnam dostać ponad 1100kr.
Ona już nie odpisała.
Sto razy pisałam i sto razy kasowałam tekst "Podejrzewam, że przegapiłaś to drugie zwolnienie, a teraz chcesz koniecznie udowodnić, że to ja jestem sama sobie winna. Nieładnie. Jak chcesz kłamac rób to inteligentnie. Nie mów co chwila czego innego. Że nie dostałaś, że nie wiedziałaś, że mi się nie nalezy, bo to wszystko jest łatwo udowodnić. Zrobiłaś błąd, to się przyznaj i przeproś, i nie rób ze mnie idiotki".

ZUS tymczasem ma przerwę na lunch a mailować do niech nie można.
A tymczasem zadzwoniła kobieta z firmy rekrutującej.
22 kwietnia miałam rozmowę w sprawie pracy dla firmy szwedzkiej działającej też w Polsce. Rozmowę, na którą czekałam miesiąc.
Tydzień po rozmowie napisałam do rekruterki maila z pytaniem o rezultat. Cisza.
Odczekałam jakiś czas, zadzwoniłam, ale nie odebrała. Także nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie temu napisałam sms z pytaniem czy coś wie. Oddzwoniła, obiecała, że da znac do wieczora. Ten wieczór okazuje się był dziś rano.
Powitałam ją chłodno i bardzo powściągliwie.
-Pamiętasz mnie?- zapytała
-Owszem - powiedziałam chłodno - pamiętam, ale sądziłam, że to ty o mnie zapomniałaś
-Ależ pamiętam - zapewniła mnie
- No wiesz, nie odpowiedziałaś na mój mail, nie odpowiedziałaś na smsa mimo, że obiecałaś, uznałam, że już o mnie zapomniałaś ( szwedzki jednak nie zna wyrażenia " że masz mnie w du...gdzieś")
Długo i po szwedzku tłumaczyła, że to nie tak.
Jej klient się nie może zdecydować.

EM jest chory coraz bardziej, przynajmniej jeden dzień w tygodniu nie daje rady pracować, ma co prawda zwolnienie z dnia karencji, ale i tak daje to po kieszeni.
Zrobiłam wczoraj opłaty i wyszło, że w tym miesiącu żyjemy na kredyt.
A będzie gorzej, bo eM za tydzień ma operację, a po niej co najmniej miesiąc bezwarunkowego zwolnienia.
Pochorowałam się ze stresu. Dostałam migreny i zgagi. Nie poszłam na kije i przeleżałam cały dzień w łóżku.
Lało i wiało na dodatek, zimno jak nie wiem.

W tej sytuacji, zabrakło mi ludzkiej życzliwości do opornego rodaka, który zadzwonił i po usłyszeniu mojego zwyczajnego
- Katarina, hallo - powiedział
- Bo ja w sprawie deklaracji do skatu

Ani dzień dobry, ani nazywam się...Przerwałam mu. Chyba nieco oschle.
-A może zaczniemy od dzień dobry i tego jak się pan nazywa.
Zdziwił się się. Przedstawił.
Wypytałam w czym ma problem. Powiedział.
- Ale ile to kosztuje?
- Sporządzenie deklaracji rocznej kosztuje 500koron - powiedziałam.
To on się namyśli, bo może kolega...
A to proszę bardzo. Namyślaj się razem z kolegą. Żeby cię tylko to nie kosztowało więcej- pomyślałam wrednie.
Bo czasem bywam wredna. Jak świat jest wredny dla mnie to i ja dla świata. Efekt motyla. Po prostu.

Prywatny kabaret

takajedna_ja

Kilka dni temu, na komputerze, który służy mi do pracy, wyskoczyło okienko z pytaniem:
"Czy poleciłbyś Windows 10 znajomym?"
Aż mnie podrzuciło na krześle.
"Nie - odpisałam natychmiast- Nigdy w życiu!"
Tu się zatrzymałam,  bo taka kategoryczna odpowiedź mnie samą zaskoczyła. Zastanowiłam się o co mi chodzi?  Dlaczego tak negatywnie oceniam ten chwalony przecież system?
Windows 10 nie jest niczym innym jak Windowsem 8.1 - tylko bez tego irytującego panelu bocznego. Przeciętny użytkownik raczej innych zmian nie dostrzeże. A  ósemka była porażką. Siódemka była dosyć dobra, ale po Viście - chyba nawet ósemka wydawałaby się dobra. Ale najlepszy był Windows XP. Tak, na początku miał jakieś poślizgi ale potem był cudowny stabilny system, przyjazny człowiekowi.
To, co obecnie proponują komputery z Windowsem, to jest dziwna mieszanka. Z jednej strony setki aplikacji, jakby komputer miał służyć do obsługi małego centrum lotów kosmicznych co najmniej. Z drugiej strony - komputer wciąż podsuwa nowe propozycje, sam coś aktywuje, instaluje, podpowiada. Jakby użytkownik był ostatnim debilem i nie potrafił sam z siebie wyszukać czegoś interesującego dla siebie. Pół biedy jeżeli używa się komputera do rozrywki. Gorzej, gdy się chce na nim pracować. Komputer nieustająco czegoś chce, a to bardzo przeszkadza w pracy.
Brawo Microsoft. Jeszcze jedna tak genialna modernizacja systemu i ich klientami zostaną sami idioci, bo każdy kto chce użyć komputera do czegoś innego niż do oglądania facebooka przejdzie do Apple.
Tak mniej więcej napisałam. I wysłałam pełna satysfakcji.


Chwilę potem wyskoczyło okienko: Dziękujemy za odpowiedź. Użyjemy jej by poprawić nasz system tak, abyś był bardziej zadowolony.

AAAAAAAA!!!! NIE!!! Proszę! Nie chcę być zadowolona bardziej! Chcę być wręcz nieszczęśliwa! Proszę! Nic już nie ulepszajcie!

Ale okienko znikło i już nie dało się odszukać.

Matko boska! Każą mi instalować Win11?! Czy ten będzie już tak intuicyjny (co to do cholery oznacza? Moja intuicja jest chyba niekompatybilna z intuicją tych z Microsoftu) że nawet pisać i czytać do jego obsługi nie będzie trzeba? Wystarczy znać pismo obrazkowe?
A nie, przepraszam. Teraz już można być analfabetą, bo obrazki zastępują wszystko.
Czy ktoś oglądał film Idiokracja?
Czy to jest nasza przyszłość?


Feministycznie - niesprawiedliwość dziejowa.

takajedna_ja

Ostatnio przebywam dość często w rozmaitych przybytkach lecznictwa i dokonałam pewnego spostrzeżenia.
Otóż.
Chory mężczyzna zawsze! ma przy sobie jakąś kobietę, nawet jeśli nie przy łóżku szpitalnym, to w poczekalni.
Chora kobieta jest zazwyczaj sama.
(Oczywiście wykluczam tu sytuacje, gdy osoba chora ma jakiegoś osobistego asystenta z racji wieku czy też niepełnosprawności.)
Obserwacje czyniłam i w Polsce i Szwecji. Tak, w Szwecji, gdzie zrównanie kobiet i mężczyzn jest tak oczywiste jak wschody i zachody słońca.
Nie macie wrażenia, że w ogóle w naszej kulturze jest tak, że mężczyznę zawsze wspiera jakaś kobieta, ale za kobietą to już rzadko kiedy stoi jakiś mężczyzna?
Daleko nie szukając - popatrzmy na polską scenę polityczną.
Prezydent w kampanii, a i teraz też,  bardzo często ma przy sobie żonę. A premier, która jest kobietą, jakoś nie jest specjalnie wspierana przez jakiekolwiek mężczyznę.(Heh, inna rzecz, że nawet panowie, którzy tę panią na stołku posadzili, wsparcia jej nie udzielają). Tak samo było za czasów poprzedniego rządu.
Panią Tusk znali wszyscy. Ktoś zna pana Kopacz?
To jak to jest? Kobieta ma swojego mężczyznę wspierać, gdy on walczy o zdrowie/o pozycję/o zbawienie świata, ale w odwrotnym kierunku to już nie działa? Bo co? Bo to jest okej być żoną swojego męża, ale mężem swojej żony to już nie?
Ciekawa jestem ile z was, dziewczyn odwiedzających mój blog, w trudnej chwili miało przy sobie swojego partnera, tak naturalnie, bez proszenia i negocjacji, bez napomykań i pytających sugestii? A ile z was tak samo, niemal odruchowo stawia się u boku swojego partnera, gdy to on ma trudną sytuację? Powiecie mi, że przecież panowie uczestniczą w porodach? Tak? A popytajcie znajomych, ile z nich praktycznie tę obecność na partnerach wymogła odwołując się do ich chęci spotkania potomstwa już w pierwszej chwili, do kontroli czy aby żadna położna potomka na podłogę nie upuściła? Jak wiele z was/nas odwołało się do zwykłego wsparcia?
Nic dziwnego, że zdanie "śpij, ja pobujam" wydaje się być wyznaniem miłości piękniejszym i o wiele bardziej romantycznym niż to z "Pretty Woman".
Tylko...czy jeśli mężowi w środku nocy przypomni się, że być może zostawił w aucie włączone radio to deklaracja żony "śpij, ja sprawdzę" wywoła taką samą reakcję?
Zajrzyjcie do poczekalni u ginekologa i urologa i policzcie nie-pacjentów.

Naszła mnie taka refleksja, bo sama jestem nieustannie w takiej sytuacji. Mój mąż nie czuje się nawet w obowiązku napomknąć, że na badanie ze mną nie pójdzie. Bo to jest OCZYWISTE, że nie pójdzie. Bo po co? Tłumacza nie potrzebuję, szpital w odległości 10minut spacerem, to po co? A wiecie co jest jeszcze gorsze? Że ja tego też już nie oczekuję. JUŻ nie. Że wolę sama. Że jak już coś, to potrzebuję męża tylko jako wsparcia logistycznego - zawieź, odwieź, podnieś, przynieś. Wsparcia psychologicznego dostarczam sobie sama lub dostaję od przyjaciółek.
Naturalna rzeczywistość czy smutny nawyk?

Szerszenie

takajedna_ja

gryzą.
Złe myśli też.
I złe słowa.

Co z tego, że nie celowo, że nie po to zranić, że to tylko bezmyślność?
Myśl. Jesteś człowiekiem. Jesteś dorosły. Myśl.

 

 



Tam i z powrotem

takajedna_ja

Dojechałam do domu w piątek, wczesnym popołudniem.
Pies się popłakał z radości.
Potem tak: zjadłam. Zasnęłam. Zjadłam. Wyprałam ciuchy ( kiedyś polskie proszki nie miały zapachu, teraz mają go w nadmiarze). Znowu poszłam spać.
Wczoraj posprzątałam. Podlałam kwiatki. Spotkałam się z nowym klientem. Zrobiłam mu styczeń.
A dziś wieczorem znowu jadę do Polski.
Tym razem już wiem na pewno po co.

Uczucia?
Spokój. Zgoda. I nie wiem co jeszcze, bo się pochowały. Tylko głowa boli codziennie.
I lewy bark, od wypadniętego dysku. Całe lewe ramię od szyi po palce. 

Ostatnia naiwna czyli fałszywy jak...Szwed(?)

takajedna_ja

Siedzą we mnie niewypowiedziane emocje. Złość? Nie, może trochę. Bardziej zawód . I zaskoczenie. Że naprawdę są TACY ludzie? Ludzie, którzy patrzą ci w oczy, uśmiechają się do ciebie, są mili, przyjacielscy, naprawdę zdający się być godni zaufania, ludzie, którzy w końcu okazują się ...Nie wiem kim. Nie wiem jacy. Fałszywi? Cyniczni? Wyrachowani?
Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z czymś takim.
...
Kiedy w lipcu, przed wyjazdem na urlop zapytałam szefa czy mam wrócić "tutaj" czyli do Akwarium do pracy odpowiedział, że tak,  oczywiście.
Wróciłam.
Roboty nie było, co uczciwie zameldowałam szefowi.
Powiedział, że to nic, żebym zajęła się przygotowaniami do własnego startu.  
Karnie, dzień po dniu przychodziłam na godzinę 8:30 lub 9. Zostawałam do 13. Ponieważ nie było co robić, pomyłam okna, posprzątałam, parzyłam kawę, starałam się być jakoś tam użyteczna, no bo to głupio siedzieć w pracy i tak bez skrupułów, oficjalnie robić nic.
W między czasie trwały między nami rozmowy na temat mojej firmy.
Najpierw o miejscu. Przed moim wyjazdem stanęło, że wezmę pokój, w którym aktualnie pracuję. Trochę się martwiłam, bo cenę usłyszałam 3 tys, a to nie mało. Wspomniałam, że wolałabym coś mniejszego, któryś z tych pokoi bocznych, małych, może 10metrowych.
- No ale wiesz, będzie ci potrzeba dużo miejsca, będziesz miała masę dokumentów -odpowiedział mi. Zgodziłam się, mówiąc:
-Okej, jakoś dam radę, pracujemy razem od pół roku, już widzę, że da się z tobą dogadać, mnie też już chyba zdążyłeś poznać, wiesz jak pracuję, wiesz, że nie robię problemów, będzie dobrze.
Przytaknął mi. Za jakiś czas przyszedł do mnie:
- Zobacz, tu jest lista, to są firmy, które będą twoje.  Ta X jest dobra, facet inwestuje, będzie się działo, będzie dużo pracy, ta Y trochę gorsza - facet nie chce płacić, ale powiesz mu, że ma ci płacić z góry...No i ta, Stefana, to już wiesz, bo robiłaś. W tych  pozostałych nic na razie się nie dzieje, ale zaraz się rozkręcą.
Potem rozmowy o podziale kosztów. Internet, telefon? Nie myślał o tym. Pomyśli. Meble...A właśnie.
- Słuchaj, tak pomyślałem, ten pokój będzie dla ciebie rzeczywiście za duży. Będzie ci trudno na początku go utrzymać. Może jednak weźmiesz ten mały, wiesz ten obok Milana.
Ucieszyłam się. Jasne, pewnie, że tak...
- Bo wiesz...koszty to nie tylko pokój. Dojdzie jeszcze elektryczność no i koszty sprzątania. Wiesz tu jest masa metrów, chcę zatrudnić firmę sprzątającą.
- Ale po co ci firma sprzątająca? Jest nas tutaj 4 osoby.  Nie ma komu brudzić, sprzątanie tutaj to najwyżej 2 godziny w tygodniu. Przecież to robię, to wiem.  Mogę to robić. Rozliczymy to w czynszu. Wiesz, że nie mam pieniędzy, a póki nie zdobędę klientów to każdy grosz ma dla mnie znaczenie.
 - Nie pomyślałem o tym, ale brzmi dobrze.
I tak sobie budowaliśmy wspólny biznes. Wyglądało dobrze. Wyglądałoby, gdyby nie to, że co kilka dni L. miał nową ideę.
- Wiesz, ten mały pokój, to jednak nie,  tu taki gość chce mieć biuro, on rzadko tu będzie, nie potrzebuje dużo miejsca, ale musi mieć gdzie trzymać swoje dokumenty.  A ten duży to jednak naprawdę będzie lepszy, bo ...coś tam..tam...
Okej może być duży.
Za kilka dni, gdy zbliżał się termin składania deklaracji poszłam z listą firm, które mi dał, ustalić komu jaką deklarację.
- Firma X? Nie, nie, to przecież moja była żona będzie robiła. Ja ci to napisałem? Pomyliłem się, ona już z nimi rozmawiała, wiesz, to przecież nie będę im co chwila zmieniał.
Zgrzytnęło. To miała być ta dobra, obrotna firma. Szkoda, kurde, no ale skoro ona już z nimi gadała...
Za jakiś czas wrócił temat pokoju:
- Nie, jednak ten mały, ale nie ten, ten co teraz ma go Milan. On ma swoje plany i chyba się wyniesie, wzięłabyś ten?  On jest większy, będzie ci lepiej. Bo te dwa obok mnie to ja połączę z moim.  
- Nie ma problemu, jak będę miała to sprzątanie, to mogę nawet i ten największy wziąć.
- Sprzątanie, a nie, nie. Zapomniałem, że już wcześniej moja była żona mówiła, że ona mogłaby tu sprzątać. Już dawno to było, to zapomniałem...A ten duzy to bierze taki gość, co firmę transportową rozkręca.
Już nie zazgrzytało. Już się pojawiło uczucie, że coś jest nie tak, że kręci, że jest nie w porządku. Że okej, raz zapomniał o tym tamtej obiecał firmę, ale teraz znowu "przypomina się" o sprzątaniu?
Kiedy po kilku dniach znowu wrócił do tematu pokoju już się nie ekscytowałam. Zaczęłam się irytować. Bo znowu - ten też nie, bo coś tam, jednak ten duży, będziesz go dzieliła z kimś innym może, ale dla ciebie dobre, bo taniej, no i nie będziesz ciągle sama.
A po jeszcze kilku dniach.
W sumie to wiesz, pod nami to całe piętro jest wolne, jak byś chciała to możesz wybierać któryś z tych na dole. Tam jest masa miejsca. I wiesz, tu przyjdą inne firmy, to będziesz miała kontakty z innymi, to nawet lepiej dla ciebie.
Myśl "chce się mnie pozbyć?". Dlaczego mi zwyczajnie nie wymówił? Ale było dobrze, mówił, że nie ma zastrzeżeń, cały czas go pytałam i zawsze mówił, że jest dobrze. Czemu teraz zmienił front? O co mu chodzi?
Zniecierpliwiłam się. Powiedziałam:
- Wiesz, ja się zastanawiam, że chyba jednak póki mam tak mało klientów, to będę pracowała z domu. Muszę myśleć o kosztach
-Tak, tak, masz rację .
Sierpień zbliżał się do końca. Zbliżał się termin wypłaty za lipiec ( w Szwecji zwyczajowo wypłata jest 25 dni po zakończonym miesiącu. Czyli za lipiec -25 sierpnia). Zaniosłam mu raport z ilością godzin.
60 godzin pracy. 50 urlopu.
A kuku!
- Ale za urlop to ci się nie należy wynagrodzenie. Przecież nie przepracowałaś u mnie roku.
...?!...Odebrało mi mowę. Poczułam się ogłuszona, bo naraz okazało się, że dostanę połowę wypłaty.
Tak, wiem, że nie minął rok, ale wiem, że mimo to, gdyby chciał to mógłby mi zapłacić i ująć to w kosztach. Tu prawo nie jest tak restrykcyjnie przestrzegane, a świadczenia dla pracowników są zawsze kosztem.
Potem jeszcze, że może jednak zapłaci mi gotówką, za te 60 godzin. Czyli na czarno. Dla mnie to 30 procent więcej, bo brutto, policzyłam sobie. Stracę tylko 1/4, a nie połowę tego co sądziłam, a to ważne teraz, gdy utrzymuję matkę i płacę jej rachunki oraz opiekunkę.  Zgodziłam się. Poczułam co to znaczy mieć "nóż na gardle" . To, że L. wie dokładnie o mojej sytuacji, nie miało znaczenia, no bo co go mogą obchodzić moje problemy?
Następnego dnia zaniosłam listę godzin za sierpień, bo też się kończy.
I znowu a kuku!
- Ale przecież nie pracowałaś  cały miesiąc. Zapłacę ci tylko za te godziny, kiedy pracowałaś dla mnie. Bo przecież większość czasu zajmowałaś się swoimi sprawami.  
Znowu mnie ogłuszył. Zaniemówiłam.Zrobiło mi się ciemno w oczach.
Bo nie było o tym mowy. To po co szarpałam się z psem rano, laciałam ze sprzątania z jęzorem na brodzi, żeby szybko wyprowadzić psa, i być na czas w pracy? Po co siedziałam dzień w dzień w nagrzanym pokoju, zamiast iść z psem na plażę? Byłam do dyspozycji! Słowem nie wspomniał, że nie będzie mi płacił, że nie muszę przychodzić. Że zadzwoni jak będę potrzebna.
Zdołałam tylko pokiwać głową i wykrztusić, że w takim razie już dziś zabiorę moje rzeczy i powiem Hej då.
Drżącymi rękami poskładałam co mogłam do reklamówek i pudełek. Było mi przykro. Poprosiłam o rozmowę.
- Czy zrobiłam coś źle? - zapytałam.
Zdziwił się.
- Mam wrażenie, że jesteś niezadowolony z mojej pracy. Ze mnie.
- Ale dlaczego?
- No właśnie nie wiem dlaczego, po prostu mam takie uczucie.  
- Nie, nie, nie. Wszystko jest dobrze. Jestem bardzo zadowolony, ale wiesz. Ciężko jest. Ciężko o robotę, mało pieniędzy, ale nie wszystko jest w najlepszym porządku, przecież będziemy współpracować. Te firmy ci daję. Zgraj sobie księgowość. Stefana też. Stefan to dobra firma. Weź też jego papiery od razu...Albo wiesz co? Zadzwoń do niego. Powiedz, że ja powiedziałem, że oddałem go tobie...A jutro nie przyjdziesz? Masz urodziny to chyba zjemy jakiś tort, co?
Tak. Miałam urodziny. Okrągłe, pięćdziesiąte. Tu, w Szwecji bardzo uroczyście świętowane. eM dostał od firmy dodatkowy dzień urlopu i wypasiony prezent. Na prezent nie liczyłam, ale skoro czekają, wiedzą...
Przyszłam z tym tortem, ostatnia naiwna. Dostałam życzenia i szoku. Jak mówili w jakimś kabarecie. Nie dostałam nawet kwiatka. A jedynie i dosłownie "uścisk dłoni prezesa".
Epilog
Kilka dni potem zadzwoniłam do owego Stefana.
Odpowiedział, że dla niego okej, ale jeszcze z L. musi pogadać, żeby się upewnić i żebym zadzwoniła w następnym tygodniu to ustalimy resztę.
Zadzwoniłam.
- Tak, rozmawiałem z Lennarta. On powiedział, że jego była żona będzie nadal to robić, tak jak poprzednie lata.
Czyli została z dwoma klientami Polakami, których sama zdobyłam.

Komentarz chyba nie jest potrzebny?
 Ale gdyby jednak, to jako komentarz dodam jeszcze jedno.
Z ciekawości poszukałam pokoi biurowych w mieście, w innym niż tamten budnku.
I okazało się, że za pokój o powierzchni około 20m kwadratowych czyli podobny jak Akwarium zapłacę około 1500koron.



k!@#a jego w dupę kopana kleszczowa mać!

takajedna_ja

Jakaś kleszczowa, zawirusowana menda napluła mi w dziecko. Misia ma kleszczowe zapalenie opon mózgowych od ponad tygodnia.
Jakby ktoś chciał pośmiać, to może pomyśleć, że to trzeba mieć pecha, żeby móc legalnie się naćpać morfiny i nawet nie mieć z tego odlotu.
Ale po co odlot mojej córce jak ona i tak, jakby na karuzeli siedziała.
Dziś zabraliśmy dziecko do domu bo, poza lekami przeciwbólowymi, obniżającymi gorączkę i jakimiś przeciw zawrotom głowy, nie ma innej medycyny. Czekać. I modlić się, żeby nie było powikłań.

Rollercaster - ostatni zjazd

takajedna_ja

Czyli epilog do wpisu Rollercaster

 

Człowiek uzależniony od alkoholu zawsze znajdzie powód i towarzystwo do picia. W przypadku mojej matki była to kuzynka. Było to o tyle gorsze, że kuzynka mieszkała po drugiej stronie podwórka.
Nie zawsze piły razem, ale gdy już...Wtedy były najgorsze jazdy: wyzwiska, groźby, plucie najgorszą nienawiścią.
Oooo...Pamiętam, do końca życia będę miała w głowie te teksty:
- Ciociuś, ale co się Kaśką przejmujesz, na łasce u ciebie siedzi, nie zasługuje na taką matkę, gdybym ja taką miała, co ma gówniara do gadania, za swoje pijesz, ciężko pracujesz to wolno ci odpocząć...
I tak dalej, i tak dalej.
Ciociuś był na zawołanie.
Pożyczyć pieniędzy, uciec przed pijanym mężem, zaopiekować się dzieckiem, wesprzeć. Bo przecież rodzina, najbliższa rodzina, siostrzenica, od jedynej siostry.
Wreszcie wyjechała. Znalazła sobie swoje szczęście gdzie indziej, z kim innym piła i z kim innym pić przestała, gdy zdrowie już pić nie pozwoliło.
Po jakimś czasie zaczęła przyjeżdżać. Gdy życie w jej osobistym piekiełku stawało się nie do zniesienia, pod pretekstem badań, wizyt u lekarzy, zjeżdżała do Miasteczka i zakotwiczała u matki na długie tygodnie, które przechodziły w miesiące. Nie dokładała się do opłat, ani do jedzenia, w ramach podziękowań znosząc chińskie badziewie ze sklepu "wszystko za 5 złotych".
Jakiś czas potem pojawiła się druga siostrzenica.
Ta na odmianę nigdy nie piła przeciwnie niż jej mąż, świadek Jehowy, który uwielbiał. Tylko u siebie, w małej dziurze na Mazurach, nie mógł sobie pozwolić jako praktykujący Jehowita. Więc co kilka tygodni był wyjazd do cioci. Ciocia wódkę postawiła, żarcia nagotowała, zaopiekowała się i jeszcze kasę na drogę powrotną "pożyczyła".
Zdanie córki było nieważne. Nie liczyła się w ogóle, bo nie ma nic do gadania głupia gówniara co myśli, że wszystkie rozumy zjadła, a nie wie, że rodzina to się powinna trzymać razem.
I tak się trzymała. Do teraz.
Kiedy windykatorzy różnej maści zaczęli nachodzić matkę zabierając ile tylko się dało z emerytury (pozdrawiam wszystkich wierzących w tanie kredyty), nie było już pieniędzy na goszczenie ukochanych siostrzenic. I skończyły się przewlekłe wizyty.

Kiedy jasnym się stało, że mój osobisty rollercaster zmierza ku ostatniemu zjazdowi, pojawiła się konieczność zapewnienia matce opieki. Najlepiej całodobowej. Być może na okres niedługi, póki matka po operacji nie dojdzie do sprawności na tyle by samodzielnie pójść do toalety czy zrobić sobie kanapkę a nim postęp choroby przykuje ją na powrót na łóżka.
Oczywiście są opiekunki z MOPSu. Ale uchawałą Rady Miasta koszt ich pracy obciąża mnie. Jak nie podpiszę zobowiązania, że pokryję koszty, to opiekunka do matki nie przyjdzie. Zamiast tego matka może trafić do zakładu opieki lub hospicjum.
Zakład opieki? Hospicjum? Matka, która odmówiła leczenia, bo nie chce mieć więcej do czynienia ze szpitalami?
Koszt opiekunki? Nieśmiało zapytałam sąsiadkę.
Sąsiadka Gośka, wykwalifikowana, bezrobotna pielęgniarka, kolejna koleżanka od kieliszka, która pomieszkiwała u matki, kąpała się, prała, gotowała, bo w jej mieszkaniu przez jakiś czas odłączono media. Gośka zażyczyła sobie 1 tysiąc złotych, za to że przyjdzie popołudniami (rano zajmie się nią opiekunka z MOPSu przecież, stwierdziła), podzieli się ugotowanym obiadem, pomoże w wieczornej toalecie, dopilnuje lekarstw.
Gdy przeliczyłam koszt opiekunki z MOPSu + koszt Gośki na korony to wychodzi połowa mojej miesięcznej pensji! Miesięcznej, przy optymistycznym założeniu, że będę nadal miała pracę w biurze, bo jak ją stracę, to płaca ze sprzątania nie pokryje całości. A co z opłatami? Z lekami? Środkami higienicznymi? Powiedzmy, że na jedzenie wystarczyłaby ta resztka z emerytury. A reszta?
Zdesperowana zadzwoniłam do kuzynki pierwszej.
Zreferowałam sprawę. Nie chcę za darmo, wiem, że im się też nie przelewa. Wiem też, że to ogromny ciężar i powinien kosztować, ale nie mam więcej.  Zapłacę ten tysiąc, który miałam dać Gośce. Przynajmniej będę spokojna, że nikt nie przepije matce pieniędzy i nie zostawi na czas picia matki bez pomocy.
- Ale ja po operacji jestem - usłyszałam od Alki - Może Ewa?
- Nie mogę, dopiero z Niemiec wróciłam, jesienią znowu jadę, to nie mogę. Może Ala? - usłyszałam od Ewki. - Po operacji? Alka? Przecież ona miała operację pół roku temu!

Pożegnałam się przerywając kuzynce w pół słowa.
Pieniądze z banku wybierze Pani Prezes Wspólnoty.
Dziewczyny z MOPSu obiecały stanąć na głowie i znaleźć kumatą opiekunkę już od poniedziałku. Na godzinę rano i godzinę wieczorem.  Jedna z pań z MOPSu zostawiła mi swój prywatny numer telefonu. Na wszelki wypadek.
Te kilka dni zajmuje się mamą Gośka, której zapłacę według stawki jaką podała.
Obiady zamówię w kateringu.
A kiedy już nie będzie innego wyjścia...Trudno. Będzie musiało być hospicjum.

A potem...
Potem będę wolna.
 
 



Kocio

takajedna_ja

Nie, na to się nie decydowałam, biorąc psiaka.
Miałam patrzeć jak Kocio ustawia szczeniaka w stadzie, jak dobitnie daje do zrozumienia, że moje łóżko to wyłącznie jego teren, jak z wysokości pralki albo ławy Kocio edukuje psicę w kwestiach hierarchii społecznej...
Nic z tego.
Po dziesięciu dniach obraz Kocia zmalał. Zostało mi w zasadzie pół kota.
Od razu pobiegłam do pobliskiej kliniki.
Gdzie zostawiono mnie z niczym, bowiem przyznałam się, iż urlop zdrenował mi portfel, a do wypłaty jeszcze dwa dni. Łaskawie ustalono termin wizyty na za dwa dni.
To niewiarygodne! W Szwecji?! Gdzie ludzie sobie ufają, gdzie kupując coś prze internet pierwszy raz od razu możesz wybrać rodzaj płatności "faktura" czyli zapłata po 30 dniach od otrzymania towaru?! Gdzie zwierzęta są członkami rodzin i traktowane są z całym szacunkiem?! Naprawdę ktoś odmówił pomocy ewidentnie cierpiącemu kotu? W dodatku, w klinice gdzie już jesteśmy zarejestrowani!
Nie wiem co mnie bardziej porusza.
Widoczne cierpienie Kocia czy znieczulica młodej Sofie?
Nie było Katariny. Katarina, wierzę w to święcie, Katarina machnęłaby ręką. I zbadałaby Kocia tak szybko i tak dokładnie jak tylko się da. Dałaby mu kroplówkę. I może coś na uspokojenie i uśmierzenie bólu. Katarina jest doktorem starej daty, ale takim, że mogłabym sobie nawet ogon wyhodować by w razie czego zostać jej pacjentem.
Jest mi smutno.
To nie tak miało być.
I strasznie się boję, że Kocio odejdzie. A ja nie jestem na to gotowa. Jeszcze nie. Nie teraz. Proszę.



Za dużo...

takajedna_ja

Kupiłam sobie witaminy dla wegetarian, łykam i jakoś mnie fizycznie wzmocniło.
Ale psyche mi siada.
Za dużo tego wszystkiego.

Jakieś dwa czy trzy tygodnie przeżyłam bez słodyczy. I bez pojadania. Nie żeby jakaś dieta. Po prostu samo tak...
Zimą, w którymś momencie miałam tak, że paski musiałam zapinać na dalsze dziurki. Spadło jakieś 2,3 kilo. A potem włączyło się ssanie. Nim się zreflektowałam, już nie tylko wróciłam do starej dziurki ale też przeskoczyłam o jedną w przód.

Więc mozolnie, dzień po dniu zmaganie się z łaknieniem na słodycze, odwracanie uwagi, by wreszcie po tygodniu przestać czuć to ustawiczne ssanie. Spodnie znów zaczęły być luźniejsze.
Aż tu bach!
Najpierw mama w stanie poważnym trafiła do szpitala. Ból głowy, splątanie, brak kontaktu, w zasadzie bez siły na samodzielne poruszanie się.
Tomograf wykazał guz, który lekarz opisał jako przerzutowy.
Po serii badań, pierwotnego źródła nie znaleziono. Teraz czekamy na konsultację z neurologiem i prawdopodobnie operację.
Dzięki lekom przeciw obrzękowym stan mamy poprawił się diametralnie.

Potem szef chodził kwaśny, co u niego niezwykłe.
Wreszcie wyszło szydło z worka.
Bo on miał inne wyobrażenia. To miało inaczej wyglądać. I czy możemy przedłużyć umowę o jeszcze miesiąc. Bo on musi sobie przemyśleć, poukładać, zastanowić się. A może bym wystartowała z własną firmą? On by mi pomógł...
Chyba nie miałabym nic przeciwko temu zwłaszcza, że zachowałabym tych klientów, których teraz robię.

No i eM nadal chory. Remicade nie działa, dwa tygodnie temu znów wylądował w szpitalu. Dostał nowy lek Entyvio. Dwa tygodnie po pierwszej miała być druga dawka. Niestety w niedzielę eM zwinięty w kłębek na dywanie kaszlał tak, że się bałam, że się udusi. W poniedziałek z rana zadzwoniłam do naszych dziewczyn z IBD. Kazały mu przyjść i się nim zajęły. Porobiły badania, rentgen płuc. Nie jest źle. To TYLKO zapalenie oskrzeli. Bałam się, że powtórka z zeszłorocznej rozrywki czyli zapalenie płuc.

Bo któregoś dnia Zuzia przyszła lekko zakatarzona.
Dwa dni później rozłożyłam się ja. A ledwie wydobrzałam dopadło eMa.
Już wiem, że teraz niestety musimy Zuzię trzymać z daleka gdy ma choćby cień infekcji.

To, że zarysowałam sąsiadowi samochód to już naprawdę małe piwo.

Wczoraj zaniosłam dwóch klientów do zrobienia bilansu.
Miałam problem z zaśnięciem. Dziś ból głowy. Rozdrażnienie. I nieodparte ssanie.

Wreszcie dotarło do mnie.
Boję się.

Niby mi głowy nikt nie urwie, prawda? Ale to nie jest przyjemna sytuacja gdy szef mówi z wyrzutem "ale tam było dużo do poprawienia". Przecież mu mówiłam, że nie mam dostatecznej znajomości przepisów szwedzkich żeby robić wszystko całkiem sama. A zapytać nie mam kogo. W internecie mogę znaleźć tylko odpowiedzi na pytania proste. Pomna obietnic wyskoczyłam z propozycją zakupu kursu...I temat umarł.

Więc owszem. On być może inaczej to sobie wyobrażał, ale obiecywał pomoc, konsultacje, kursy. A z drugiej strony - dostałam szansę, kiedy nikt inny mi jej dać nie chciał. Więc z jednej strony wdzięczność. A z drugiej -rozczarowanie.
Więc się stresuję.
I czuję jak ten stres mnie zalewa. Obezwładnia. Odbiera chęć do wszystkiego. Przytłacza.

A presja jest ogromna. Bo muszę pracować. eM ostatnio pracuje w trybie 50/50 czyli połowa miesiąca w pracy, połowa na zwolnieniu. To daje po kieszeni. A w perspektywie mam być może finansowanie leczenia matki, bo leki kosztują. Że nie wspomnę o innych kłopotach związanych z matką.
I musiałam zmienić plany urlopowe. Znów prawie dwa tygodnie urlopu spędzę sposób jakiego nigdy dobrowolnie bym nie wybrała. W mieście, pałętając się w ciasnym mieszkaniu, lub tułając u koleżanek, bez oddechu dla samej siebie, bez celebrowania wolnego tak jak lubię, po mojemu.
Żeby oszczędzić na biletach przesunęłam urlop, żeby jechać z eM. Chciałam zabukować bilet powrotny mniej więcej po 6-7 dniach. I usłyszałam, że myślę tylko o sobie.
Nawet mi się dyskutować nie chce. Ale przykro.

I tak to.

Więc jedyne czego się uczepiłam, żeby całkiem nie stracić chęci do życia to pies, psica. Zaklepana, czeka w Polsce, dostała przezwisko Szwedka. Za dwa tygodnie się spotkamy...

Zdjecie z dziecinstwa

takajedna_ja

 Pierwsza ja, za mna Baska, za nia kuzynka Ania. Na pogrzebie babci-prabaci Katarzyny. Sierpien 1974. Mialam wtedy 9 lat.Basia_i_Kasia

Nawrót

takajedna_ja

"Ktoś za mną chodzi, codziennie śledzi mnie
we własnym domu już nieswojo czuję się.
Dobrze wiem, ktoś patrzy na mnie jak fanatyk z cienia drzew
i sprawia, że osiada we mnie lęk i z mocą nałogu ssie"*

Czarny wir wciąga mnie każdej nocy, miota mną po łóżku, rzuca o ściany, sprawia, że choć oczy się same zamykają to zasnąć jest nie sposób, a choć spać nie można  to ani czytać ani nic innego robić też się nie da.
Pani doktor rodem z Pakistaniu mówiła tak, że prawie jej nie rozumiałam. Problem z obcojęzycznymi*czyli nie szwedzkojęzycznymi) lekarzami jest taki, że umieją zdać pytanie tylko w jeden sposób. Jeśli nie rozumiesz, powtórzą to samo tylko głośniej.
Jednak najważniejsze, że ona mnie zrozumiała.
Rozśmieszyła mnie.
Zapytała
- Ile wypijasz alkoholu w ciągu tygodnia.
Nie zrozumiałam, powtórzyła. Dotarło o co pyta.
- Nie dużo...
- Ile? - naciskała.
- Wciągu tygodnia? - upewniłam się, próbowałam policzyć, parsknęło mi się śmiechem.
- Powinnaś zapytać "w ciągu roku" - poinformowałam ją. Zrozumiała.
- A to ty naprawdę bardzo rzadko pijesz alkohol.
No. Rzadko. Choć w poprzedni weekend wydoiłam sama całą butelkę różowego, musującego wina, o zabójczej mocy 7,5%. A ten weekend kieliszek wina. Chyba zawyżyłam sobie średnią...I czy jestem JUŻ alkoholikiem, skoro zaniżam ilość wypitego alkoholu?
(Po winie zasypiam szybciej, ale też tylko na 2-3 godziny).
Tak naprawdę to wcale nie jest tak śmiesznie...
Zadała mi kilka pytań jeszcze, po których się po prostu zalałam łzami. Jakby mi nagle guzik nacisnęła.
Pokiwała głową, oddaliła się poczytać sobie o mnie w moim dzienniku pacjenta. Wróciła z pytaniem czy chcę tylko na sen czy może i na depresję. Acha. Wzięłam pakiet można powiedzieć. Przy wizycie u lekarza recepta na lek antydepresyjny gratis.
W nocy wir, podparty młotkiem usypiaczem, dał popis.
Chyba muszę dać mężowi pod opiekę cały zapas, bo tak mnie umęczyło, że nie wiem jakim cudem nie sięgnęłam po więcej. Nie, broń boże, żeby sobie coś tam zrobić! Żeby zasnąć. Po prostu.
...Nie pamiętam jak dotarłam do pracy.
Dzień dobry Sertralinko! Najbliższe dni mogą być trudne. Ale może wcale nie? Poprzednio nie były.

Czy poznajesz mnie? Nazywam się Twoja Depresja!
Tak to właśnie ja zadręczać uwielbiam cię!
Czy poznajesz mnie? Nazywam się Twoja Depresja!
Zapamiętaj mnie! Poczujesz mnie jeszcze nie raz!*

 

----
Urszula -Depresja

 

 

Rollercaster

takajedna_ja

 

Nie pamiętasz, kiedy się to zaczęło. Ale wiesz na pewno, że nie wtedy, jak utrzymują wszyscy.
Nie, nie po odejściu ojca. Wcześniej, dużo wcześniej. Pamiętasz różne sytuacje z dzieciństwa. Matkę mówiącą dziwnie, zachowującą się dziwnie, jakby nagle ktoś w jej ciało wsadził zupełnie inną osobę.
Nie, to nie był stan permanentny. Zdarzało się...czasem. Po każdej rodzinnej uroczystości, no bo jak gości przyjąć bez wódki. Po awanturze z ojcem (który też nie unikał), bo trzeba się zrelaksować. Po przyjeździe kuzynki, cioci, wujka...Bo tak przecież trzeba. Po niepowodzeniu w pracy, bo życie takie ciężkie.
 Przez długie lata święcie wierzysz, że zaczęło się wtedy jak ojciec nagle odszedł. Może dlatego, że niewiele pamiętasz z dzieciństwa, że tam gdzie inni mają te wspomnienia ty masz wielką pustkę i kilka migawek. Matki na tych migawkach nie ma.  Ani ojca.  Jest siostra.
Aż któregoś dnia, ktoś z rodziny, rzuca jakieś zdanie i nagle w twoim umyśle coś robi klik. I wszystko zaczyna się zgadzać. Nagle wyskakują jak diabełki z pudełek. Jedno po drugim. Matka chwiejnym krokiem idąca przez pokój. Smród kieliszków i petów. Podniesione głosy. Krew na jej halce. Ojca głos pełen pogardy.
Nie, to nie zaczęło się wtedy, gdy ojciec zmarł. Wtedy to już trwało, tylko jeszcze cichutkie, stłumione, od czasu do czasu wystawiające głowę. Wtedy TO zaczęło rosnąć w siłę. Przejmować władzę. A ty zaczęłaś swoją edukację.
Instynktownie wybierałaś książki w bibliotece, instynktownie czytałaś artykuły w gazetach. Jeszcze wypierałaś, jeszcze mówiłaś "nie, nie, przecież chodzi do pracy, przecież nie przepija wszystkiego, nie znika, nie bije i stara się dbać". Właśnie wsiadłaś do rollercastera.
Mijają lata i wózek toczący się wolno po równi pochyłej zaczyna nabierać szybkości. Któregoś dnia zaczynasz zaznaczać w kalendarzu. Po jakimś czasie sprawdzasz i wiesz, że to się dzieje regularnie, w każdy weekend. Każdy jeden. Tyle, że czasem w piątek, czasem w sobotę. Teraz już wiesz kiedy unikać zapraszania znajomych. W TE dni unikasz nawet spotykania się z nimi, żeby broń boże nie natknąć się na matkę gdzieś w mieście. A po jakimś czasie po prostu przenosisz swoje życie towarzyskie do innego miasta. Tak jest łatwiej.
Dorastasz. Zaczynasz pracować. Dokładasz się do domowego budżetu. To daje ci iluzoryczne poczucie siły i kiedy matka z kolejną koleżanką od kieliszka świętują i nie dają ci spać, a ty rano idziesz do pracy,  zrywasz się wściekła i zaczynasz wrzeszczeć, żeby się zamknęły, wyniosły, poszły pić gdzie indziej.
W odpowiedzi słyszysz stek wyzwisk gdzie "suka" jest najładniejszym z nich. Dowiadujesz się, jak bardzo się dla ciebie poświęciła, a teraz żałuje, bo mogła wyskrobać. A ty jesteś nikim, bo nawet wyprowadzić się nie umiesz.
To prawda. Nie umiesz. Nie możesz. Nie masz dokąd. Nie masz gdzie mieszkać. Nie masz pieniędzy na wynajęcie. Nie masz...po latach wiesz, że tak naprawdę jedyne, czego nie miałaś to odwagi, bo wiarę w samą siebie skutecznie zabijano w tobie każdego dnia.
Nazajutrz, kiedy opowiadasz co usłyszałaś słyszysz tylko oskarżenia o kłamstwo. Oraz, że sama sobie jesteś winna bo prowokowałaś.
Mija kilka dni spokoju. Przy kolejnej libacji zatykasz uszy, chowasz głowę pod poduszkę, unikasz konfrontacji. I przy kolejnej i przy kolejnej. Potem znów wybuchasz. Potem znów unikasz. I tak w kółko. Tylko, że to już nie wystarcza. Teraz możesz się nie odzywać, ale i tak za każdym razem słyszysz wyzwiska. I obietnice "zabiję cię,tyyyy...". Zdarza się taki dzień, że już jest ci wszystko jedno co się zdarzy, przy  kolejnej awanturze rzucasz się na matkę z pięściami. Sama obrywasz, ale tłuczesz ją na oślep, gdzie popadnie, myśląc przy tym, że chciałabyś ją zabić. Innego razu, widząc jak pijana przygotowuje sobie jedzenie, a obok tli się ścierka...wyjeżdżasz z domu na cały weekend. Ot tak, nieśmiało pieszcząc myśl o możliwym pożarze czy wybuchu gazu.
Och nie, nie. To przecież nie dzieje się codziennie. Nie. Okresy trzeźwości się wydłużają, za to pijaństwo zaczyna się już w piątki i kończy w niedzielne poranki. W środku tygodnia są obiadki, wspólne czytanie książek, odwiedziny znajomych, którzy się zachwycają, jaką masz wspaniałą mamę, jaka równa kobieta, co za inteligencja, co za poczucie humoru. Nawet najbliższa przyjaciółka nie wierzy, gdy próbujesz opowiadać o tej drugiej twarzy twej matki.
Przestajesz próbować. Wie tylko siostra, bo przecież do pewnego czasu też w tym uczestniczyła ale jest daleko. Uciekła. Ty nie potrafisz. A w każdym razie nie wierzysz, że umiałabyś żyć na własną rękę.
Nadchodzi szczególny czas. Coś w tobie rośnie. Zalążek małego człowieka jest pewnie wielkości fasoli, ale wiesz, że to dziewczynka. Wiesz i czekasz. Nie wiesz na co. Dopiero modlitwa "i żeby mnie kochała", która wymyka się z ciebie któregoś koszmarnego wieczoru uświadamia ci na co czekasz.
Ale zaraz padają inne słowa. Ty suko, ty szmato, ty...kurwo puszczalska, wypierdalaj ze swoim bękartem bo zabiję i ciebie i tego bachora. Wtedy składasz sobie i jej, tej w twoim brzuchu "Nigdy ci tego nie zrobię" . Słowa dotrzymujesz: nie pijesz alkoholu, gdy sytuacja tego wymaga moczysz w nim jedynie usta. Twoje dzieci nigdy nie zobaczą cię pijanej.  Co nie znaczy, że byłaś dobrą matką...
I tak przez następne miesiące. Lata...
Masz rodzinę, męża, dzieci, pracujesz, zarabiasz, matka pomaga ci opiekować się dziećmi bo właśnie przeszła na emeryturę. Tylko, że rok później jest trzeźwa tylko w niektóre dni. Pijana nie szczędzi wyzwisk ani tobie ani dzieciom. Pomiędzy wyzwiskami i groźbami padają słowa o nienawiści, o wykorzystywaniu jej.
Kiedy trzeźwieje nigdy nie podejmuje rozmów.
Ty się edukujesz. Książki, gazety, radio, telewizja pełne są teraz informacji o alkoholizmie i współuzależnieniu. Ale nadal hamuje cię wstyd i przekonanie, że nie poradzisz sobie bez jej pomocy.
Aż zdarza się cud. Ona się wyprowadza.I spełnia się jej przepowiednia: wszystko się wali.
Wreszcie trafiasz na terapię. To miało być tak naprawdę rozwiązanie zupełnie innego problemu, ale niemal każde spotkanie w ciagu tego roku zahacza o matkę.
Powoli, mozolnie, każdego dnia budujesz siebie, swoją wartość, swoją siłę. Odbudowujesz swoje życie.
Wreszcie masz siłę jej się przeciwstawić. W drobiazgu...ale ona wtedy jest trzeźwa. To pierwszy raz kiedy się z nią nie zgadasz i dajesz temu wyraz. "Jak chcesz" mówi ona ze złością i rozczarowaniem w głosie i odkłada słuchawkę. A tobie rosną skrzydła. Jesteś silna.
Kolejne lata. Ty masz swoje życie, ona swoje. Nie pije, albo pije bardzo rzadko. Dzwonicie do siebie, rozmawiacie. Opowiadasz jej tylko to, co chcesz żeby wiedziała.
Po latach, kiedy wydawało się, że tak już będzie, nagle słyszysz w telefonie ten charakterystyczny ton. Pieszczotliwy, pełen zdrobnień i czułości. Czy to nie zabawne, że zamiast cię cieszyć, ciebie zatrzymuje, przeraża, wzbudza niechęć. Nie, nie zabawne. Straszne.
Kiedy słyszysz ten ton po raz kolejny mówisz:
- Pijesz..?
W odpowiedzi pełne oburzenia zaprzeczenie, gniewne słowa o twojej paranoi...
Wątpisz.
Następnym razem stwierdzasz, że nie, jednak się nie mylisz. I następnym. I kolejnym. Coraz częściej po prostu bełkocze do słuchawki. Odkładasz ją wtedy. Odczekujesz kilka dni i znów dzwonisz. Z ulgą notujesz normalny ton głosu. Tylko, że zdarza się to coraz rzadziej. Wreszcie któregoś dnia dowiadujesz się, że matka dobrowolnie zgłosiła się na odwyk zamknięty. Z odwyku wraca pełna energii i entuzjazmu, przejęta odkryciem, że alkoholicy to tacy cudowni ludzie. I z diagnozą "głęboka depresja" oraz lekami, które zaraz, natychmiast przestaje brać, bo nie działają...
Wraca do waszego mieszkania, ale ty na szczęście jesteś już daleko. Bardzo daleko. Znów masz z nią kontakt tylko telefoniczny, widzicie się sporadycznie kiedy przyjeżdżasz w odwiedziny. Siostra ma z nią więcej kontaktu, nie jesteś zazdrosna. Już nie. Myślisz z ulgą, że ona się matką będzie zajmować do śmierci.
Los bywa przewrotny. Siostra wykręca się rakiem.
Kiedy po raz kolejny słyszysz znajome tony w głosie matki tak właśnie myślisz. Że siostra wykręciła się od opieki nad matką, zostawiła ci ją na głowie po prostu sobie umierając.
Od ludzi, którzy otaczają twoją starą już teraz matkę słyszysz słowa o tym  jaka jest cudowna, inteligentna, wspaniała. Tylko pije. Samotna jest. Ma małą emeryturę a życie drogie.
Wspomagasz matkę finansowo na miarę własnych możliwości. I udajesz, że nie widzisz wyczekujących spojrzeń, które mówią "jesteś córką, zrób coś, żeby przestała pić, żeby przestała zabijać w sobie tego wspaniałego człowieka, jesteś córką, jesteś za nią odpowiedzialna tak, jak ona była odpowiedzialna za ciebie". Potem już nie patrzą tylko mówią ci to wprost. Powinnaś się zająć matką, ona jest samotna, cierpi po stracie twojej siostry, nie radzi sobie finansowo.
A ty, kiedy przyjeżdżasz odkrywasz nowe koleżanki od kieliszka i nowe problemy finansowe.
Kłamie, oszukuje, chowa dokumenty dotyczące opłat, wysokości zadłużenia.
Pewnego wieczoru odbierasz telefon od nieznajomego numeru. Odbierasz, w słuchawce słyszysz głos sąsiadki- kolejnej koleżanki od kieliszka.
- Twoja mama jest bardzo chora...
Już? Nareszcie? Myślisz z... ulgą, nadzieją?! Ale docierają do ciebie  następne słowa:
- ...właśnie w aptece kupiłam jej leki, bardzo drogie, dużo pieniędzy wydałam...
I już wiesz, że nie, jeszcze nie jesteś wolna.
Kilka dni potem przestajesz spać...

Życie z alkoholikiem jest jak rollercaster. Kiedy jest trzeźwy - siedzisz na szczycie. A potem nagle spadasz na łeb na szyję, niczego nie jesteś pewien, niczego nie możesz kontrolować. A kiedy wydaje się, że już niżej spaść nie można, zaczyna się mozolne wspinanie do góry. I znów szaleńcza jazda w dół, zakręty, zwroty, świat do góry nogami. Z rollercastera możesz zrezygnować jak nie lubisz ekstremalnych przeżyć. Z alkoholika w najbliższej rodzinie - nie. Choćbyś nie wiem jak bardzo się starał i jak bardzo próbował się odciąć. No i zawsze znajdzie się ktoś, kto ci przypomni, że masz obowiązek, bo to twoja najbliższa rodzina. Och, nie musi, naprawdę. Wiesz to doskonale, masz wdrukowane normy społeczne. I to jest problem. Bo w tej sytuacji jedyne co możesz zrobić to o tych normach ...zapomnieć. Wysiąść z rollercastera.
 Alkoholik nie pije bo ma kłopoty, bo jest samotny, bo mu źle. Pije, bo jest alkoholikiem.To jego sposób na życie. Chory? Napije się. Kłopty w pracy? Też się napije. Jeszcze większe kłopoty w życiu? Tym bardziej się napije. Terapia? Po co? To choroba, to jest nieuleczalne.  I wiem, że to co powiem, jest niepoprawne, ale alkoholizm, to jest choroba na własne życzenie. To coś zupełnie innego, niż żółtaczka, którą wszczepili ci wraz z krwią.
Tylko przychodzi taki moment, że coś się dzieje o jeden raz za dużo. Wysiadasz z rollercastera. Dalej niech jedzie bez ciebie. Na złamanie karku, do własnego piekła.  


 



Uboga krewna

takajedna_ja

Jakiś czas temu Moonfairy wpisała komentarz w stylu "No to cześć" . Zapytałam czemu tak się jakoś oficjalnie żegna, ale nie odpowiedziała. Znikła.

Dziwne ludzie mają zachowania. W internecie i nie tylko.
Kilka lat temu znikł z bloxa Polarny. Pożegnał się, wyłączył komentarze i...tyle. Nie byłam z nim jakoś blisko, ale odwiedzaliśmy swoje blogi, wymieniliśmy kilka prywatnych maili. Kilka razy pogadaliśmy na mailowym czacie. Niewiele, ale jednak było to coś, co wyszło poza krąg anonimowej znajomości. A tu nagle zniknięcie bez słowa.
Nie potępiam, ale nie rozumiem. Nie potępiam, bo możliwe, że sama kiedyś kogoś postawiłam w takiej sytuacji - zniknęłam bez słowa, choć zwykle staram się powiedzieć czemu.
Ale widzę jak wielu ludzi tego nie robi. I to nie tylko w internecie, w życiu też.
Miałam innego kolegę, też poznanego poprzez bloga. Gadaliśmy, spotykaliśmy się, odwiedzali w domach. Kolega łatwego charakteru nie miał, ja też nie jestem aniołem. Zdarzyło mi się pieprznąć wirtualnymi drzwiami, a po jakimś czasie wrócić ze skruchą.
Nasza znajomość sobie trwała. Przetrwała jego wyjazd do Anglii, jego powrót, mój wyjazd do Szwecji, jego zniknięcie z bloxa, powrót na łona bloxa. Czasem gadaliśmy intensywnie, czasem kilka tygodni wcale...
W którymś momencie powiedział, że ma mi coś do opowiedzenia, ale chciałby osobiście i kiedy będę w Polsce. To było jakoś w 2011. Jechaliśmy do Pl na urlop, a przy okazji na 1 urodziny Zuzi. Płynęliśmy promem a Kolega mieszka na wybrzeżu, pomyślałam, że  będzie okazja się wreszcie zobaczyć i pogadać. Kolegę zawiadomiłam tak szybko jak tylko ustaliłam dzień wyjazdu. Dzień przed wyjazdem potwierdziłam, że się widzimy nazajutrz.
M się trochę dąsał, bo on z kolei chciał odwiedzić swojego kolegę, też w okolicy wybrzeża, no ale uległ moim perswazjom. Prosto z promu mieliśmy pojechać na spotkanie z moim kolegą.
Dopływamy, dzwonię, smsuję..., że zaraz zjeżdżamy z promu niech poda miejsce i czas spotkania. Kolega odpisuje, że teraz nie wie, że zaraz się zorientuje. Zwodzi mnie tak dość długo, wreszcie w ostatniej chwili pisze, że niestety, ale jest za miastem i nie zdąży wrócić. M robi minę obrażoną, bo gdyby wiedział toby się umówił ze swoim kolega, a teraz przecież nie napadniemy ludzi znienacka.
Przyjechaliśmy do domu, wyczekiwałam jakiegoś znaku od kolegi, przeprosin, wyjaśnień, cokolwiek...Nic. No trudno, może ma kłopoty, może coś się zawaliło i gasi pożar, w końcu znam faceta tyle lat nie będę się dąsać.
Kilka dni później miał dolecieć do PL tata Zuzi i trzeba go było odebrać z lotniska. Pomyślałam, że zapytam kolegę czy miałby czas i chęć na spotkanie to wyjechalibyśmy wcześniej, żebym się mogła z nim spotkać.
Kolega potwierdził czas i chęć. Ile mnie kosztowało, żeby najpierw namówić M na wcześniejszy wyjazd to ja wiem. Tak samo ja wiem ile mnie kosztowało znoszenie jego ironicznych komentarzy o narzucaniu się osobom, które mają cię gdzieś. M się nie zna, kolegę znam tyle lat, nikt się nikomu nie narzuca - myślałam.
Pojechaliśmy, a był to czas wielkiej budowy dróg. I do Trójmiasta zamiast 2 godziny jechaliśmy chyba 6. Czas nam topniał. Z drogi oczywiście cały czas utrzymywałam kontakt z kolegą. Że korki, że późno, że przepraszam i czy nadal ma czas się spotkać. Miał...do czasu, gdy zaczęłam się zbliżać do miejsca spotkania. Wtedy nagle okazało się, że on nie wie, że nie jest pewien, że powie za chwilę, żebym się zameldowała jak będę na miejscu.
A gdy już wylądowałam na miejscu...kolega przestał odbierać telefon. Napisałam więc sms, że jestem tu i tu, że będę jeszcze przez tyle i tyle czasu...Nie odezwał się więcej.
Popętaliśmy się po okolicy, wreszcie pojechaliśmy na lotnisko.
Kolega do dziś dnia nie wyjaśnił swojego zachowania, nie powiedział nawet "przepraszam".
Przestałam i ja się odzywać. Poczułam się urażona, wystawiona do wiatru, zlekceważona.
Obserwowałam kolejne wpisy na facebooku, więc mniej więcej wiedziałam co u kolegi, ale kontaktu nie nawiązywałam.
Aż tu kilka dni temu na facebooku kolega wysyła mi prywatną wiadomość, że czegoś mu tam potrzeba i czy mogłabym mu pomóc...Ogarnął mnie pusty śmiech.
Wiecie co?
Zignorowałam.
Zignorowałam, bo przez ostatnie trzy lata dotarło do mnie, że już nie chcę być dla nikogo "ubogą krewną". Mam wokół siebie różnych znajomych. Jakaś część ich to ludzie, którzy nigdy w historii naszych kontaktów pierwsi nie zainicjowali spotkania. Widujemy się, wpadamy na siebie na ulicy, wtedy mówią "koniecznie musimy się spotkać" ale nic z tego nie wynika. To ja organizowałam spotkania grupy ze szkoły: Marka, Soni, Gulsum, Vicenta. Przychodzili zawsze, zadowoleni dziękowali mi za pomysł, za zaproszenie do domu. Ale nie odwzajemniali się tym samym.
Przez cztery lata wciąż zapraszałam, albo sama wpadałam "na herbatkę" do innego małżeństwa. Z ich strony inicjatywa wyszła raz - gdy On kończył 40 lat i żona organizowała mu przyjęcie niespodziankę.
Jest jeszcze moja dawna przyjaciółka, która od roku, a właściwie od co najmniej trzech lat sama z siebie nie napisała do mnie ani słowa. Ani na facebooku, ani w mailu. Gdy ja pisałam odpowiedzi przychodziły po wielu, wielu dniach. Nie odzywa się, gdy bywam w PL o czym chyba zawsze ją zawiadamiam. Ostatni raz widziałyśmy się rok temu, było miło, bardzo ciepło, sądziłam, że coś się przełamało, ale nie. Obiecane wiadomości nie nadeszły. Nawet na komentarze na facebooku nie odpowiada. Może przestała mnie lubić.

Czy ja jestem trędowata, uboga krewna czy jakoś niepełna, że to JA zawsze mam wyciągać rękę, inicjować kontakt, podtrzymywać go potem, w zamian słysząc tylko "sorry, ale wiesz, taka jestem zajęta, nie mam na nic czasu, ale ty pisz, pisz...odzywaj się" podczas, gdy ktoś mnie olewa przez lata i odzywa się tylko wtedy, gdy mu czegoś trzeba?
Mam wiele wad, ale w przyjaźni jestem lojalna, wyrozumiała, wierna i cierpliwa. Do czasu aż mi się te zasoby wyczerpią.
Teraz postanowiłam sobie, że nic na siłę. Jeśli mam mieć koło siebie ludzi, to takich, o których wiem, że im zależy na kontaktach ze mną tak samo jak mnie z nimi. Jestem introwertyczna i dobrze mi we własnym towarzystwie. Naprawdę nie muszę wiecznie całować czyjejś klamki.

Klaps

takajedna_ja

O!
Zabawa z Zuzią w mówiące zabawki daje nieoczekiwane rezultaty.
Naraz , ze zdziwieniem słyszę słowa:
-Zaraz dam ci w dziób!
-Śpij bo dam ci w dupę!
Zaintrygowana usłyszanymi tekstami drążę temat i...okazuje się, że tata tak właśnie mówi. Ciągnąc dalej dowiaduję się , że mało tego, że mówi. Tata dał klapsa bo Zuzia nie chciała spać.
Zuzia śpi u mnie co najmniej raz w tygodniu i zawsze, choćbym nie wiem jak była zmęczona a Zuzia jak bardzo uparta, udaje mi się ułożyć ją spać bez uciekania się do przemocy. Nawiasem mówiąc Zuzia awanturę przed spaniem urządziła mi chyba tylko raz czy dwa...
Oczywiście natychmiast wypytałam kto jeszcze dał Zuzi klapsa, ale na szczęście tylko tata.
Tłumaczę więc Zuzi, że nikt nie ma prawa jej bić. Ani tata, ani mama, ani nikt. I gdyby ktoś ją uderzył ma powiedzieć "Nie wolno mnie bić!"
M, który został poinformowany o zdarzeniu, na szczęście podziela  moje oburzenie.
Wypytuje Zuzię o szczegóły. Słucham uważnie, bo może mała konfabuluje? Nie. Wszystko się zgadza, powtarza niemal słowo w słowo to, co powiedziała do mnie.
- Zuzia, a jak tata znowu da ci w dupę to co masz powiedzieć? - pytam cała szczęśliwa, że nauczyłam dziecko podstawowego prawa. Pytam i natychmiast powietrze ze mnie uchodzi bo słyszę cichutką odpowiedź spod nisko opuszczonej główki:
- Pseplasam...

Mama Zuzi zadzwoniła w tej sprawie do Zuzi taty.
-Słyszałam, że bijesz Zuzię
-Jaaa?!
- Ty. Zuzia powiedziała, że dałeś jej klapsa.
- Aaaa....klapsa, dałem.
-To nie rób tego więcej.  
- Przesadzasz! To tylko klaps!
- Zgłoszę to na  policję jak się dowiem, że znowu ją uderzyłeś
- A to rób co chcesz...

Nie jestem agresywna, nie jestem agresywna, niejestem agresywna, niejestemagresywnaniejestemagresywna....
Co zrobiłby Zuzi tata gdybym tak pojechała do niego i trzasnęła go w policzek? Bo JA uważam, że źle się zachował i powinien zmienić swoje postępowanie. Powiedziałby "pseplasam"?  Co zrobiłby Zuzi tata, gdyby wróciwszy z urlopu o tydzień później niż mówił, na dzień dobry dostałby od szefa pięścią w nos? Tylko raz. Bo słowne perswazje widać nie skutkują, skoro po raz kolejny robi to samo?
W Szwecji przemoc wobec dzieci jest przestępstwem i bywa , co prawda rzadko, ale jednak, karana nie tylko wysokimi grzywnami ale i karą więzienia. A jeśli ktoś nie umie sobie poradzić z własną agresją lub wychowaniem dziecka może się zwrócić o pomoc.
Kto uważa, że przesadzam z moim oburzeniem?
Naprawdę klaps to nie bicie? To nie przemoc? Co to w takim razie jest? Metoda wychowawcza?
Mogę zrozumieć, że w pewnych okolicznościach...Dorosły jest zmęczony, chory, zdenerwowany, a dziecko przechodzi "samego siebie". Rozumiem, że może się zdarzyć, że dorosły strzeli klapsa. Ale kiedy emocje opadną, to ten sam dorosły powinien iść przeprosić swoje dziecko i sam przyznać się do porażki. Bo uciekanie się do przemocy jest oznaką bezradności.
Dzieci rzadko kiedy są spokojne, zrównoważone, uległe i dobrze wychowane. Najczęściej są żywiołowe, samowolne, psujące i bałaganiące. Głośne i dalekie od uległości. A jednak są rodzice, którym udaje się okiełznać je bez uciekania się do bicia. Wiem, bo znam takich osobiście.
 



Nic się nie zmienia

takajedna_ja

czyli nadal spadają na mnie klęski mniejsze i większe.

Dziś po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę się śmiałam
Choć możliwe, że był to śmiech nieco histeryczny.

Powrót czyli klęska żywiołowa.

takajedna_ja

Samochód przeładowany, jęczał na każdej nierówności by 10km przed domem strzelić ...solidnego focha. Jeszcze nie wiemy jak poważny i kosztowny jest to foch.
Kot, nie wiem z tęsknoty, czy innego powodu urządził sobie kuwetę w mojej sypialni.
Synek zapobiegawczo...zamknął drzwi, żeby smród nie rozniósł się po całym mieszkaniu.
Gdym w amoku ściągała śmierdzące warstwy z łóżek i niosła do pralni wdepnęłam w świeżo malowaną podłogę.
Przyszła gospodyni syna obstaje by ten się sprowadził przed 20/8 bo ona do jedzie do ojczyzny walczyć o własną emeryturę i nie przyjmuje do wiadomości faktu, że my nie mamy możliwości ani mobilnych ani finansowych na spełnienie jej życzenia.
Córka, która przed pięcioma dniami odzyskała córeczkę po trzech tygodniach wakacji w Polsce nęka nas telefonami zmierzającymi do wymuszenia na nas opieki nad wnuczką w ciągu najbliższych dni.
Cizia z Ośrodka zdrowia nie przysłała mi terminu spotkania z lekarzem, który miał ocenić stopień utraty zdrowia w mojej nodze.
Unionen, związek zawodowy któremu przez rok płaciłam haracz, łaskawie uznał moje prawo do zasiłku, ale na temat ilości dni i wysokości kwot wypowiada się tak, że zrezygnowałam z czytania ze zrozumieniem. Zamiast tego wysłałam list z pytaniem, czy naprawdę sądzą, że bezrobocie jest takie zabawne, że muszą robić wszystko by bezrobotnemu uprzykrzyć życie.
Partia wysłała mi list powitalny ze znaczkiem róży do wpięcia w klapę (to chyba w myśl odwiecznego komunistycznego rytuału "rączka, buźka, klapa, goździk").
Mewy cholerne nadal mieszkają na dachu bloku, hodują własne młode a co za tym idzie atakują mieszkańców oraz drą japy jak wściekłe.
Kot mi schudł.
Operator wezwał mnie do zapłaty faktury, którą w zasadzie zapłaciłam. W zasadzie, bo przez pomyłkę  zapłaciłam dwa razy fakturę za maj, gdyż albowiem ta za czerwiec nie dotarła a ja tego nie zauważyłam. Mam niedopłatę w wysokości 13kr.
26/8 mam się stawić na mammografii.
Oraz zapłacić 250kr za rtg nogi, którego nie wzięłam na konsultację do Polski.
Do tego mam gości, których bym chciała miło przyjąć, ale wkurw na powyższe mi nie daje.
Yankie na start w Sztokholmie potrzebuje około 2 tys koron, których nie ma ani on ani ja. To znaczy ja mam mieć, jak A-kassa Unionen łaskawie wreszcie da mi to, na co płaciłam haracz. Ale nie wiem kiedy. A ja potrzebuję za tydzień. Więc wysłałam im mail z tekstem, że bezrobocie to wątpliwe szczęście i może zachcieliby mi łaskawie napisać jasno jak to wszystko funkcjonuje, bo to nie jest oczywiste dla kogoś kto dotąd pracował poza Szwecją i wyjaśnili dziwne zwroty, bo na razie to tylko wypełniam, wysyłam, dosyłam, poprawiam, a pieniędzy nie widać tak, jak nie widać jakiejkolwiek pomocy z ich strony w znalezieniu pracy, choć gdym się rejestrowała to czytałam obietnice, że pomagają ze wszystkim co związane z utartą pracy.
Bezczelny ubezpieczyciel, który zgubił mój wniosek o odszkodowanie za nogę przysłał kolejną fakturę. Chyba pójdę im powiedzieć, że jako że nie czuję się specjalnie bezpieczna z kimś kto lekko traktuje moje sprawy, to nie jestem pewna czy chcę być nadal ich klientem.
Czy wspomniałam, że po moim mailu "kiedy do cholery zajmiecie się moją sprawą" miałam dwa telefony od różnych panów oraz dwa maile od różnych pań. Żadne z nich nie wiedziało o poprzednikach...

Kotłuje mi się i nie mogę zasnąć.
Chyba najchętniej bym się upiła. Gdybym piła. I miała zdrowie.

Nie. Proszę mnie nie przytulać, cholera! Najlepiej odsunąć się bo pogryzę.

Wszechświat mnie nienawidzi czyli pechowca specjalnej troski przypadki

takajedna_ja

Nie jestem pewna czy dam radę to opisać, czy złość nie zaleje mnie znowu tak, jak za każdym razem gdy przychodzi mi wykonać kolejny krok. Ale czuję się w obowiązku bo bez tego opisu moje zrzędzenia są tylko zrzędzeniem rozpuszczonej w kapitalizmie baby.
Możliwe, że wyjdzie z tego serial.
Zaczęło się rok temu...
Nieeee. Zaczęło się dawniej. Po pożarze. Postanowiliśmy z mężem wykupić ubezpieczenie mieszkania. A ponieważ ja wtedy nie pracowałam, pomyśleliśmy, że dobrze byłoby wykupić też prywatne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków dla mnie.
Nasz szwedzki był wtedy daleki od swobodnego, rozmowy telefoniczne mnie przerastały więc wybór padł na firmę mającą biuro w naszym mieście, bo jak wiadomo cztery oczy to się człowiek nawet na migi dogada.
Wizyta była krótka. Powiedzieliśmy co chcemy, podaliśmy personnummery, ustaliśmy jak często chcemy płacić i już. Wybraliśmy standardowe umowy, które nie wymagały ani jakichś specjalnych badań lekarskich czy jakiegoś innego orzecznictwa. 
Płaciliśmy i czuliśmy się nieco bezpieczniej, bo w razie czego polisa jest. Może nie za wielka, ale zawsze; koszty kolejnego pożaru pokryje.
Rok temu uszkodziłam stopę. Dla tych, którzy wtedy nie czytali wyjaśniam: wsiadałam na rower, uciekł mi pedał i zamiast tego przydzwoniłam stopą na płask o asfaltowe podłoże z całym impetem.
Teraz już rozpoznam szok adrenalinowy, ale wtedy doznałam go po raz pierwszy i nie mogłam zrozumieć czemu dzwoniąc na pogotowie umieram...ze śmiechu jednocześnie dławiąc się łzami. Rentgen nie wykazał złamania.

Do pracy u piłkarzy wróciłam po trzech dniach: jeździłam skuterem, parkowałam go pod domem lub pod samym  biurem, w biurze siedziałam. Przejście kilku kroków nie było problem, ale trzy schodki przed klatką schodową i siedem przed biurem urastały do Mount Everestu. Ze sprzątaniem było jeszcze gorzej. Po dwóch tygodniach zwolnienia, naciskana przez szefów i koleżankę, wróciłam gdy tylko mogłam przestać używać zuzinego krzesła w charakterze drugiej(?) trzeciej(?) nogi. Po pięciu dniach pracy stwierdziłam, że chyba pomylona jestem. Chodzić nie mogę, co z tego że na maszynie mogę siedzieć, ale czasem z niej musze zsiąść choćby po to, by podnieść coś dużego, czego maszyna nie zassie. Zaciskam zęby, płaczę z bólu i pracuję? Chyba mnie porąbało!
Poszłam do lekarza po zwolnienie i pomoc bo obiecywali mi, że po już 2 tygodniach będzie okej. Minęło trzy i nie było. Potem z dwóch zrobiły się cztery tygodnie (wiesz, to jednak była poważna kontuzja). Potem z czterech sześć ( ale ty naprawdę mocno uderzyłaś, a stopa ma też i miękkie części) a z sześciu osiem ( to wymaga czasu).
Wciąż pytałam ile i czemu to tak długo, czy może jakaś rehabilitacja, konsultacja? Oni kiwali głowami, i mówili to co wyżej w nawiasach. Wreszcie doktor, naciskany przeze mnie, zdecydował się na...kolejny rentgen.
- A może jeszcze do ortopedy? – zasugerowałam.
Zgodził się podejrzanie ochoczo. Dopiero jak poszłam umawiać się na wizytę tam, gdzie wskazał mi list otrzymany od lekarza zrozumiałam ochoczość.
Nie lekarz ortopeda a serwis ortopedyczny. Wkładkę mi tam mają zrobić. Wkładkę? Wytrzeszczyłam oczy. Mnie najbardziej bolał grzbiet stopy to na grzyb mi wkładka?  Ustabilizuje ci stopę – usłyszałam.
Tu będzie dygresja.
Moja blogowa koleżanka mieszkająca w Polsce z różnych powodów wybrała się do osoby dobierającej wkładki. Tak wyglądała jej wizyta:
Boso stanęłam na specjalnej macie podłączonej do komputera. Potem przechodziłam tam i z powrotem starając się nadepnąć na nią raz jedną , raz drugą całą stopą(...)Potem boso bieżnia. Idę powoli, potem trochę szybciej a pani podolog uważnie obserwuje moje stopy i całe nogi. (...)
Decyduję się na wkładki w wersji tańszej czyli do butów sportowych. Po wyjęciu wkładek pierwotnych , wkładki ortopedyczne mieszczą mi się do paru par sznurowanych butów.
Jak powstają takie wkładki?
Nadal boso staję na zdezynfekowanych grubaśnych jakby gumowych poduchach. Stopy zagłębiają się lekko w te poduchy. Mam podwinięte powyżej kolan spodnie. Pani podpompowuje poduchy i układa mi nogi: kolana , łydki, ustawia w prawidłowych (dla mnie dziwnych) pozycjach, potem skupia się na stopach. Upycha pod nie materiał poduch aby nadać im kształt moich stóp, ale w prawidłowej pozycji. Stoi mi się zupełnie inaczej, jakby „nienaturalnie”.

Gdy jest zadowolona z efektu, coś przy poduchach włącza i one zastygają zachowując nadaną im formę. Schodzę z nich, a ona wyjmuje z podgrzewarki wkładki, kładzie je w zagłębieniach stworzonych przez moje stopy i każe mi na nich stanąć. Są przyjemnie ciepłe. Stoję chwilę dopóki nie ostygną i nadaję im swoim obciążeniem kształt moich własnych stóp, jednak skorygowanych do prawidłowych pozycji od spodu przez poduchy.
Potem pani zabiera wkładki i wychodzi podoklejać pod spód różne tworzywa utrzymujące zadany im kształt. Po 20 minutach wychodzę z wkładkami.
No dobra, gwoli ścisłości- to był prywatny gabinet a nie na NFZ. No, Szwecja taka nowoczesna, taka socjalna, to można by się było spodziewać...ja wiem? Chyba co najmniej czegoś podobnego.
Otóż nie, Marianie! Było tak:
Stanęłam boso na jakieś masie jako żywo przypominającej syntetyczny pumeks i zapadłam się w nią po kostki. Potem zeszłam i kazano mi przyjść za czas jakiś (nie pamiętam czy tydzień czy dwa dni). Gdy przyszłam wręczono mi gustowne, gipsowe odlewy moich stóp.Na przyszłość. A chwilę później wkładki. Grube, sztywne, ciężkie jak wyrzut sumienia!  Włożyłam je do trampek w których przyszłam i powlokłam się do domu. Do domu od pracowni mam jakieś 10minut piechotą, wolnym spacerem. Kiedy doszłam, nogi miałam jakbym maszerowała cały dzień w ciężkich buciorach. Kilka razy jeszcze próbowałam używać wkładek, ale but obciążony nimi stawał się ciężki i sprawiał większy ból na obolałym grzbiecie stopy. Po kilku próbach gdy próbowałam z zaciśniętymi zębami przyzwyczaić się do nich, pizgłam wkładki w kąt. Szybciej bym chyba przywykła do chodzenia w dybach. 
W międzyczasie lekarz dostał wynik kolejnego prześwietlenia, po czym wystosował do mnie kuriozalne pismo o treści „Ponieważ kolejne prześwietlenie nie wykazało żadnego złamania to ja już nic więcej nie mogę ci pomóc”. W związku z powyższym lekarza też sobie odpuściłam, bo trzeba mieć zdrowie, żeby łazić do lekarza wiedząc, że jedyne co ci zaleci to żeby wziąć ipren.
W tym samym czasie wystąpiłam też do ubezpieczyciela o odszkodowanie. Noga boli, puchnie, straciłam na zwolnieniu lekarskim, nie wiadomo co będzie dalej, ewidentnie poniosłam jakiś uszczerbek na zdrowiu.
Ubezpieczyciel odpowiedział, żebym zgłosiła się pół roku po zakończonym leczeniu.
A właśnie nosiłam się z zamiarem pozbycia tego ubezpieczenia, bo z racji przynależności do związku zawodowego urzędników mogłam podlegać innemu, nieco lepszemu ubezpieczeniu NW za tę samą niemal kwotę. No więc postanowiłam jeszcze zachować oba przez najbliższy rok.
Odczekałam skrupulatnie odpowiednią ilość miesięcy, potem się nieco kotłowało u piłkarzy, więc nie miałam czasu się tym zająć, wreszcie wypełniłam wniosek i sama, osobiście pod koniec maja zaniosłam do biura ubezpieczyciela.
Minął tydzień. Potem kolejny i kolejny. Na początku tygodnia siódmego poszłam zapytać o co chodzi?
Pan popukał w klawisze i oznajmił mi, że w piątek wysłali (albo dostali, bo nie zrozumiałam) zaświadczenie od lekarza.
W tym czasie nóżka dawała coraz bardziej popalić. Niewielka opuchlizna przestała znikać, a noga rwała jak opętana, szczególne w dni deszczowe. A właśnie takie nastały. Czekając na decyzję ubezpieczyciela zinwentaryzowałam buty.
Ciężkie gumowce, lekkie sandałki na dwóch paseczkach, miękkie mokasyny, stare, ale całe czerwone półtrampki oraz jedne, jedyne pantofle na wyższym nieco obcasie mogę oddać w dobre ręce. Mogłabym dorzucić jeszcze skórzane kamasze zimowe wykładane prawdziwym futrem, bo z nich wyrosłam wszerz ową stopą, ale kocham je miłością od pierwszego wejrzenia a miłość to jak wiadomo ból.
Minął kolejny tydzień. I któregoś późnego wieczoru po prostu napisałam maila do Ubezpieczyciela Kwatery Głównej. Że prawie dwa miesiące temu złożyłam wniosek. I czy ktoś wreszcie mógłby się tym zająć? I ile jeszcze mam na to czekać?
Nazajutrz zadzwonił jeden pan.
- Zgłaszałaś szkodę? – zapytał mnie. Potwierdziłam.
- A co to za szkoda, opisz ją – poprosił uprzejmie. No więc zaczęłam opowiadać...
- Ale co ty właściwie uszkodziłaś? – przerwał mi.
- Nogę. Stopę. Prawą stopę.
-...yyy...nogę??? Nie samochód? Bo ja od szkód samochodowych jestem
- Czy ty widzisz moje podanie? – zapytałam
- Nie, no właśnie nie...
Poprosił, żebym mu opowiedziała co się stało, wysłuchał, obiecał że się odezwie. Godzinę później zadzwonił inny. Czy zgłaszałam szkodę i jaka to szkoda. Wieść o tym, że chodzi o moją osobistą stopę jakby go zaskoczyła.
Zaczęłam odnosić wrażenie, że ubezpieczyciel nie spodziewa się, że ktoś kto ma ubezpieczenie NW zechce go użyć w przypadku innym niż śmierć ubezpieczonego.
Okazało się jeszcze, że na dodatek ten pan też nie widział mojego zgłoszenia ani nic nie wie o tym, że już się ze mną kontaktował jego kolega.
Godzinę później w odpowiedzi na mojego maila otrzymałam mail od niejakiej Almy, a w nim pytanie czy zgłaszałam szkodę, a jeśli tak, to jaką bo „z powodu błędu w obsłudze poczty przychodzącej jeszcze nie dostaliśmy twojego podania”  .
Z furią zalewającą mi oczy wysmażyłam tekst w którym opisałam nie tylko zdarzenie, ale też to co teraz. Że na dobrą sprawę ani praca sprzątaczki na pełen etat, ani żaden sport ani nawet jakikolwiek dłuższy spacer nie wchodzi w grę bo stopa boli i puchnie. I że to chyba wystarczający powód żeby żądać odszkodowania.
Alma odpisała, że w takim razie rozpoczyna procedurę ustalenia stopnia inwalidztwa.
Dziś przyszedł list, z którym udałam się do ośrodka zdrowia by zabukować wizytę u lekarza, który oceni jaki uszczerbek zdrowia poniosłam.
Myślicie, że się zdziwiłam jak mi recepcjonistka powiedziała, że poszuka wolnego terminu po 10 sierpnia? Wcale. Bo przecież urlopy są, w przychodni dyżuruje tylko 1 lekarz.
Ciąg dalszy nastąpi...
   


 
 
  



© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci