Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Witamy w Polsce

Dzień 2 Magia

takajedna_ja

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się ...mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie "machnę ręką i pójdę dalej". Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle ...Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.


Urlop

takajedna_ja

Nienawidzę takiego stanu kiedy to zasnąć się nie da ale organizm jeszcze nie wypoczęty domaga się snu. Wstać się też nie da, bo kawy w zasięgu nie ma, a domownicy śpią.
Pierwszy urlopowy poranek.
Wschodzące nad Warszawą słońce barwi niebo na różowo. Jak podejdę do okna, widzę wszystkie warszawskie wieżowce na tle różowej zorzy poutykane pomiędzy zielenią. Warszawa wygląda jak miasto zbudowane w ogromnym parku. Wiem, że tak dobrze nie ma, ale teraz, o tej wczesnej godzinie czuję potrzebę zachwytu. Zza okna dobiega nieustanny szum samochodów. Warszawa, miasto, które nigdy nie śpi?

Hotel...jak hotel. Czysto jest. Strumień prysznica może zabić, umywalka w miejscu sitka ma dziurę czego nie znoszę a spłuczka nie przypomina Niagary.
Łóżko średnio wygodne,dość twarde.  Tylko jedna poduszka, w dodatku strasznie miękka, głowa mi się zapadała, musiałam podłożyć..własną kurtkę. Za to kołdra gruba i ciężka, sztywna. No ale blisko lotniska, piechotą około 20 minut. Usiłowałam znaleźć wyjście z terenu lotniska przez jakieś pół godziny. Chyba nikomu nie przyszło do głowy takie  rozwiązanie, bo przejść dla pieszych w okolicy nie uświadczyłam, więc kicałam jak zajączek przez szerokie ulice. Na szczęście dość puste. Jednak z walizką i ciężkim plecakiem. W temperaturze sauny. Jak już wreszcie wpadłam do pokoju zrzuciłam z siebie ubrania i wlazłam pod prysznic.
Ze Szwecji wylatywałam w miłych 23stopniach z porywistym wiatrem. Zestroiłam się jak pańcia...Czarne eleganckie rurki, głębokie trampki palladium, białą bluzka, żakiet...
Znaczy elegancja w wydaniu szwedzkim, haha. W warszawskim klimacie nagle to wszystko stało się za ciężkie, za grube, zbyt mało przewiewne.
Odświeżona prysznicem poczułam głód. Zamiast zejść do restauracji i wydać trzy dychy na żarcie poszukałam sklepiku, gdzie zaopatrzyłam się w serek wiejski, chlebek razowy, banany, wodę i delicje. Wydałam niewiele mniej ale mogłam zjeść to, na co miałam ochotę a nie to co było w karcie.
Dumna z siebie wróciłam do hotelu i...
No cóż. Jedliście kiedyś twarożek wiejski mieszadełkiem do kawy/herbaty?
Phi...niech się Japończycy schowają ze swoimi pałeczkami. Tak się cieszyłam. A potem nieopatrzny ruch ręką i mieszadełko okazało się bardzo sprężyste. A twarożek wydajny. Pstryk i moja kolacja była wszędzie. Na lustrze, na podłodze, na telewizorze.
Brawo Kasia.
TVN w śnieżącym telewizorze puszczał komedię z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer, ale nie dałam rady oglądać. Padłam. Choć trudno powiedzieć bym spała jak zabita.

...a gdzieś tam daleko, biedna Tosia szuka swojej pani...I czeka biedulka niespokojna, bo się jej jednostki w stadzie nie zgadzają. A Tosia, jak na dobrego pasterza przystało bardzo nie lubi takiej niesubordynacji. Stado ma być w komplecie i najlepiej trzymać się blisko siebie.
Strasznie dziwnie się śpi bez psiego pochrapywania, wiecie?

Dobra Zmiana?

takajedna_ja

Wczoraj przeżyłam deja vu.
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś w Polsce usiłuje narzucić dyktaturę. Możliwe, że po to by móc ją samodzielnie obalić.
Ale tego się nie spodziewałam.

Zobaczcie tu

 

Brak słów.

(Nie)Ludzka twarz służby zdrowa czyli Córcia, tu jest Polska

takajedna_ja

Ostatnio najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie.
W chorowaniu w Polsce choroba wcale nie jest najgorsza. Najgorsze jest obcowanie ze służbą zdrowia. Dobrze, dla uczciwości dodam, że nie zawsze i wszędzie. Ale prawie zawsze i wszędzie.
Ci, którzy z racji zawodu, powinni okazać ci wsparcie, współczucie i pomoc...Na nich nie licz. Obnoszą po świecie ciężko obrażone miny, które mówią jasno, że nienawidzą swojej pracy.

Odsłona 1.
Mama dostała miejsce w Hospicjum w Olsztynie. Ale mamy dobę na zorganizowanie transportu.
ZOZ w Miasteczku, w rejestracji pielęgniarki znane mi od lat.
- Nie zarejestruję was do lekarza bo nie ma numerków.
Jest godzina 9 rano!
- A nie możecie samochodem zawieźć?
Misia tłumaczy cierpliwie, że babcia leży, że pierwsze piętro, że nawet gdyby to jak ją do tego samochodu przetransportować?
- A to sama nie zejdzie? - zdumienie takie jakby mówiła o chorym na grypę a nie o osobie w ostatnim stadium nowotworu - A zresztą jeszcze musicie mieć skierowanie, a do lekarza nie ma miejsc. No i na transport to też się czeka.
Całą postawą mówi: dajcie mi spokój, nie chce mi się palcem w bucie kiwać, a wy ode mnie oczekujecie cudów.
Druga słucha tych przepychanek, bierze słuchawkę i gdzieś dzwoni. Chwila nadziei...Złudnej.
Melduje, że transport możemy dostać...za tydzień.
Misia ma chęć parsknąć śmiechem, ale tylko uprzejmie dziękuje i wychodzi.

Odsłona2.
Pani z MOPSu poradziła żeby zapytać dyrektora szpitala, który dysponuje karetką. Ale dyrektor jest zajęty. Główny księgowy mówi, żeby napisać podanie o ODPŁATNE wypożyczenie. Oni zobaczą czy będą mogli i kiedy...
Na nic tłumaczenia, że miejsce w Hospicjum nie będzie czekać.

Odsłona3.
W księgowości szpitala młode panie patrzą ze współczuciem, dają mi papier, długopis, mówią co napisać.
Gdy słyszą, że ja nie oczekuję za darmo, że jestem gotowa zapłacić za transport, ale przecież nie wezmę taksówki bagażowej, ożywiają  się. Jedna otwiera internet. Coś wyszukuje, nie pytając o nic po prostu dzwoni...I umawia transport karetką z sanitariuszem (ktoś musi tę mamę znieść na noszach) na następny ranek.
Na skrawku papieru z podartego podania notuje mi telefony i adres "na wszelki wypadek".

Po całej tej szarpaninie mam ochotę rzucić się tym dziewczynom na szyję, kupić kwiaty, czekoladki, urządzić przyjęcie na ich cześć.
Nazajutrz przyjeżdżają dwaj młodzi (i przystojni, czy ta moja córka jest ślepa?!) panowie. Ratownicy medyczni jak się potem okazuje.
Mówią, że owszem klatka schodowa jest bardzo duża <oczy jak pięciokoronówki> ale nosze i tak nie przejdą. Trzeba na płachcie. Tak, zdają sobie sprawę z tego, że mama jest obolała i cierpi przy każdym ruchu, obiecują, że zrobią to tak szybko i tak delikatnie jak się da.
Wchodzimy do domu.
Witają się z półprzytomną mamą. Z uśmiechem, miękkimi głosami, głaszcząc po ramieniu. Przepraszają, że sprawią ból i znów obiecują zrobić to jak najszybciej i najdelikatniej.
Fachowo podkładają płachtę. Jeszcze chwila - jesteśmy w karetce, mama na noszach, troskliwie otulona kołdrą przez jednego z panów, bo zimno.
Pół godziny później mama leży w pokoju w Hospicjum na swoim, już, łóżku. Panowie jeszcze przepraszają, że nas pewnie wytrzęsło z tyłu, ale takie drogi...Koszt 180zł. Dla mnie na szczęście to nie jest wielki wydatek. Zapłaciłabym i tysiąc, gdyby było trzeba.
Lekarka, która ma dyżur, dr Kasia! wita się z mamą. Szybciutko dokonuje oględzin. Jest miła. Ciepła. Pełna troski, że boli. Myślę, że może udaje przed rodziną...Ale skoro udaje to jeszcze nie jest najgorsza. Bo się choć stara. Inni nawet nie udają.
No i nie ma tej maniery z liczbą mnogą "jak się czujemy?" "zjemy?"
Mówi do mamy: pani Halinko.
Mówi, że trzeba poczekać, bo wpisują dokumentację innego pacjenta i że zawoła. Wraca do siebie.
Kiedy ma dla mnie czas okazuje się, że dzieli pokój z panią urzędniczką, młodą dziewczyną. Obie wpisują różne dane, proszą mnie o podpisanie papierów, tłumaczą jak dziecku, cierpliwie i z uśmiechem. Cieszą się szczerze, gdy mówię, że piękny oddział, że miło.
- Staramy się, żeby było choć trochę zbliżone do warunków domowych.
No, aż tak to nie jest, ale jest czysto i NIE ŚMIERDZI szpitalem.
- Jeszcze tylko kotka brakuje - mówię (zawsze i wszędzie brakuje mi kotka)
Dziewczyna patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem i mówi z satysfakcją
- Ale mamy papugi -
Zbieram szczękę z podłogi.
A ta, ciesząc się z efektu dodaje niedbale:
- Kotek też miał być. Jedna pacjentka ubłagała panią ordynator. Tyle, że potem kotem się zawieruszył, pacjentka chyba zapomniała, a my na wszelki wypadek nie przypominamy.
Oddycham z ulgą. Mogę mieć nadzieję, że tu mamie krzywdy nie zrobią.
Gdy wracam do niej widzę, że jest już oporządzona fachowo. Umyta gdzie trzeba, nasmarowane gdzie trzeba. Śpi spokojnie.
Jednak w tej samej rzeczywistości, za te same pieniądze można zachować człowieczeństwo.
To krzepi.



Na Warmii

takajedna_ja

Ranki są zamglone, potem wychodzi słońce i robi się ciepło.
Łażę z aparatem po Miasteczku. Łażę rano, w południe i wieczorem. Cieszę oko. Zachowuję obrazy na potem.
Takie obrazy:
 

 


Jest jak w piosence Daukszewicza
"Tu Pewex wytworny, tu obskurny bar".
Jest.

Poszłam na cmentarz sprawdzić jak sytuacja.
Ciotka Wanda rozpromieniła się na mój widok.
-Cześć gruba!
Nie obraziłam się. Nie zirytowałam. Ciotka taka jest. Dyplomatka z niej żadna. Ale za to jest szczera. Z leciutko złośliwym poczuciem humoru. Zawsze się jej trochę bałam.
Tak naprawdę to nie jest moja ciotka, tylko przyrodnia babcia. Jej mąż (wujek Paweł, zmarły cztery lata temu) był przyrodnim bratem mojego dziadka. Ech, skomplikowane powojenne czasy.
-Jak mama?
Opowiedziałam.
-...nie miałam pojęcia co robić - zakończyłam opowieść o sytuacji z lata.
Ciotka parsknęła śmiechem.
-Jak to co? Wracaj!
-A z czego będę żyła?
Ciotka znów parsknęła śmiechem.
-No coś ty! teraz to będzie dobrobyt. Właściwie to już jest, od wczoraj. To co się martwisz.

Ciotka mówi z takim pięknym, wileńskim  zaśpiewem. Wujek też tak mówił. Lubiłam barwy ich głosów, ten inny akcent, tę piękną gramatykę. Szkoda, że ten świat odchodzi. To dlatego tak lubię słuchać Reginy. Ona mówi podobnie, tylko jej polski jest już bardziej naleciały rosyjskim.
Szłam sobie główną aleją cmentarza (zawsze wtedy mi się przypomina TSA 51).


I spotkałam kolejną ciotkę. Ciotkę Wiesię.
I znowu ten melanż. Ciotka Wiesia nie jest moją krewną, choć nosi takie samo nazwisko jak ciotka Wanda. Właściwie to nie jestem pewna jakie są koneksje rodzinne, ale zdaje się, że jej mąż jest kuzynem jeszcze innej ciotki...Melanż, mówię.
Pewnie gdyby to były to inne czasy i inne miejsce to bym ich nawet nie spotykała.
Przesiedleni spod Wilna trzymali się razem, bo tylko siebie mieli. A że ojciec był sierotą, to miał tylko ich...Przyrodniego stryja, stryjecznego stryja, ich rodziny i rodziny ich żon...Trzymali się razem. I ojciec z nimi do 80tego roku.
Po jego śmierci się zmieniło.
I tak stałam się osobą która nie ma innej rodziny poza mężem, dziećmi i matką. Zniknęli z mojego i Baśki życia właśnie wtedy, gdyśmy ich najbardziej potrzebowały. Tak wyszło. Miałyśmy wszak matkę, a oni mieli jej chyba za złe, że za szybko wyszła drugi raz za mąż. Chyba mam do nich odrobinę żalu. Ale...może to my nie chciałyśmy tam chodzić? Miałyśmy 17 i 15 lat. Wtedy ciotki pouczające jak żyć to ostatnie, co człowiek chce spotykać.

O. I tak to znów w okolicy Zaduszek zaplątałam się w historie rodzinne.
A zaraz jadę do Olsztyna. Umówiłam się na masaż.
Lewy bark rwie jak głupi. Ból, w dzień utrzymany w ryzach dzięki paracetamolowi i rozruszaniu, w nocy rozlewa się na całe plecy i lewą rękę aż do palców. Nie pomaga na to łoże madejowe na którym śpię u mamy. Wersalka jest tylko troszeczkę mniej twarda od deski. Wstaję co rano obolała. Będę szczęśliwa, jak wrócę do siebie, na swoje łóżko.


Z listu do przyjaciółki

takajedna_ja
Złoto drzew, zamglona, pofalowana linia horyzontu zza okna samochodu.
Pobocza zamienione w księżycowy krajobraz.
Nawalona sąsiadka na moje przywitanie odwarknęła "nie odzywaj się do mnie".
A z góry dobiegł sycząco-słodki głosik innej sąsiadki "proszę nie otwierać drzwi na dole, bo piesek..."
Kruche rogaliki z ulubionej cukierni.
I konieczność udania się do bankomatu by za nie zapłacić.
Mama przejęta widokiem (już) jedynaczki.

Co bym nie mówiła. Jak bym nie mówiła.
Szwecję mam w głowie.
Ale Polskę zawsze w sercu.



Ulewa mi się

takajedna_ja

Zawsze mi się wydawało, albo może lubiłam tak o sobie myśleć, że jestem osobą bardzo cierpliwą. Jednak ostatnio dzieje się i wystawia tę tezę na dużą próbę.
I sama nie wiem...Mam rację czy się czepiam?
Najpierw sąsiadka z Polski zwana Panią Prezes.
Pani Prezes jest służbistką, osobą wielbiącą papierki, uwielbiającą świadczyć pomoc innym sąsiadom. Problem w tym, że wraz ze zgodą na pomoc człowiek musi zaakceptować, iż ta pani będzie mu ustawiała całe życie. W myśl zasady daj palec a wezmę całą rękę.
W pomroczności jasnej, poprosiłam ową sąsiadkę o pomoc w odbieraniu matczynej emerytury z banku. Matka, choć po domu porusza się całkiem sprawnie, do banku jednak nie dotrze. A karty bankomatowej nie ma. Nie miałam nikogo innego, kogo mogłabym tym obowiązkiem obciążyć.
Poprosiłam Panią Prezes...
Ledwie dojechałam do domu po urlopie, zajęłam się chorym Kociem, zwariowanym psem oraz tysiącem innych spraw gdy zadzwoniła moja koleżanka Ala. Zadzwoń do Pani Prezes, bo ona mnie nęka. Machnęłam ręką, powiedziałam, że zadzwonię jak się ogarnę.
Kocio ...wiadomo.
Wróciłam do domu po ostatnim z nim pożegnaniu. Miałam chęć schować się kąt...A tu telefon. Znowu Ala. Bo Pani Prezes ją nęka telefonami i zadzwoń do niej, zadzwoń, zadzwoń, bo ona coś nie wie z tym bankiem i koniecznie zadzwoń.
Ala naciskała, wreszcie odburknęłam coś, żeby mi dały wszystkie spokój, właśnie uśpiłam Kocia, i naprawdę dylematy Pani Prezes mam w du...gdzieś.
Ala się chyba obraziła.
Zadzwoniłam do baby...Na wstępie zostałam zrugana za to, że nakrzyczałam na Alę, że to niewdzięczność i w ogóle powinnam przeprosić, bo Ala...Wysłuchałam cierpliwie, puszczając mimo uszu. Wyjaśniałam wątpliwości dotyczące spłaty kredytów. Mój błąd, że od razu nie zgasiłam jej zapędów do przejęcia kontroli nad matczynymi, pożal się boże, finansami. Ale myślałam, że dobra- zajmie się tym i da spokój. Mało tego - podałam jej mój numer telefon. Naiwniaczka, sądziłam, że od długiego i częstego ględzenia powstrzyma ją koszt. Niestety! TP SA wprowadziło jakąś usługę dzięki której sąsiadka dzwonić do mnie może za darmo. I się zaczęło.
Telefony co drugi dzień, szczegółowe zdawanie relacji ze wszystkiego, pieczołowite wyliczanie grosików, które zostały po dojęciu sum takich to a takich. Każda rozmowa to co najmniej pół godziny ględzenia i powtarzania w kółko tego samego, przy jednoczesnym braku słuchania tego co mówię.
Zaparła się, że ona zajmie się maminymi długami. W sensie, że ustali ile i komu. Machnęłam ręką, sądziłam, że matka jej po prostu nie pozwoli w tym grzebać. Pozwoliła...
Dominika pojechała do babci i dzięki temu dostałam aktualny obraz sytuacji.
Pani Prezes przyłazi co chwila, ciągle ma coś do powiedzenia, do zapytania, do zdecydowania. Naciska matkę na leczenie, na wykup gotowych obiadów, na zmianę zamka, dorobienie kluczy i bóg wie co jeszcze.
Prócz niej przychodzi opiekunka z MOPSu dwa razy dziennie a do tego jeszcze Gośka-sąsiadka-koleżanka od kieliszka.
W efekcie w domu jest jak na dworcu. Baby ciągle łażą, gadają jedna przez drugą, a każda głośna i gadatliwa, każda namawia matkę na różne rzeczy, różne rzeczy jej mówiąc...
Kroplę przelało żądanie Pani Prezes by Dominika, która właśnie została właścicielką mieszkania matki na podstawie aktu darowizny, NOTARIALNIE dała komuś pełnomocnictwo do podpisywania UCHWAŁ WSPÓLNOTY MIESZKANIOWEJ.
Noż...Pani Prezes łaziła w tym celu kilka razy do matki i Dominiki, domagała się wręcz obecności przy notariuszu, wreszcie spasowała, ale zażądała dla siebie kopii aktu (!) bo jej to potrzebne do dokumentacji.
Zadzwoniłam żeby jej powiedzieć, żeby przestała się wygłupiać, że matka nie jest ubezwłasnowolniona i jest w stanie póki co podejmować własne decyzje. Miało być spokojnie, ale się nie dało. No nie dało. Nie słuchała mnie w ogóle, nadęła się gdy powiedziałam, żeby zostawiła sprawy matczynych długów w spokoju, bo prosiłam ją tylko o odbieranie emerytury i że trochę przesadza.
W efekcie wysyczała mi, że ona w takim razie odcina się od wszystkiego, radźcie sobie sami. Na co ja powiedziałam "no i dobrze" i rzuciłam słuchawką.
...Jeszcze mnie cholera trzęsie. Nie wiem. Jestem niewdzięczna? Czy naprawdę nie mogłam się pohamować? Być bardziej cierpliwa? ...Miałam rację? Czasem, z niektórymi ludźmi naprawdę nie da się rozmawiać po ludzku. Delikatnych aluzji nie łapią, a gdy im się wyrąbie prawdę wprost to się obrażają: "mogłaś powiedzieć od razu".
Dominika wraca jutro a jako bonus przywozi zrozumienie dlaczego ja za żadne skarby świata nie chciałabym zatrzymać tego mieszkania, dlaczego po każdym pobycie w Miasteczku wracam zmęczona, dlaczego przy każdym kontakcie z urzędami dostaję piany na pysku.
Okazało się, że np. Urząd Miasta chce aby Dominika NOTARIALNIE ustanowiła pełnomocnika, który w jej imieniu będzie odbierał korespondencję dotyczącą nieruchomości. Jaką? A na przykład informację o wysokości podatku od nieruchomości. Bo inaczej to każdy może sobie wziąć taki list..i...Co? Co do cholery może zrobić przestępca z informacją, że Pani XY posiada mieszkanie i płaci za nie 500zł podatku rocznie. Co zrobi przestępca z taką informacją? I czy na pewno nie dowie się tego samego w przyjacielskiej rozmowie z panią Zosią urzędniczką. Polska ma chyba jakąś paranoję, naprawdę.
A w efekcie chorego systemu najwięcej zarabiają notariusze jak widać.
Wiecie ile kosztuje akt darowizny mieszkania wartego około 100pln? 2000złotych. DWA TYSIĄCE! 5tysięcy koron! Tyle, ile przeciętny Polak zarabia w ciągu miesiąca.
Grrr...
Druga sprawa to mój aktualny szef..ale to temat na inny czas.

 

Brylantowy

takajedna_ja

Tola obudziła mnie, bo się wierciła.
Wrzuciłam na siebie dres, gumaki (rosa!), na Tolę szelki ze smyczą i pobiegłyśmy. Na ostatnich schodach Tola się jak zwykle zaparła. Zamknięte drzwi! Boję się!
Taaaak...Teraz będę miała w domu dwa autystyczne zwierzaki, dla których wszystko nowe jest okazją do protestu.
Ale ja nie o tym.
Słońce było nisko jeszcze, a trawa pod blokiem lśniła jak brylantowa kolia. Z daleka, zza budynku starej gazowni, widziałam unoszący się opar znad rzeki. Zatem Piesa szybkie siku i do domu. Aparat, torba, bo telefon, okulary, klucze i hajda!
Brylanty wszak to najlepsi przyjaciele dziewczyny. A mnie najbardziej do twarzy w tych nanizanych na źdźbła traw, na pajęczą nić, lśniących w kryształowym świetle porannego i, chyba koniecznie, warmińskiego słońca.
Patrząc na parującą Łynę, leniwie płynącą wśród zarośniętych ugorów, na wznoszące się ku lasowi wzgórze poczułam ściśnięcie serca. Takie znajome. Takie ...moje.
Bo mogę narzekać na ludzi, z którymi mi już kompletnie nie po drodze, na brzydotę miast, na smród spalin. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że warmińskie wzgórza, wijąca się Łyna, ogromne lasy i zarośnięte łąki to mój dawniejszy plaster na duszę, a dziś katalizator, który pozwala zajrzeć wgłąb siebie.
A teraz.
Mama śpi zwinięta w kłębek. Em chrapie rozdzierająco. Psica zajęła moje miejsce, śpi na wznak, z rozrzuconymi na boki łapkami, odsłaniając łaciaty brzuszek. Plamy słońca prześwietlają wirujący kurz. Zza otwartych drzwi balkonu wpadają odgłosy miasta, poranny chłód liże stopy.
Wszystko się zmienia.



Rozmowy

takajedna_ja

Samochód zaprotestował jęknięciem resorów.

Lekarka opiekująca się moją matką:
- Musi pani zorganizować opiekę nad mamą
- To mamy problem - westchnęłam
- To pani ma problem - odrzekła bezwzględnie.

Sąsiadka pod blokiem, gdzie spacerowałam z Tolą:
- Już myślałam, że to znowu ktoś obcy ze swoim psem, bo tu ciągle każdy z psem przychodzi. Ale zaraz postawimy tu płot i nie będzie spacerowania.

Kuzynka na wieść o ciężkiej chorobie mamy rzuciła:
-To musisz wrócić - lekkim tonem, jakby chodziło o wrócenie do domu po zapomniany telefon.

Znaleziona umowa pożyczki, którą zaciągnęła moja matka, powiedziała mi, że roczna, rzeczywista stopa oprocentowania wynosi 230%.

Olsztyn rozkopany na trzech najgłówniejszych ulicach miasta. Ulicach, których ominięcie jest praktycznie niemożliwe jeśli chcesz dojechać z jednego końca miasta na drugi. A informacji o możliwym objeździe po prostu nie ma.

Pagórki, lasy, krzywe opłotki, niekoszona trawa na trawnikach, balsamiczne powietrze za miastem i spalinowy smog w Miasteczku.

Hodowca, od którego mamy Tolę, obdarowujący nas darami eko ze swojej piwniczki i zapraszający w odwiedziny jak tylko będziemy mogli.

Bezinteresowna życzliwość pań w opiece społecznej, gdzie udałam się w poszukiwaniu opieki dla mamy.

Córki zgromadzone przy łóżku kobiety leżącej na sali z moją mamą. Córki myjące, zmieniające pościel, pampersa, córki karmiące.

Składowisko palet za płotem, na którym wisi ogłoszenie "TANIE NOCLEGI"

Sklepy, sklepiki, stragany, zakłady i zakładziki. Szyldy, banery, reklamy, ogłoszenia wszelkiej maści. Oraz nieśmiertelna "goła baba" reklamująca wszystko. Od wakacji w ciepłych krajach po usługi hydrauliczne.

To wszystko mówi mi:
Witamy w Polsce.

Można nie kochać cię i żyć, ale nie można owocować*

takajedna_ja

 

 

 

W dzień niebo się zaśmiewa,
a nocą się zagwieżdża,
gwiazdy w gniazda spadają.
Żal będzie stąd odjeżdżać.

Tu jestem...inna. Mniej narzekająca, mniej zgorzkniała. Widzę jaśniej i dalej.
Pierwsze chwile po przyjeździe jeszcze sączy się ze mnie strumień utyskiwań, czarnowidztwa i ogólnego niezadowolenia.
A potem...
Pagórki biorą mnie w objęcia. Wijąca się rzeka kołysze. Jezioro głaszcze. Lasy szepczą do ucha tkliwe słowa. Boćki klekoczą nad głową. Codziennie na nowo odkrywam jak piękny może być widok tak bardzo znajomy a co dzień inny. Ze snu, niepodziewanie, budzi mnie Konstanty Ildefons:
Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?
Opada ze mnie to, co nielubiane. Znów jestem pełna optymizmu. Opada ze mnie małostkowość, pogarda, chłód duszy. Mam chęć kochać.
.
Do snu kołysze Gałczyński:
Ze wszystkich kobiet świata najpiękniejsza jest noc
Może to ta kraina. Może ludzie. Może coś w powietrzu. Może wszystko razem.
Moje baterie są znowu pełne. Na jak długo wystarczą? Już wiem, że muszę energią gospodarować oszczędnie. I spróbować wziąć coś na zapas. Może zdjęcia? Może obraz samej siebie, tej tutaj? Może...wiarę? Że wciąż jestem  Kasia z Warmii, z Miasteczka, a nie taka jedna ze Szwecji.
Jeszcze tyle byłoby do pisania,
nie wystarczą tu żadne słowa:
o wiewiórkach, o bocianach,
o łąkach sfałdowanych jak suknia balowa,
o białych motylach jak listy latające,
o zieleniach śmiesznych pod świerkami,
o tych sztukach, które robi słońce,
gdy się zacznie bawić kolorami;
i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie,
czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć
patrzy w las jak w śmieszny rysunek

i przeciera oślepłe oczy,
dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy
i na serce kładzie mech jak opatrunek.


*Wisława Szymborska
( A do tego Dire Straits „Why worry”. Z tymi wierszami, tą muzyką i tymi słowami obudziło mnie dziś rano słońce zaglądające w oczy.)

 

I cóż, że z Polski - ciąg dalszy

takajedna_ja


W Polsce brakuje mi mobilności. Powinnam przywieźć tu sobie rower, wtedy mogłabym łatwiej przemieszczać się w poszukiwaniu miejsc.
Tylko ten przeraźliwy tłok na drogach. I ludzie jeżdżący jak szaleńcy. Ciężarówka mknąc przez wieś z prędkością daleką od 50km/h.
Auto z rodziną wjeżdżające na remontowaną drogę na czerwonym świetle i  jeszcze na tej drodze wyprzedzające innego szaleńca.
Motocyklista, nawiasem mówiąc prawie członek rodziny, siadający na motor po spożyciu albo przynajmniej na ciężkim kacu.
O tych, co się pchają na trzeciego, tych ścinających zakręty, oraz tych co mkną po dziurawej, krętej drodze na złamanie karku już nie wspominam, bo to szokuje już chyba tylko nas – przybyszy z krainy „gubbe* zatrzymuje się przed każdym skrzyżowaniem i kilka minut czeka na decyzje tego po drugiej stronie” .
Przeraził mnie jeszcze fotelik, w jakim wożona jest Zuzia. Jezus Maria! Czy jest w Pl możliwość wypożyczenia fotelika? Bo ten, którego używa Zuzi ojciec w PL to fotelik dostosowany bardziej dla małych dzieci. I to taki sprzed co najmniej lat 15. Niestabilny, przypinany do siedzenia pasem idącym poprzez siedzące dziecko! Już wiem dlaczego usłyszałam o wypadku w którym pas obciął dziecku głowę! W szmateksie widziałam podobny i już wiem skąd się wziął. To już naprawdę bezpieczniejszy byłby pierwszy lepszy z hipermarketu przemysłowego! One przynajmniej mają współczesne atesty i inny system mocowania!
Nasz, polecany i atestowany przez Volvo, nowy, kupiony specjalnie do transportu Zuzi,  został w Szwecji, bo przecież w drodze powrotnej zabieramy gości. Tak, drogi był, wzięty na raty. Nie, nie wahaliśmy się ani chwili, bo Zuzia to najdroższe co mamy.
Zastanawiam się skąd w ludziach to przekonanie, ta naiwna wiara „a, nic się nie stanie”. Przecież wypadki są tak codzienne na polskich drogach, ale każdy myśli, że jego to nie dotyczy. Będę jechał ostrożnie – myślą sobie. Nie myślą, że naprzeciwko mogą spotkać szaleńca, który też uważa, że jazda na przeciwległym pasie, z prędkością 140km/h to jazda ostrożna. Chyba wolę jednak sposób jazdy na „gubbe”.

Wczoraj deszcz.
Krążyłam po Miasteczku szukając fryzjera, który mnie przyjmie. Było chłodnawo, powietrze świeże, oczyszczone przez popadujący drobny deszczyk, który naraz zmienił się w ulewę. Krople waliły o ziemię tworząc bąble na kałużach. Ulice spływały potokami wody. Stałam pod jakimś daszkiem, obok wiaty pokrytej blachą falistą. Deszcz bębnił o drewniane okapy, o tę blachę, powietrze się rozpachniło. Mogłabym tak stać długo jeszcze, ale deszcz ustał. Weszłam do szmateksu, a gdy wyszłam po strumieniach wody ni śladu.
Dałam sobie spokój z fryzjerem. W pomieszczenia wdarła się wilgoć co w połączeniu z zatrzymaną temperaturą dni ostatnich robiło saunę parową. Niekomfortowa atmosfera do bliższych kontaktów fizycznych.
Jadę zaraz na wieś.
Mój kolega Antoni inauguruje dziś przydomowy basen. Będzie „Twisting by the pool”. Będą drinki w wisienką, zamiast parasolki. Bezalkoholowe. Antoni ma bowiem lat 7. Przy okazji muszę mu pokazać jak się pobiera załączniki z maila. Może jego rodzice będą w końcu mogli oglądać zdjęcia normalnie a nie przez maila. Zrezygnowałam z cywilizowania Wieśniaków.

Ach! I jeszcze coś!
Wieczorem, przy zachodzącym za lasem słońcu usiłowałam zrobić jakieś zdjęcia.
Koło mnie kręciła się dwójka dzieci na rowerach.
- Dżastin, poczekaj! – wołała dziewczynka.
- Przepraszam...a czemu pani robi zdjęcia? – odważył się wreszcie chłopiec. Dżastin. A może Dastin.
- Pani na pewno robi zdjęcia dla ładnych rzeczy – wyjaśniła dziewczynka.
- A pani mówi po polsku czy jeszcze w jakimś innym języku? Po szwedzku? A po niemiecku?
- A skąd pani jest? Ze Szwecji? A to nie wiem gdzie leży. Geografia? Nie wiem czy mam...Zaraz...To takie co się uczy o ziemi? A to coś mam takiego, ale my tylko o Niemcach się uczymy.
- Przepraszam, ja wiem, że dorosłych nie powinno się o to pytać, ale ile pani ma lat?
- A dlaczego pani robi zdjęcia. Nie, nie dlaczego. Dla czego?
- Tak jak powiedziałaś – odpowiedziałam i na to – Robię zdjęcia temu, co mi się podoba. Temu, co chciałabym zatrzymać. Temu co lubię. Zobacz, teraz jest lato, gorąco. Kiedy przyjdzie zima, będzie szaro, zimno i smutno. Wtedy otworzę album i będę znowu mogła popatrzeć na lato. Mogę ci zrobić zdjęcie? Dziękuję. Widzisz? Jak przyjdzie zima to i naszą rozmowę sobie przypomnę.
- Ale ja brzydko wychodzę na zdjęciach - zmartwiła się.
- Wcale nie, jesteś śliczna i na zdjęciu też, sama zobacz.

Czy ja mówiłam, że nie znoszę dzieci?  

 

*gubbe – szwedzkie słówko oznaczające staruszka, człowieczka, gostka. Można mówić „gammal gubbe” wtedy to jest staruszek, ale pieszczotliwie, dzieci w przedszkolu wołały gubbe na ludzika lego.



I cóż, że z Polski tym razem

takajedna_ja

29 lipca
Od prawie dwóch miesięcy w Miasteczku trwa upał i prawie nie padało. Wszystko jest żółte, drzewa wyglądają jak w połowie września.
Z nieba leje się żar.
W Olsztynie jest jeszcze gorzej.
Nie ma wielkiego jeziora na końcu ulicy, nie ma gdzie się schować. Wczoraj cały dzień na wsi, mały spęd towarzyski. Dom, nawet najlepiej chroniony, pozamykany, z dachem dająe wicym cień dookoła, z grubymi murami. Nawet w takim domu upał daje się we znaki. Kamienie na schodach...parzą. Noc też gorąca. I za krótka by choć trochę obniżyć temperaturę.
W Olsztynie spadł dziś deszcz. Wielkie krople padały z nieba i momentalnie wysychały. Zaraz za tablicą obwieszczającą koniec miasta deszcz ustał.

Byłam u ortopedy.
Zapomniałam płyty z RTG! Psia krew!
Lekarz postury niedźwiedzia. Mało przyjemny. Niekontaktowy. Pozwolił mi na dwa zdania wyjaśnienia co się stało. Ujął moją stopę i zaczął naciskać. Spojrzałam. Upał. Sandały. Stopa nie tchnęła świeżością. Miał zamknięte oczy.
- Tu boli?
- Tu ?
- A tu?
- Ałaaaaaaaaaaaaaa! – zawyłam. Wprawny palec trafił w miejsce, o którym dotąd nie wiedziałam, że mam i że może boleć.
- Acha. Podejrzewam, że tu było złamanie – TU to zewnętrzna krawędź stopy, mniej więcej w części środkowej.
- Gapa ze mnie, że zdjęcia nie wzięłam- pokajałam się – Ale opis mówił, że nie ma złamania.
Ugniatał mi dalej stopę.
- Gapa- zgodził się. – Jakbym ja czytał opisy to bym na chleb nie zarobił.
Sięgnął do szafki.
- But poproszę. Trzeba wyszpotawić to odciąży ten bolący odcinek.
Położył wkładkę.
- Pochodzić. Niewygodnie? Uwiera? Czuć dyskomfort?
- No. To tak ze 12 tygodni z taką wkładką. Drugą pani sobie włoży do innych butów. Rozliczy się pani w rejestracji. Do widzenia.
12 tygodni. Pomoże? Zobaczymy.
Przypomniała mi się scena z Wielkiej Majówki. Rewiński w roli kapitana statku pływającego po Wiśle, snującego opowieści wilka morskiego.
A potem inna scena. Rewiński:
- Wyspy Bahama...trójkąt bermudzki...Panie, ja w życiu w Szczecinie nie byłem.
Kurtyna.
Gorąco.
Głowa boli nieprzerwanie.


31 lipca

Wczoraj spotkanie z Zuzią po dwóch, nie, po trzech tygodniach niewidzenia się. Malutka rzuciła mi się w ramiona ze słowami
-Tęskniłam za tobą.
A potem roznosiła samochód szczęściem i gadaniem.
Potem oczywiście zwyczajowa próba sił. Więc trzeba było użyć tak zwanego autorytetu czyli leciutko huknąć.
Objazd Warmii przy okazji wizyty w Galinach.
Niebo ciężkie, burzowe. Słońce smagające ziemię jak batem. Pył. I wyschnięte na żółto wszystko wokół.
W Galinach wspięłam się na wysoki pagórek. Pagórkowata perspektywa.
Złota, pofalowana linia pola, wijąca się wokół piaszczysta droga a dalej soczysta zieleń i błękit jeziora. Poszłabym...
Widok tak piękny, że chwyta za serce. Warmiński. Jedyny.
Tylko ten upał.
Prawie nie wyjmuję aparatu. Nie mam siły. Niewiele widzę tych cudów, za którymi tęsknię w płaskiej, nieprzyjaznej Szwecji.
Głowa domaga się zmiłowania.
Chyba zacznę chodzić w kapeluszu na ulicy. Ludzie powiedzą, że rżnę damę, że mi zagranica w główce pomieszała. Już pewnie tak mówią, bo stałam się nieczuła na fałszywe, wymagane konwenansami uśmiechy i pogaduszki.

Spotkany na wsi Jacek jest człowiekiem, który ma bardzo duże znaczenie w środowiskach terapii uzależnień. Czy to jakiś znak?
Ale jego żona...Ach!
Ten spokój, ta łagodność. I uroda. Marysia Gładkowska żywcem zdjęta z ekranu. ...Mogłabym się „zakochać”. Ciekawi mnie.
Dziś pochmurno. Popada?
Padało na wsi wczoraj. Spokojny deszcz trwał może z półgodziny. Prawie słyszałam jak umęczona ziemia drży z ulgi. Powietrze zrobiło się słodkie. Krwiopijcy wyszli na żer.
W Miasteczku znowu nie spadła ani kropla.

O co chodzi z tym internetem???
Kupiłam „gwizdek”. Kartę Orange, wykonałam zalecane operacje...0,5 GB zeżarło mi w 10minut. Następnego dnia doładowałam za 10zł. Miałam mieć 125 MB. Poszło w minut 8.
W obu wypadkach to samo: otworzyłam gmaila i facebooka. Wrzuciłam jedno zdjęcie o wielkości ok. 100kb. Nie rozumiem. 

 Zresetowałam komputer, bo może w tle coś ściąga albo wysyła?



PS.
Nowa karta, inny operator, działa.
Popadało i daje się oddychać. Pierwszy od dawna dzień bez tabletki na ból głowy.


Reisefieber na odwrót

takajedna_ja

Nie wiem w jakie słowa ubrać wrażenia. Jedno jest pewne: w większości  to słowa dobre...
Nie wiem czy mojego oglądu nie zakłóca schorzenie na które zapadłam jakiś czas temu. Schorzenie nosi nazwę „Sopliców choroba” ale choroba, choć czyni postępy tak całkiem różowo patrzeć nie daje. A czasem, chyba wolałabym.
Wolałabym na przykład poprzez różowe okulary widzieć sytuację ludzi starych w Polsce. Moja matka i teściowa są dla mnie przykładem, że ludzie starsi nie mają w Polsce lekko. Prawdą jest, że najbliżsi sąsiedzi robią co mogą, by im życie ułatwić w przeciwieństwie do osób pracujących w różnych instytucjach, których zadaniem jest właśnie pomoc takim ludziom.
Powala mnie samowola i bezprawie obecne na każdym kroku.
Od kilku lat nie mogę nadziwić się na przykład obecności hotelu w centrum Miasteczka. Miasteczko ma niską zabudowę a wyjątek stanowi usytuowana nad Łyną Bazylika Mniejsza, która góruje nad Miasteczkiem. Mała, przysadzista Baszta Bociania (niestety teraz już bez bocianów) znajduje się kawałek dalej nad tą samą rzeką. Pomiędzy nimi znajduje się kilka szachulcowych budynków starej fabryki cukierków oraz tzw. Białe Bloki, wybudowane w latach 50-tych w miejsce starego rynku. I naraz, spomiędzy tych budynków, wyrasta hotel Wiktoria (a może Victoria, nie pamiętam). Wielkie, zwaliste gmaszysko, co najmniej jednym piętrem górujące nad wszystkimi innymi budynkami, ni w pięć ni w dziewięć opatrzone spadzistym dachem z wykuszami. Od lat częściowo tylko wykończone, samo w sobie brzydkie jak koszmar architekta, w tym otoczeniu sprawia, że człowiekowi coś się robi jak nań patrzy. Kto? Kto? TO zatwierdził? Kto zezwolił na coś takiego i na zawsze oszpecił mi miasto? Na ogniu bym przypalała, albo jeszcze lepiej – skazałabym na dożywotnie mieszkanie w bloku naprzeciwko z widokiem na owe monstrum.
Nieco dalej, przy drodze nr51 oraz przy ulicy Emila Rzeszutka bogacze postawili kilka kamienic...
Plany w tym miejscu były takie, że powstanie zwarta zabudowa, stylizowana na stare kamieniczki. Ci, którzy wybudowali się pierwsi jakoś temu sprostali.  Kamieniczki mają styl, są powykańczane, z ładnymi elementami, ukwiecone i porządne. Te nowsze już tylko straszą. Z braku miejsca wszerz – poszły w górę, niektóre z nich od pierwszego piętra rosną wszerz, wiele z nich straszy szarym betonem na fasadach, pustymi, brudnymi oknami i bałaganem w około.
Koszmar!
Tego obrazka dopełnia zamurowany balkon w jednym z Białych Bloków  stojących tuż przy rondzie przy drodze 51.
Piszę o tych koszmarkach w kontekście samowoli i bezprawia, bo naprawdę nie wierzę, że ktokolwiek mógłby wydać zgodę na takie coś. No chyba, że był albo ślepy albo bardzo łasy na pieniądze...
O historiach jakich się nasłuchałam i w telewizji i od znajomych nawet nie będę wspominać. Są to historie które można opatrzyć tytułami „Pan na zagrodzie równy wojewodzie a biednemu zawsze wiatr w oczy” i są to historie prawdziwe.
No.
Reszta to już samo dobre. Drogi, remonty zabytków, obiekty użyteczności publicznej. Coraz ich więcej, coraz lepszych, coraz ładniejszych. Żebyście wiedzieli jak to cieszy!
Ale najpiękniejsza jest jak zawsze natura.
Przyszło mi do głowy, że tworząc Warmię Pan Bóg musiał być w najlepszej swojej formie. Chciałam wysiadać, przytulać każdy pagórek i co rusz wilgotniały mi oczy. Ach ta alergia, hehe...
Natura była mi łaskawa. Obdarowała mnie jednym, zamglonym porankiem, który wykorzystałam na maksa. Zdjęciami jakie zrobiłam, bawię się jak dziecko nową lalką <kliknij>.
Już dawno tak mi się nie trafiło.
No i byli jeszcze ludzie...Dużo ludzi, dużo spotkań, gadania, gadania, gadania. A i tak nie dałam rady spotkać się ze wszystkimi, z którymi bardzo chciałam. Tak to jest, jak 4 w dni chce się nadrobić kilka miesięcy nieobecności.
I jeszcze tylko historyjka o Zuzi, dla potomności.
Zuzia też była w Polsce, ze swoim tatą, który przygotowywał się do ślubu.
Odebraliśmy ją od cioci i kuzynek w jedno popołudnie. Maluch wkleił się najpierw we mnie, potem w dziadka.
Kinga, chrzestna matka i siostra cioteczna Zuzi zdawała relację, gdzie były, co robiły:
-...a u Chińczyka przyczepiła się do sandałków, jedne jedyne stały, jej rozmiar, ale nie mierzyłam, bo by mi wtedy nie dała wyjść bez nich, to pomyślałam, że mamę albo babcię tam poślę...
Pojechaliśmy do Strusiolandii. Jakie to wielkie ptaszyska! O matko!
Zuzia najpierw była zdystansowana do otoczenia, jak to ona. Ale zapałała gwałtowną miłością do białego konika.
- Ja teć pójdem. S Ustynkom. Na konik. I będę tak hopa-hopa na koniku. Bjałym. I będą „blawo Zuzia” „blawooo” i o tak – klaskała w rączki.
Zasnęła w samochodzie, z ciasteczkiem w rączce,  pełna wrażeń, szczęśliwa.
Nie budziliśmy, choć miała obiecane lody. Wysłałam męża na zakupy, bo mu się gazety jakieś marzyły a nie miał kiedy. Sama zostałam ze śpiącym dzieckiem na parkingu, w cieniu. Uchyliłam okno, wyjęłam telefon i bawiłam się gierkami. Mąż tę błogą chwilę „bycia nigdzie” zakłócał mi telefonami.
- A jaki Zuzia ma rozmiar buta?
- A jaki rozmiar ubrań?
Przyszedł, podsunął telefon pod nos, żebym wybrała które sandałki. No  bo skoro dziecko chciało różowe sandałki...
Wybrałam, pouczyłam na co ma patrzeć. Poszedł.
Wrócił z sandałkami i kiecką w łososiowe grochy, na sztywnej halce z bolerkiem w takim samym kolorze jak grochy.  Piękna kiecka, w sam raz na wesele taty.
Wreszcie dziecko się zbudziło. Rozbudziło. Natychmiast ze słowami
- Idziemy na lody? Lózowe lody!
Co było robić? Obiecane –dotrzymane.
Po lodach, już w samochodzie dziadziu cały szczęśliwy podał wnusi pudełko z butami.
- Zobacz jaki ci buty kupiłem...
Otworzyła...i mina jej zrzedła. Podkówka. Ojej...Dlaczego?! Przecież ładne – ciemnoróżowe, z serduszkiem i cekinami.
- Bo ja ciałam ...te s Kingą...-głosik pełen rozczarowania.
- Ale ten sklep jest zamknięty. – tłumaczyliśmy w drodze powrotnej do Miasteczka.  Może zapomni, łudziliśmy się. Może zapomni zajmie się króliczkiem u Prababci Ani ( mamy dziadka). Akurat! Ledwie zeszliśmy po schodach.
- A buty?
- Ale zamknięte. Chcesz zobaczyć, że zamknięte?
- Tak. Ja sprawdzę! – odgrażała się.
Sprawdziła osobiście ciągnąc zamknięte drzwi. I dopiero wtedy się pogodziła.
Ale nowe sandałki kazała sobie założyć jeszcze w Olsztynie na parkingu.
Chińskie sandałki, nawet nie takie koszmarne, dziadek kupił w ostatniej chwili przed naszym odjazdem. Będzie się Zuzia cieszyć jak wróci z Polski.



Wnioski czyli ...

takajedna_ja

Odezwa do rodaków

Drodzy rodacy! W ostatnim czasie zwizytowałam moją ojczyznę i muszę wam powiedzieć, że nie jest zbyt dobrze.
Wiadomo, że świat się przeludnia i ludzie zmuszani są do wędrówki w celu znalezienia sobie innej przestrzeni życiowej. To groźne zjawisko dotyka także Polskę. Jeśli nie poczynimy jakichś kroków obcy najadą nasz kraj i zadomowią się w nim. Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy by ich do tego zniechęcić.  Moja ostatnia, krótka wizytacja kraju odsłoniła pewne niedociągnięcia nad którymi należy pochylić się z troską. Pozwólcie, że je tutaj przedstawię.

Polska jest nadal piękna, choć mieszkający tam ludzie robią wszystko żeby jej piękno ukryć.
Do ukrycia piękna służą ogromne reklamy stojące przy drogach, skutecznie zasłaniające widok i spokojnie mogące zastąpić ekrany przeciwhałasowe. W planach dalszych do zasłaniania urody Polski służą ogromne domy. Domy te mają co najmniej jedno ale najczęściej dwa a często i trzy piętra. Ich cechą charakterystyczną jest rozdmuchana nie tylko wzwyż ale wszerz kubatura oraz kilkustopniowe dachy z wykuszami, kukułkami i "bawolimi oczami". Większość z nich piętra ma niezagospodarowane, o czym świadczą pokryte kurzem okna. Tak samo większość z nich jest pokryta szarym tynkiem, ale często nie do końca.
Brawo planiści, urbaniści, architekci oraz inwestorzy.  200-300 metrów kwadratowych domu dla jednej rodziny to daje przestrzeń. I możliwości. I skutecznie zasłania krajobraz.
Krajobraz skutecznie też zasłaniają, a nawet go likwidują, parkujące wszędzie samochody. Tu po raz kolejny kłaniam się urbanistom i inwestorom. Udowadniacie, że projektując nowe osiedle domów mieszkalnych naprawdę nie trzeba brać pod uwagę samochodów. Ludzie jak widać zawsze sobie znajdą jakieś miejsce na parking. A cel osiągnięty: nikt się nie domyśli, że za sznurkiem samochodów może być coś wartego obejrzenia. A nawet jeśli...I tak nikt się pomiędzy nimi nie przeciśnie i nie sprawdzi.
Oczywiście te wszystkie wielkie domy finansowane są z tych minimalnych płac, śmieciowych umów i głodowych rent. Samochody także...I dobrze! Bo przecież w Polsce nędza, korupcja, afera za aferą, państwowe i unijne pieniądze są rozkradane więc wszystko popada w ruinę a dróg jak nie było tak nie ma lepszych. Media to mówią a media przecież nareszcie mogą mówić bez cenzury. Więc mówią. Nie przyjeżdżaj Europejczyku do Polski, nieeee...
Jak jednak jakiś się zdecyduje i pomimo powyższych zabiegów uparcie będzie trwał w Kraju nad Wisłą to się go zniechęci na inny sposób.
Na przykład hałasem.
Wszędzie gra muzyka. Skoczna, głośna dyskotekowa muzyka, na jedną nutę, ale na wszelki wypadek w każdym sklepie, (uups! W Polsce już przecież nie ma sklepów! Są galerie, centra, światy) w każdej galerii handlowej w innym rytmie. W autobusach dalekobieżnych można sobie zamiast słuchania skocznej muzyki, obejrzeć film. Głośno, żeby nikt, przypadkiem słówka nie uronił. Nie ma tak, że ktoś nie chce, nie lubi, ma ból głowy. Musi. Polak musi, wszyscy wiemy.   
(Anglika to dławi, Francuza to dusi, a Polak- musi!
Nawet jeśli i jego mierzi to i skręca
to się dla innych Polaków poświęca
bo tak nań popatrzą inni Polonusi
że Polak musi!)
Tego właśnie brakuje na ulicach! Może do tych wielkich, migotliwych telebimów, wyświetlających reklamy całą dobę dodać jeszcze dźwięk?  To by byłoby coś jak z futurystycznych filmów, a mogłoby skutecznie zniechęcić obcych.

Muszę wam jednak powiedzieć moi drodzy rodacy, że staracie się za mało. No za mało! Wciąż jest jeszcze kilka miejsc nie rozjechanych samochodami, nie zaśmieconych reklamami i wielkimi domiszczami. Wiecie które to miejsca ? Czy mam palcem pokazać ? To trzeba zmienić! To nie może tak być, że są miejsca ciche, z szumem wiatru i pluskaniem wody. Gdzie przyroda sobie robi co chce. Rośnie jak chce, mnoży się jak chce, nieprzyzwoicie bujna, nieprzyzwoicie bogata. Obcy tylko na takie okazje czyhają. Trzeba to jak najszybciej zmienić. I od razu wam mówię: zmyślne rozsypywanie śmieci w co ładniejszych zakątkach sprawy nie załatwia. Rozumiemy się?

I do tego te kobiety. Mimo powszechnej tandety w sklepach odzieżowych dla zwykłych ludzi one wciąż ubierają się różnorodnie a ładnie. A jakie są zgrabne! Nad tym trzeba popracować. Może burki..? Sądząc po zwiększonej ilości osób pochodzenia arabskiego na ulicach, mogę podejrzewać, że istnieje taki plan...Panowie - Polacy uczynili duży krok na przód w tej ewolucji. Oni już wyprzedzili swoje matki, żony i kochanki. Hodują brzuchy z równym zapałem jak nie hodują zębów. Niech się Europejki nimi nie interesują, polski mężczyzna już nie jest na eksport! Chyba dość ich wyjechało, skoro w mieście 10-tysięcznym nie można znaleźć takiego, który umiejętnie dokręci śrubkę w lampce albo pomaluje łazienkę nie zamalowując przy tym kranu i wanny. Tak trzymać panowie!

Nieuprzejmy, burkliwy personel w sklepach marketach spożywczych naprawdę nie zrobi wszystkiego za was, drodzy rodacy. Obcy przyjadą skuszeni różnorodnością towarów na półkach! Przyjadą i będą się domagali prawa zakupu. Po czym kupią i wywiozą!  Nie zrazi ich nawet brak możliwości płacenia kartą oraz permanentne „nie mam wydać” nawet z banknotu 10-złotowego. Nic z tego. Sprawę mogłoby częściowo załatwić ustawienie przy każdym bankomacie pana, który będzie chciał sprzedać cegłę. Choć muszę przyznać, że pomysł z egipskim ciemnościami wokół, to majstersztyk. No ale nie działa wszak cały rok! A i do ciemności można przywyknąć czego dowodem są moi rodacy spacerujący po ulicach mimo wszystko. Często nawet pojedynczo! Jest zdecydowanie za bezpiecznie. To należy zmienić.

Nie ma co się łudzić drodzy rządzący moją ojczyzną, że pracę za was wykonają służby na lotniskach. To że są nadęci i z ponurymi minami wykonują swoją pracę nie sprawi, że obcy zrezygnują. Może należałoby pomyśleć o wprowadzeniu wiz? Wszak w Ameryce to nadal działa...
Jest jednak coś co się udało na całej linii. To opieka zdrowotna. To jest mistrzostwo świata! Nakłonić wszystkich, jak Polska długa i szeroka, pracujących tam ludzi do chamskiego zachowania, permanentnej odmowy udzielania pomocy, traktowania pacjenta z góry, opierdzielania go i okładania winą za stan zdrowia własnego oraz zdrowia bliskich to musiało być trudne, ale jednak wykonalne, jak widać. Nie przejmujmy się pojedynczymi jednostkami, które są odporne na sugestie i nadal starają się leczyć skutecznie. Prędzej czy później nakłoni się je do zmiany zachowania na właściwe, albo...
Ten sukces jednak trzeba pokazać światu! To powinien być sztandarowy, eksportowy produkt polski. Należałoby nawet zaproponować szkolenia w tym zakresie innym państwom Unii, które borykają się z problemem nadmiernej imigracji. Cóż bowiem skuteczniej zniechęci obcych do przyjazdu niż przekaz „jak zachorujesz to na własne ryzyko”.
Gratuluję pomysłu z całych sił.
Pozostaję z nadzieją, że moje uwagi będą pomocne.
Wasza
KasiaP

Wróciłam

takajedna_ja

Wróciłam.
Nieziemsko zmęczona, z rozhisteryzowanym żołądkiem, nieokreślonym uciskiem w skroniach co oczywiście mogło być skutkiem nadciągającego orkanu ale i dość skomplikowanej diety w Polsce.
Ugadana jestem po ból języka, zaopatrzona w świeżą lekturę na najbliższe dwa miesiące, a może i na nieco dłużej, bo pierwszy tom Gry o tron jest opasły, a w Polsce czekają kolejne jakby co.
Tematów do przemyślenia też mi na kilka tygodni wystarczy.
Pogodowe pragnienia spełniły mi się właściwie w nadmiarze, bo jak było słońce to od razu letnie (w sense pory roku) temperatury a ja pojechałam w zimowej kurtce i późnojesiennych butach, zamiast w trampkach. Było też trochę deszczu...Trochę jest eufemizmem, bo jak już padało to też na całego i wtedy kurtka narciarska i mocne buty trekkingowe się przydawały.
Zdjęć zrobiłam niewiele, bo jednak clou programu były spotkania z ludźmi ...Ale coś tam zrobiłam.
Zdjęcia są do obejrzenia na www.prowincjuszka.blox.pl

Także tu www.prowincjuszka.blox.pl

Także tu www.prowincjuszka.blox.pl

Oraz tu www.prowincjuszka.blox.pl

 

 

To ważne

takajedna_ja

Zakochiwanie was nie bierze, jak widzę.
Pewnie nadal trwacie w szoku po debacie na temat związków partnerskich. Miałam się wypowiedzieć. Potem pomyślałam, że po co ? Przekonanych nie trzeba przekonywać, nieprzekonani tu raczej nie zaglądają, a nawet jeśli to ich i tak nie przekonam. To co będę pianę bić.
Po czym przyszło mi do głowy, że jak wszyscy tak pomyślą, wszyscy przekonani, to nieprzekonani uznają, że to oni stanowią większość i normę społeczną.
A potem jeszcze odwodnik napisała tak, że nic dodać, nic ująć. Nie, no dodać mogę jedno: każda kochająca dziecko osoba, bez względu na wszystko, będzie zawsze o wiele lepszą alternatywą niż najlepiej nawet wyposażony dom dziecka. Także dwóch tatusiów lub dwie mamusie. 

A resztę bezczelnie przekopiuję od odwodnik

 
 
człowiekiem jestem

10 grudnia 1948 roku w Paryżu została uchwalona jednomyślnie Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Po II wojnie światowej najważniejsze było zapisanie, że

"uznanie przyrodzonej godności oraz równych i niezbywalnych praw wszystkich członków wspólnoty ludzkiej jest podstawą wolności, sprawiedliwości i pokoju świata"


"nieposzanowanie i nieprzestrzeganie praw człowieka doprowadziło do aktów barbarzyństwa"

To "odczłowieczanie" innych, wykluczanie ich z powodu jakiejś  cechy, na którą nie mieli wpływu rodzi agresję.  I nie mów mi, że prawo do aborcji, przeciwdziałanie dyskryminacji, związki partnerskie czy krzyż w sejmie to tematy zastępcze. To są tematy najważniejsze i nigdy ważniejszych nie będzie, jeśli nie chcesz widzieć swoich dzieci na barykadach (sprawdzić czy nie Terlikowski). Nie mów mi o deficycie w budżecie, o bankructwie ZUS, o podwyższonej składce rentowej, że niby to są poważne problemy. Nie próbuj też budzić we mnie poczucia winy z powodu tego, że 1/3 dzieci w Polsce żyje w ubóstwie albo w nędzy a ja tu o związkach partnerskich.

Po pierwsze wszyscy jesteśmy ludźmi. Po pierwsze nauczmy się szanować siebie nawzajem a potem zajmijmy się wszystkim innym.  

Jeśli dwoje kochających się dorosłych ludzi, chce wziąć ślub i obiecać sobie miłość, wierność i uczciwość to wszelkie głosy sprzeciwu są głosami przeciw prawom człowieka.

Jeśli jako argumentu w jednym zdaniu wymienia sie , że związki homoseksualne są wbrew naturze i wbrew religii to jest to zamach na podstawowe prawa logiki, bo nie ma nic bardziej nienaturalnego od religii. 

Jeśli chcesz mówić o nieprzydatności dla społeczeństwa, jałowości i obrzydliwości to mówisz o osobach samotnych, chorych, niepełnosprawnych starych i niedołężnych. Mówisz też o duchownych i zakonnicach. 

Jeśli obsesyjnie nurtuje cię, kto komu i co wkłada w tyłek, to gorąco namawiam do odstawienia porno, bo tylko tam narażasz się na takie widoki. W życiu to raczej mało prawdopodobne.

Zanim zaczniesz układać komuś życie i decydować, co powinien a czego nie powinien, policz do siedmiu miliardów. Tyle nas ludzi jest. 

Cieszę się, że ustawa o związkach partnerskich przepadła, bo wszystkie trzy projekty były bublem legislacyjnym, który by straszył latami. Cieszę się, że homoseksualizm doczekał się debaty publicznej, choć bulwersuje mnie język tej debaty. I radosna ignorancja naszych posłów. Czekam na odważny projekt zmiany definicji małżeństwa w konstytucji i, co za tym idzie, prawa do zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. 

A dzieci? 

Dzieci potrzebują miłości, wsparcia i bezpieczeństwa. I każda rodzina, która może to dziecku zapewnić jest dobra.

Nie przyjmuję argumentu, że dziecko "takich" rodziców będzie dyskryminowane. Chodziłam do małej wiejskiej szkoły. Najbardziej dręczone były dzieci biedne. Obrywały też dzieci grube,  w okularach, rude, krzywe, zezowate, dzieci mniejszości ukraińskiej i dzieci świadków Jehowy, dzieci nauczycieli i dzieci małżeństw mieszanych. Wachlarz ogromny. A konkluzja taka, że tatuś i mamusia to nie jest zestaw, który chroni dziecko przed prześladowaniem. Przed prześladowaniem chroni nasza NIEZGODA na nie. 

 

 

Państwo czyli ...?

takajedna_ja

Telewizję oglądam rzadko. Ale czasem coś zobaczę. Zazwyczaj gorzko żałuję, że zobaczyłam. Wczoraj wyjątkowo usłyszałam.
"Mam żal do Państwa Polskiego o tę katastrofę, bo to Państwo się do niej przyczyniło" . Tak mówiła jedna pani, wdowa po ofierze katastrofy sprzed 6 lat na Śląsku. Wiecie, tej na wystawie gołębi.
Ruszyło mnie, przyznaję. Ja rozumiem, że kobieta jest rozżalona, bo straciła męża. Nie ma znaczenia czy przed sześcioma dniami czy sześcioma laty. Ale co to za maniera jakaś się zrobiła, żeby o wszystko oskarżać państwo. Katastrofa - państwo winne, złodziej ukradł ludziom oszczędności - państwo winne, matka morduje dziecko państwo winne.
Ludzie. Kim lub czym jest państwo ? Definicja wg Wiedzy o społeczeństwie mówi, że Państwo to  wspólnota polityczna, współcześnie będąca najczęściej formą organizacji życia narodu (państwo narodowe).  
Naród (za Wikipedią) to: wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzona w procesie dziejowym, przejawiająca się w świadomości swych członków. 
Czyli mówiąc po naszemu - państwo to my. Ja, ty, pan i nawet ta pani, wdowa po hodowcy gołębi. 
Czy w takim razie ja, ty, pan i owa wdowa są winni tamtej katastrofy ? Naturalnie, że nie.
Wdowa zapewne miała na myśli rząd Polski, ale doprawdy. Nie przepadałam za entuzjastycznym Kaziem ani tym bardziej za jego partyjnym zwierzchnikiem, ani za jego bratem bliźniakiem ówczesnym prezydentem. Niemniej obarczanie ich winą za ową katastrofę uważam za przesadę. Tak jak przesadą wydaje mi się obarczanie winą rząd obecny.
Nie proszę pani, nie proszę pana.Nie zgadzam się na zbiorową odpowiedzialność. Bo jeśli wszyscy to tak naprawdę nikt jej nie ponosi. Państwo Polskie nie jest winne temu, że zdarzają się katastrofy i inne nieszczęścia. Zwykle winni są bardzo konkretni ludzie. Ci, którzy źle wykonali swoją pracę. Li i jedynie. I ich proszę oskarżać. A nie Państwo czyli między innymi mnie. 
 
 

...gdzie serce twoje

takajedna_ja
Kiedy się tak siedzi za Wielką Wodą i człowiek tylko czyta wiadomości to sobie różne obrazy maluje. Generalnie w głowie mu się lęgnie, że w Polsce żyć to jednak katastrofa. Firmy padają, nic się nie buduje, państwowe inwestycje służą jedynie przekrętom, drogi fatalne a ludzie żyją w nędzy. Szaro, buro i czarno.
A rzeczywistość zaskakuje. 
Drogi główne zbudowane lub przebudowane lub w budowie. Drogi boczne też coraz lepsze. Wszędzie coś się robi, wszędzie dźwigi, budowy, remonty. Praca wre nawet w sobotnie popołudnia. Nowe domy wyrastają jak grzyby po deszczu - tam, gdzie jeszcze rok temu widziałam ugór teraz wyrosło nowe osiedle. Bloki albo domki.
Sklepy to naprawdę zawrót głowy. Wybrać cokolwiek i nie zwariować to sztuka. Sklepy wielkie i te maleńkie. Wszystkie one funkcjonują, to znaczy, że maja klientów, to znaczy że ich klienci mają pieniądze. 
Nasz pobyt ograniczył się właściwie do Polski B a może i C - więc jak wyglądają metropolie ? Warszawa czy Poznań ? 
Dzieje się, to pewne. I dobrze, że się dzieje. Na olsztyńskiej starówce , w kawiarniach i kafejkach ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika to nie rzadkość. Tak, ja wiem - umowy śmieciowe, krótkoterminowe, no ale- praca jest.
Pewnie jak się widzi takie widoki na co dzień to one powszednieją i nie widzi się w tym nic nic niezwykłego. Inaczej jak się przyjeżdża raz na rok, wtedy widać jak wiele się w ciągu tych miesięcy zmieniło.
Ale wyraźnie wciąż działa medialna propaganda klęski, bo jak się rozmawia z ludźmi, to oni jakoś tego pędu nie widzą.
Ale żeby nie było, że tak słodko...
Ludzie w rozmaitych oficjalnych miejscach są nadal bardzo często nieuprzejmi. Jakby ich ktoś do pracy zmuszał. Z rozmów z ludźmi widać, że w Polsce "domniemanie niewinności" to wciąż tylko slogan, że prawa nie przestrzegają nawet ci co do jego egzekwowania są powołani. Kierowcy jeżdżą jakby mieli skłonności samobójcze - wyprzedzanie na trzeciego, nie, na czwartego to norma. Nie wiem ile razy miałam śmierć w oczach. I te wszędobylskie reklamy, banery, plakaty, ogłoszenia a drogi oznaczone nadal fatalnie a często reklama zasłania widoczność albo znaki. Mówiłam mężowi, że w Tarach to pewnie nawet Giewontu nie widać zza tych reklam.
No i EURO 2012. Flagi, gadżety, reklamy są wszędzie. Ale na trasie przejazdu przez Gdańsk do Gdyni nigdzie nie zobaczyłam drogowskazu na nowy stadion. Jak ci turyści mają tam trafić ? I czy w ogóle trafią ? EURO jest nadzieją i ludzie już się zastanawiają ile na tym zarobią. Nawet w Olsztynie. A moje odczucie jest takie, że nic nie zarobią albo tyle co kot napłakał.
Czy wiecie, że Polskę i w ogóle wiele państw dawnego bloku wschodniego, zachód postrzega jak dzicz ? Oni się dziwią, że w Polsce jest internet, nie wierzą jak mówię, że kawy może być więcej niż dwa gatunki, a szczytem zmotoryzowania jest Goteborg. Po za tym Polska to niebezpieczny kraj - tam czasem nawet mordują a okradają na każdym kroku. I teraz człowiek chce się wybrać na EURO do Polski (pewnie mu się roją przeżycia ekstremalne).
Myślicie, że ktoś kto ma takie pojęcie o Polsce przyjedzie tutaj z kieszeniami wypchanymi kasą ? To się mylicie. Przyjedzie z kartami płatniczymi. Li i jedynie. I wtedy się zdziwi. Na każdym kroku, nawet w dużych sklepach okazuje się, że płacić kartą się nie da albo że minimalna kwota zapłaty to 10 złotych. Tak jak mnie zdziwiła kawiarenka w Alfie, przy EMPIKu - pojechaliśmy po buty dla Zuzanki. Zozolowe picie zostało w samochodzie, dzieciak był zmęczony i spragniony, więc wściekle miotał się po podłodze a pani w pobliskim barku potrafiła jedynie ODBURKNĄĆ o tych 10 złotych. I tak samo zdziwiła mnie hurtownia AGD, gdzie chcieliśmy fajne kubeczki kupić. Tylko gotówka. Zdziwiłam się spektakularnie, że nie wiedziałam, że mi do głowy nie przyszło. Na co pani w kasie :
- Następnym razem jak pani przyjedzie...
"to już będziemy przyjmować karty" - dopowiedziałam sobie w duchu i szczęka mi opadła jak usłyszałam:
- ...to będzie pani wiedzieć.
I tak na każdym kroku. 

Ale za to widoki takie wszędzie, że klękajcie narody. To górki, pagórki, falujące łany zbóż, przekwitający już żółty rzepak, lasy, połyskujące jeziora. Matko kochana, co by nie mówić - Polska jest piękna! 
Nawiozłam sobie książek. 
Jak po pierwszym roku przyjechałam do Polski widziałam tylko to, co złe i brzydkie.
Po drugim roku - tylko dobre i piękne.
Po trzecim i takie i takie.
Mieszkam w Szwecji, tu mi dobrze, do Polski nie chcę wracać. Ale ta Polska we mnie jest, wciąż ważna, wciąż bliska. Może wreszcie osiągam równowagę ?

O tajmnicy w Poliszynelu, pakowaniu i nie tylko..

takajedna_ja
Z jednej strony czuję niedosyt. Za mało było widoków, za mało posiedzeń wieczornych z przyjaciółmi. Z drugiej strony - nie mogę się doczekać. Chcę...do domu. Do siebie. Do mojego łóżka, do kuchni.
Nie wiem czy przestrzeń życiowa zmniejszona o połowę ma tu aż takie znaczenie - w końcu po całych dniach nasze stadko rozłaziło się do swoich zajęć więc nie siedzieliśmy aż tak sobie na głowach.
Tak czy siak - dziś dzień ostatni. Jutro, wczesnym popołudniem wyruszamy. Nauczeni ostatnią wyprawą do Trójmiasta, podczas której 8 godzin spędziliśmy jadąc ale głównie stojąc w korkach, wyjeżdżamy ze stuprocentowym zapasem czasu.
Mamy zagwozdkę:
jak zmieścić do samochodu wózek+rowerek dziecięcy (Zozol dostał plastikowe paskudztwo na urodziny)+rower "dorosły"+normalne bagaże ? Że nie wspomnę o co najmniej 10 książkach, które wyłudziłam od mamy. No ale książki upchnę gdzie bądź, choćbym nawet miała na nich siedzieć. Co do wściekle zielonego rowerka Zozola miałam propozycję: przywiązać do zderzaka przy okazji zaliczy test na wytrzymałość.
Wczoraj ostatnie spotkania z przyjaciółkami. Dziwnie to brzmiało: do zobaczenia za rok.
- Powiem ci coś w tajemnicy - wyszeptałam do Żaby.
- W Tajemnicy Poliszynela ? - zapytała. Ano - tak wyszło.
Jakby co - polecam lody malinowe. Acha, a na upał - tylko grapefruitowe. Tamże, naturalnie.
Zmienna pogoda zafundowała mi dwudniową migrenę. Poszłam do lasu, do mojego lasu z aparatem. Wszystko cudnie, ale słońca nie było. Za to był nadmiar zębatych potworów. Miałam wrażenie, że jestem pożerana żywcem. Zwiałam po godzinie. Zdjęcia wyszły takie sobie - fotograf ze mnie taki tam, bez słońca moje zdjęcia sa szare ale na zimowe wspominki będzie brzezinka.
Za to wspomnienie po zębaczach nękało mnie jeszcze wczoraj w busie do Olsztyna. Ciekawe czy ludzie myśleli, że mam wszy bo tak się skrobałam po głowie.
A dziś znów leje...

 

Bohaterstwo a sprawa polska

takajedna_ja
Już od zarania dziejów Niemiec wyciągał rękę po nasze plemię aleśmy się nie dali i nawet bogówśmy się wyrzekli prastarych dla tego jedynego byle tylko Niemcowi pretekst do napaści odebrać.
Tak się zaczyna ta historia, a dalej wcale nie było gorzej. Bo to się trochę sąsiadów poszturchało co nieco im zabierając, potop szwedzki zatamowało i Turka spod Wiednia wygnało. A jak już nam ci wszyscy wrogowie jednak zaszkodzili i państwo rozebrali tośmy co i rusz jakieś powstanko zrobili. A komunistów kto podgryzał aż wygryzł na koniec i wyrugował z całej Europy marksistowsko-leninowskie plemię ?
Zatem Polak bohater jest, hardy, nieskłonny karku naginać. I wyraz temu musi dawać. No musi. Nawet jak czasy jakby nie te, zakusów obcej plugawej dłoni odpierać nie trzeba, Niemiec nam (i inny Szwed) dzieci wprawdzie germani, ale to przecież zupełnie inna sytuacja jak mawia moja córka.
Zatem Polak wolność (i wolnoć) akcentuje współcześnie gdzie się da.
Na przykład w samolocie. Każdej innej nacji przedstawiciel w samolocie pokornie pas zapina i wyłącza telefon zgodnie z zaleceniami załogi. A Polak ? A Polak nie. Bo pasy to dla mięczaków i jeszcze jakieś zakazy tylko po to by władzę pokazać. Nie. Pod siuś to Szweda bo Polak się nie da. Nie da się w żadne więzy pasy zakuć, nawet na drodze, w samochodzie choćby mu i wpierano, że to dla jego dobra i bezpieczeństwa. Polak plwa sobie na zakazy i kpi z niebezpieczeństwa. Wolny i na dodatek pierwszy w peletonie musi być, bez pasów co więżą i wiążą i co tam dziury, co tam kręta droga i podwójna ciągła. A kiedy motorem Polak jedzie to najchętniej bez kasku by jechał bo do bohaterstwa romantyzm wiatru we włosach pasuje.
Ale to nie wszystko. Bohaterski Polak, jak już wysiądzie ze swojego stalowego rumaka zbroi nie składa. O nie. Sporty ekstremalne Polak uprawiać lubi by nadmiar wigoru upuścić. Ale nie, nie żadne tam skoki na bungie, to dla mięczaków bo żadnego ryzyka w tym nie ma. Takie palenie paczki przemyconych zze wschodniej granicy papierosów dziennie to dopiero przygoda i adrenalina (nie wspominając już o samym procesie przemytu). Gdy po długich namowach rodziny, wszelkich naciskach z różnej strony wreszcie trafi do lekarza i po wyjściu z gabinetu odetchnie całą wypełnioną dymem z koziołków piersią „i znów mi się udało raka przechytrzyć” to wtedy Polak czuje, że żyje.
Albo takie imprezy rodzinne i towarzyskie.
Anglika to dławi, Francuza to dusi, a Polak - musi.
A Polak musi nawet jeśli i jego
mierzi to i skręca
to się dla innych Polaków poświęca.
Bo tak nań popatrzą inni Polonusi,
że Polak- musi
Taki maraton wśród rodaków – kto więcej wypije w jak najkrótszym czasie i pod stół nie wpadnie. Że kac na drugi dzień rano ? Aleśmy ten sztandar wysoko ponieśli i bar jednkowoż odbili.
Do ulubionego sposobu na okazanie bohaterstwa można zaliczyć jeszcze inne sporty ekstremalne:
- zbaczanie z wytyczonych ścieżek w Tatrach – najlepiej sprawdza się u tych co w góry wybrali się po raz pierwszy, najlepiej w odzieży typu klapki plażowe i krótkie spodenki,
- pływanie we wszelkiej maści pływadłach bez kapoka,
- praca na wysokości bez zabezpieczeń,
to tylko niektóre z wymienionych dyscyplin.
Polak na tym nie poprzestanie. Polak pójdzie dalej i palmę bohaterstwa przekaże dziecku. Zacznie od wsadzenia potomka na rowerek. Bez kasku, bez odblasków, najlepiej o zmroku. Niech się dziecko uczy jak mięczakom całej Europy pokazać kto tu twardzielem jest i bohaterem.

”Hej, kto szlachta- za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze!”

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci