Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Dzień 2 Magia

takajedna_ja

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się ...mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie "machnę ręką i pójdę dalej". Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle ...Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.


Urlop

takajedna_ja

Nienawidzę takiego stanu kiedy to zasnąć się nie da ale organizm jeszcze nie wypoczęty domaga się snu. Wstać się też nie da, bo kawy w zasięgu nie ma, a domownicy śpią.
Pierwszy urlopowy poranek.
Wschodzące nad Warszawą słońce barwi niebo na różowo. Jak podejdę do okna, widzę wszystkie warszawskie wieżowce na tle różowej zorzy poutykane pomiędzy zielenią. Warszawa wygląda jak miasto zbudowane w ogromnym parku. Wiem, że tak dobrze nie ma, ale teraz, o tej wczesnej godzinie czuję potrzebę zachwytu. Zza okna dobiega nieustanny szum samochodów. Warszawa, miasto, które nigdy nie śpi?

Hotel...jak hotel. Czysto jest. Strumień prysznica może zabić, umywalka w miejscu sitka ma dziurę czego nie znoszę a spłuczka nie przypomina Niagary.
Łóżko średnio wygodne,dość twarde.  Tylko jedna poduszka, w dodatku strasznie miękka, głowa mi się zapadała, musiałam podłożyć..własną kurtkę. Za to kołdra gruba i ciężka, sztywna. No ale blisko lotniska, piechotą około 20 minut. Usiłowałam znaleźć wyjście z terenu lotniska przez jakieś pół godziny. Chyba nikomu nie przyszło do głowy takie  rozwiązanie, bo przejść dla pieszych w okolicy nie uświadczyłam, więc kicałam jak zajączek przez szerokie ulice. Na szczęście dość puste. Jednak z walizką i ciężkim plecakiem. W temperaturze sauny. Jak już wreszcie wpadłam do pokoju zrzuciłam z siebie ubrania i wlazłam pod prysznic.
Ze Szwecji wylatywałam w miłych 23stopniach z porywistym wiatrem. Zestroiłam się jak pańcia...Czarne eleganckie rurki, głębokie trampki palladium, białą bluzka, żakiet...
Znaczy elegancja w wydaniu szwedzkim, haha. W warszawskim klimacie nagle to wszystko stało się za ciężkie, za grube, zbyt mało przewiewne.
Odświeżona prysznicem poczułam głód. Zamiast zejść do restauracji i wydać trzy dychy na żarcie poszukałam sklepiku, gdzie zaopatrzyłam się w serek wiejski, chlebek razowy, banany, wodę i delicje. Wydałam niewiele mniej ale mogłam zjeść to, na co miałam ochotę a nie to co było w karcie.
Dumna z siebie wróciłam do hotelu i...
No cóż. Jedliście kiedyś twarożek wiejski mieszadełkiem do kawy/herbaty?
Phi...niech się Japończycy schowają ze swoimi pałeczkami. Tak się cieszyłam. A potem nieopatrzny ruch ręką i mieszadełko okazało się bardzo sprężyste. A twarożek wydajny. Pstryk i moja kolacja była wszędzie. Na lustrze, na podłodze, na telewizorze.
Brawo Kasia.
TVN w śnieżącym telewizorze puszczał komedię z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer, ale nie dałam rady oglądać. Padłam. Choć trudno powiedzieć bym spała jak zabita.

...a gdzieś tam daleko, biedna Tosia szuka swojej pani...I czeka biedulka niespokojna, bo się jej jednostki w stadzie nie zgadzają. A Tosia, jak na dobrego pasterza przystało bardzo nie lubi takiej niesubordynacji. Stado ma być w komplecie i najlepiej trzymać się blisko siebie.
Strasznie dziwnie się śpi bez psiego pochrapywania, wiecie?

Oto widzisz, znowu idzie jesień

takajedna_ja

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato...I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując...wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jak z dziecięcej czytanki

takajedna_ja

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić - mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć - mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić - mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

- A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty...No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
- A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie...Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
- No mogłem zajść... A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i...




Przydługi wpis o pracy sprzątczki, utarczkach sommarjobb, oraz dlaczego myślenie jest jednak potrzebne

takajedna_ja

Monika na urlopie, więc przejęłam część jej obowiązków. W tym lunchrumm czyli stołówkę.
O siódmej weszłam tam, żeby posprzątać i natknęłam się na Linusa z jakąś dziewczyną z pracowników wakacyjnych.
Zrobiłam naburmuszoną minę i powiedziałam
- Do roboty! Ja tu będę sprzątać.
Panna oniemiała, Linus, który jednak trochę mnie zna, zaśmiał się i karnie zerwał się z krzesła.
Na rzecz panny zaśmiałam się i ja i powiedziałam:
- Ale wiesz, że ja tylko żartuję?
Linus poklepał mnie po ramieniu i stwierdził, że mam rację, bo jest siódma.
- Słusznie. Trzeba słuchać sprzątaczki. W Polsce sprzątaczka jest najważniejsza w firmie, nawet szef musi ją respektować- zgodziłam się. I pochwaliłam. Choć to już podobno dawno i nieprawda.
Z drugiej strony pamiętam jak na lotnisku Chopina, o świcie, na terminalu odlotów, wszystkie toalety były pozamykane, bo sprzątanie...
Oni poszli, ja się zamyśliłam.
Od niedawna, właściwie od powrotu do pracy po długiej przerwie związanej z chorobą mamy i moją, mam jakiś inny stosunek i do pracy sprzątaczki i do ludzi pracujących w sklepie.
Praca mnie nie wkurza, przeciwnie, zaczęłam znajdować w niej pewne zadowolenie. A i ludzie jakoś mi się bardziej życzliwi wydają. Nawet Bucek, który odkąd przeprowadziliśmy pogawędkę na temat planów urlopowych, sam szuka mnie wzrokiem i sam z siebie, z uśmiechem się kłania. Hm...
Cóż, nie zapominajmy, że Bucek to Bucek, ale co szkodzi cieszyć się tym co jest tu i teraz?
A, prawda. No tak. Yodit. Zastępczyni Moniki.
I tu będzie rozprawa o tym, że myślenie jest potrzebne nawet przy tak debilnej pracy jaką jest sprzątanie.
Owa Yodit pracowała za mnie całą wiosnę, gdym ja jak wiadomo zajmowała się czym innym. Założyłam więc, że po dwóch czy nawet trzech miesiącach naprawdę wie o co chodzi, co robimy, jak robimy, kiedy robimy i dlaczego tak.
Pierwsze zderzenie nastąpiło już w piątek.
Dziewczyna przyszła lekko spóźniona. Minuta, dwie...Może i się czepiam, może i jestem maniacko punktualna, ale z drugiej strony...Po coś ten czas rozpoczęcia pracy jest ustalony. Przy czym - minutę dwie po czasie wchodzi do sklepu, kolejna minuta nim przejdzie sklep, kolejna nim zdejmie kurtkę...Sorry, ale wg mnie 5:30 oznacza, że o tej porze zaczynamy pracę a nie, że do niej przychodzimy.
Potem było tak.
- Sprzątnęłaś toaletę na magazynie?
- Nie
- Okej, to musimy tam wrócić bo potem zapomnimy
- Dlaczego?
- Bo zapomnimy?
- Ale Andreas mi tego nie pokazywał!
Andreas to nasz aktualny przełożony, którego zadaniem jest pokazanie nowicjuszowi co i jak. Z praktyki wiem, że żaden nie szef nie pokaże co i jak bo zwyczajnie - sam tego nie wie. Nie wie, bo skąd ma wiedzieć? On wie co ma być zrobione, ale nie w jakiej kolejności. On ma pewnie ze dwadzieścia punktów pracy do ogarnięcia, nie będzie się wdawał w kolejność i podział zadań. Każda załoga ustawia pod siebie: kto jeździ maszyną, kto odkurza, kto pilnuje rzeczy dodatkowych oraz kolejność poszczególnych części pomieszczenia.  
Zatem koleżanka protestuje, nie chce mi się dyskutować, idę do owej toalety, zaczynam sprzątać, ona za mną, wyciąga mopa z wody nie wyżymając go i przystępuje do mycia podłogi.
Pomieszczenie, jak to toaleta: ma może cztery metry kwadratowe. Nie dość, że obie się tam na bank w tym samym czasie nie zmieścimy, to nie ma szans by tym nasączonym wodą mopem tę porozlewaną  wodę zebrała. Podłoga będzie mokra, więc raz, że śliska, dwa, że na mokrej każdy ślad się ładnie odbije i zaschnie. Na drugi dzień, o ile się nikt tam nie zabije, będzie dwa razy więcej roboty.( Jak się zabije to i ze cztery bo krwawe bryzgi ze ścian też ktoś będzie musiał zetrzeć.)
- Musisz wykręcać mopa, patrz ile wody - mówię.
Prycha tylko pod nosem.
Widzę, że przydeptuje mopa, tę część płaską, (stativ po szwedzku) która od strony podłogi ma rzepy. Do tych rzepów przylepiają się mopy-ścierki. Jak się na to depcze, haczyki w rzepach się spłaszczają i  mop się nie przykleja. W efekcie sprząta się trudniej i wolniej, bo trzeba uważać, żeby nie odrywać mopa od podłogi.
- Nie depcz po tym - zwracam uwagę - Inaczej to się za chwilę popsuje.
- No i co?
- No i długo nie dostaniemy nowych.
- Dlaczego?
- Nie wiem, bo nie. Dostajemy nowe po pół roku proszenia. Może dlatego, że to drogie.
- Drogie? No to co?
- Jedno kosztuje prawie 400koron.
- No i ?
Mogę tylko machnąć ręką.
Lecimy dalej.
Wyciera przy palecie z jednej strony, z drugiej akurat leżą śmieci, ale ona zamiast obejść tę paletę dookoła idzie do kolejnej...I znowu wyciera tylko z jednej strony.
Widzę, poprawiam, ale zaczyna mi się coś robić.
Oczywiście dookoła porozlewana woda. Pół biedy jak na środku lub przy czymś co ma krawędź prostą, gorzej jak przy lodówce, której podstawa jest cofnięta - tam maszyną tej wody nie zbiorę.
Przypominam o wykręcaniu mopa...
- Andreas mi tak pokazał
Zaczyna mnie trafiać.
Idziemy dalej.
I znowu to samo - hektolitry wody na podłodze, ale to pryszcz. Gorzej, że nadal tu machnie, tu zostawi, tam wejdzie, dojdzie do połowy, przejdzie na drugą stronę i w kółko Macieju.
Biorę ją za ramię, łagodnie, choć furia we mnie zaczyna kipieć, mówię:
- Słuchaj, jak zaczynasz robić w jednym miejscu to zrób dookoła.
- Dlaczego?
- Bo zostawiasz nie sprzątnięte. Zobacz, tak jak tu. Jak myślisz? Kto to zrobi?
Patrzy na mnie i mówi:
- Ale ja nie dam rady
- Co nie dasz rady?
- Jak to nie dasz rady?
- Nie dam rady! Andreas mi tak pokazywał
Opadają mi ręce.
Nie wiem o co jej chodzi.
Odwracam się na pięcie, siadam na maszynę, robię swoje, bo jeszcze chwila a wezmę pannę za koszulkę i wystawię za drzwi.
Dwa dni mi zajęło zrozumienie, że jej chyba chodziło o to, że ona nie da rady wejść w kąt, za paletami. Rzecz w tym, że ja jej pokazywałam miejsce PRZED paletami.
W sobotę rano znowu przychodzi minutę-dwie spóźniona. Na mój komentarz rzuca lekko, że "to tylko minuta".
Kiedy kieruję ją w stronę szatni od których w soboty zaczynamy zaczyna swoje.
-Dlaczego?
-Andreas mi tego nie pokazał
-Monika mówiła, że ona to sama robi.
Kiedy tłumaczę, że owszem, pięć dni w tygodniu to Monika sama to robi, ale w soboty robimy to razem, odwołuje się do  stałego argumentu "Andreas mi tego nie pokazywał"
-To co ci ten Andreas pokazywał? - pytam.
-Wszystko!
-No to chyba nie wszystko
-Andreas mi wszystko pokazał
Noż...jak katarynka.
Nie mam czasu na dyskusje, idę robić, ta idzie jednak za mną.
Będzie zmywać podłogę, której nie trzeba zmywać, znowu wyciąga ociekającego wodą mopa...
Na zakończenie pracy sięgam po segregator.
- Nie mam okularów, ale tu jest, powinna być, lista co i kiedy robimy.
- Ja nie podpisywałam żadnej listy.
- Ale tam jest napisane co mamy do zrobienia.
- Ja wiem co mam robić, Andreas mi pokazał.
- To źle ci pokazał! - wybucham wreszcie.
- Ja nie muszę robić tego wszystkiego, Andreas...
Przerywam jej.
- Wiesz co? Ty w ogóle nie musisz tu pracować!
- A ty jak do mnie mówisz, to brzmisz jakbyś była zła
- Oczywiście, że jestem zła! Ale dobrze, będę mówić jak do księżniczki
Prycha...Wychodzi.
Kurtyna. Oklaski. Migrena trzydniowa w bonusie.

W domu napisałam i do Andreasa i do Moniki.
Do niego z opisem sytuacji i prośbą by przesłał pannie listę zadań i w ogóle pomógł.
Do Moniki z pytaniem: Jak ty z nią pracowałaś tyle czasu, skoro skupia się wyłącznie na podłodze, a co do reszty to uważa, że to nie jej rzecz? On nie odpowiedział. Ona w odpowiedzi przysłała stukrotne przeprosiny, oświadczenie, że nie nadaje się na nauczycielkę, oraz stwierdzenie, że ona sama to wszystko robiła.
Szlag mnie trafił. Wzięła migrena. I cholera. I nie wiem co jeszcze.
Nic dziwnego, że jak tylko wróciłam Bucek poprosił o kontakt do szefa, żeby oświadczyć, że nie jest zadowolony ze sprzątania. Wcale mu się nie dziwię, bo ja też nie byłam. Umywalki pozapuszczane, studzienki też, na podłodze pełno czarnych kropek, nalepek, śladów po kleju od nalepek, brudne drzwi, brudne kąty i kanty.
Noż...Nie mogę Moniki nauczyć jednej podstawowej rzeczy: jeżeli Bucek będzie miał powody do narzekania na naszą pracę to wreszcie wymówi umowę i weźmie inną firmę. A my stracimy pracę.
Nie oszukujmy się, wbrew moim animozjom, nie jest on przesadnie czepliwy. Zimą, gdy jest bardziej brudno, naprawdę odpuszcza wiele rzeczy. Ale latem jest naprawdę dużo luzu, on to widzi, bo nie jest ślepy. Powinien widzieć, że latem gdy mamy więcej czasu, przykładamy się do detali.
Nie dociera.
Tak samo jak nie dociera, że nie wycieramy umywalki ścierką, której przed chwilą użyliśmy do wytarcia toalety, na litość boską! Ja na dwie szatnie, pięć toalet i jedną kuchnię zużywam osiem ścierek! Monice wystarczają dwie - trzy. Na początku uczyłam, że to tak jak w domu. Czy używa tej samej ścierki w kuchni i łazience? Nie. No to tu też nie. Potem machnęłam ręką, bo ile można, nie ja odpowiadam za szatnie, nie moje małpy.
Ale najbardziej mnie wkurza takie podejście "aby dziś".
Dziś nie odkurzę maty, bo nie jest taka brudna. Ani jutro. Ani pojutrze. W poniedziałek, jak jest najbrudniej to i mata wygląda tak, że już się tego odkurzania nie da odkładać na dzień kolejny.
Dziś tego nie zeskrobię. Dziś tę wodę zostawię. Dziś tych śmieci nie wyrzucę...
A mnie coś trafia. Mówię, ona przytakuje. A nazajutrz znowu coś podobnego.


Wiecie co mnie najbardziej wkurza w ludziach? Nie głupota. Głupota to kalectwo, trudno, na to nie ma rady. Wkurza mnie bezmyślność, takie...lenistwo umysłowe, krótkowzroczność, która sprawia, że się widzi tylko tu i teraz, że się nie widzi prostego związku przyczynowo-skutkowego typu: rozlana woda-będą ślady. Tłukłabym wtedy taką osobą, albo jej głową o ścianę, bo mój poziom agresji osiąga wtedy Himalaje.
 



PS

takajedna_ja

Nie, nie zadziałało. A że jestem z natury dość leniwa więc i mało waleczna, pewnie też nieco tchórzliwa, więc postanowiłam nie walczyć z żywiołem. Pracuję nad polubieniem.

 

A moja Litwinka pojechała na staż. Do Japonii na dwa tygodnie. Szwedzi jej nawet na staż nie chcieli, rasistowscy hipokryci. A Japończykom jak widać nie przeszkadza. O.

Jestem złym człowiekiem

takajedna_ja

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka - tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec - mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
- Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz...serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
...Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme...
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? - Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias...Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! - wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
- No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

...Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



Dylematy życiowe.

takajedna_ja

Może i niepoważne, w świetle tego co dookoła, wojen, głodu, degradacji środowiska itd.
Ale nie da się cały czas bać i martwić.
Trzeba jeszcze robić inne rzeczy.
Pracować.
Oraz żyć. Po prostu. I tu mam dylematy.
Bo jak pogodzić ze sobą rozmaite zajęcia, skoro doba ma dwadzieścia cztery godziny a na sen muszę zużyć co najmniej osiem z nich a najlepiej dziewięć. Bo inaczej nie mam siły na życie.
I jak w tych piętnastu-szesnastu godzinach upchnąć: czytanie, oglądanie filmów, słuchanie muzyki (ale tak całą sobą, w skupieniu i chwytaniu każdej nuty, bo np. przy sprzątaniu to nie to samo) pisanie, szycie, kijkowanie i jeszcze fotografowanie?
Przypominam, że jeszcze trzeba iść do pracy, psa wysikać kilka razy dziennie i dać mu choćby pół godziny pobiegać, połazić, poniuchać. Dom ogarnąć. Obiad zrobić a wcześniej kupić produkty...

A ludzie mnie pytają co ja robię, bo wykręcam się od spotkań, bo nie mam na nie czasu.
No nie mam...W tysiącu spraw muszę wybierać wg tego co najważniejsze.
Spacer z psem jest najważniejszy, bo pies to pies, tak?
Praca ważna, bo z czegoś rachunki płacić trzeba.
Itd.

Wczoraj zasnęłam przed dwudziestą. A tylko na chwilę zamknęłam oczy, żeby się skupić na Jonie Andersonie.
Wstałam o szóstej, wyspana i pełna zapału.
Przejechałam skuterem 24km łącznie w poszukiwaniu motywów do fotografowania.


Wypiłam kawę na plaży.
Byłam z psem na siku.
Zjadłam śniadanie.
A przede mną jeszcze tyle dnia!

Dlaczego nie mogę tak codziennie?

 

3lipca_61

3lipca_31

3lipca_11

3lipca_41

3lipca_21

3lipca_51

Grzechy. I rozgrzeszenie

takajedna_ja

Pierwszy od dwóch miesięcy kryzys.
Po obiedzie drzemka -pierwszy z zakazanych czynów.
Po drzemce - pędem do sklepu po produkty na kolejny z zakazanych czyn. Ciasto z owocami. Wyjęte z pieca natychmiast jak tylko się dało i pożarty ogromny kawał...no dobra, niemal połowa!  świeża, gorąca, parząca buzię i palce (auć! maliny są gorętsze od ciasta!). Ale zmieściłam się przed dziewiętnastą, więc grzech nie z gatunku śmiertelnych.
A potem, tuż po dwudziestej pierwszej czyn absolutnie niewybaczalny: pożarcie dwóch kromek ciabatty z mięsem z obiadu. Mięso duszone w cebuli, pycha po prostu, chudziutka, roztłuczona polędwica, ale jednak!
Uuuu. Poranek był bolesny.
Wyrzuty sumienia i kac moralny.
Napięty, wzdęty  brzuch, który trzeba było wcisnąć w spodnie zwykle za luźne.
Ciężar na sercu i na żołądku.
...Kijkowanie wieczorne się nie sprawdza. Wieczorne kije są walką ze zmęczeniem, własną ociężałością, z ważącymi tony nogami. Wieczorne kilometry są wymuszone, nie dają radości, żadnej satysfakcji, żadnej, absolutnie nagrody, nawet w postaci choćby drgnięcia poziomu endorfin.
Ranne kijki...
Po wczorajszym grzeszeniu, nie było przebacz.
7:15 po powrocie ze sprzątania. Zmiana ciuchów. W ostatniej chwili zerknięcie na termometr +15 więc zmiana na długi rekaw, na wierzch kurtka od deszczu bo chyba będzie padać. Słuchawki w uszy, endo start, muzyka start, zaczynamy od Zaz Les Passants. Kije w dłoń i wymarsz.
Za drzwiami zonk.
Pada. Pada? Nie LEJE! Struga, pionowa, bąble na kałużach "deszcz niebo przyszywa do ziemi". To nie ja, to Jasnorzewska. Pawlikowska też. I Maria.
Oj tam, deszcz, deszcz. Lubimy deszcz, nie? Lubimy. Kurtka przeciwdeszczowa, więc kaptur na głowę i do przodu.
Zaz wyśpiewuje swoje:
Passe, passe, passera, la dernière restera
a deszcz mi stuk-stuk-stuk w kaptur.
Kijki niosą same, nogi jakby im kto skrzydła przyprawił, plecy się prostują. Ulice jeszcze prawie puste, nieliczni rowerzyści patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy, bo kto to widział sport w takich strugach uprawiać.
Nie ma wiatru, chorągwie, flagi, proporce zwisają z masztów, od deszczu i ziemi można by oznaczyć kąt prosty. Koniec ulicy zamglony, kąt murów potraciły swoje ostre kształty, świat stał się mały i miękki jak futro szarego kota. Powietrze pachnie kwitnącym jaśminem, troszkę spalinami, kawą z uchylonego okna i deszczem.
Zaz śpiewa:

Je veux d'l'amour, d'la joie, de la bonne humeur.
Ce n'est pas votre argent qui f'ra mon bonheur.
Moi j'veux crever la main sur le cœur.

Allons ensemble découvrir ma liberté.
Oubliez donc, tous vos clichés.
Bienvenue dans ma réalité.

Muszę w domu sprawdzić, co ona śpiewa, nie znam francuskiego ani ciut-ciut, a mam wrażenie, że śpiewa to, co ja sobie myślę kiedy wkraczam na zarośniętą po pas łąkę na końcu ulicy.
Że jestem takim bogatym człowiekiem w tej chwili. Deszcz przepłoszył ludzi i mam dla siebie nie tylko tę łąkę, ale i całe jezioro. Ogromną połać miękkiej, napuszonej kroplami szarości, daleko, na horyzoncie łączącej się z takim samym szarym niebem.
Ścieżka wije się tuż przy brzegu, omijam ślimaki, wchodzę w miejsce, które nazywam "halą koncertową". Zarośnięty wysokimi drzewami, zawsze zacieniony, wilgotny, pachnący ziemią i trawą kawałek, gdzie zawsze koncertują ptaki. Nawet teraz, w ten ulewny deszcz jakiś pojedynczy ptak (zięba?) wyśpiewuje swoje trele. Śpiewa tak, że zagłusza mi Zaz.
Port Małych Łodzi wita mnie zapachem drzewa, bo niedawno wyremontowana marina dostała nowe drewniane pomosty. Robi się jasno, bo przede mną otwarta przestrzeń jeziora.
Deszcz jakby ucichł, już nie puka w kaptur, szemrze tylko cichutko. Odsłaniam głowę. Mewa z krzykiem podrywa się latarni. Jej krzyk niesie się gdzieś daleko, daleko i zlewa się z piszczałką w
Nine milion bicycles Katie Melua.
Dochodzę do końca asfaltowanej ścieżki. Dalej jest szutr, który ślizga się pod butami i pod kijami. Drobniutkie, ostre jak igły kamyczki wpadają do buta jak zawsze, zawracam.
Znowu pod drzewa, i znów pada mocniej więc kaptur na głowę. Stuk-stuk-stuk. Deszcz mi przygrywa do rytmu moich kroków.
Wchodzę do miasta na powrót. Musi być blisko ósmej, bo sznur samochodów na ulicy i coraz więcej ludzi na chodnikach. Słychać warczenie maszyn i zapach świeżego asfaltu.
W słuchawkach KENT śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszamy w drogę".
Deszcz się wypadał, jeszcze tylko lekko mży. Kałuże marszczą się delikatnie od tysiąca maleńkich kropelek, które są jak pieszczota na twarzy.  Uśmiecham się do wróbli siedzących symetrycznie na cokołach pergoli. Uśmiecham się i łapię się na tym uśmiechu zdziwiona, że jak to tak, uśmiechać się do niewiadomoczego.
Ale poranne kije dają wszystko to, czego nie dają wieczorne.
Lekkość marszu. Przyjemność płynącą z ruchu, pracy mięśni. Ogromną radość wylewającą się właśnie tymi uśmiechami do wróbli, psów i małych dzieci. Taką zwykłą ludzką frajdę z czasu sam na sam ze zmysłami.
Nie, nie. Jednak trzeba się zmobilizować i te kije zaliczać zaraz po porannej pracy. Wart poświęcić tę godzinę drzemki w zamian za tę radość. Oraz deszcz w bonusie.
43 minuty. A uciechy na cały dzień.

Dobra Zmiana?

takajedna_ja

Wczoraj przeżyłam deja vu.
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś w Polsce usiłuje narzucić dyktaturę. Możliwe, że po to by móc ją samodzielnie obalić.
Ale tego się nie spodziewałam.

Zobaczcie tu

 

Brak słów.

Boszczyk mąż -reality show na żywo

takajedna_ja

Malwina. Ona istnieje, tylko dla niepoznaki przywdziała inne, bardziej pospolite imię.
Ale Malwina na bank. Wiek pasuje. Blond włosy, ślady urody, gracja mimo pewnej nadwagi...Wszystko się zgadza. A najbardziej się zgadza ten ton: mieszanka szlochu, złości, pasywnej agresji.
A to wszystko na oczach (i uszach) ludzi spotkanych po raz drugi w życiu.
Ledwie trzasnęły drzwiczki, ledwie psica uwolniona z klatki pomknęła w trawę.
EM poszedł do kolegi. Pani została ze mną...niestety.
-Wiesz, on mi nawet nie powiedział, że przyjedziecie. W ostatniej chwili wsiadłam. No sama zobacz, jak on mnie traktuje, nic mi nie powiedział, przecież gdybym wiedziała, to bym przygotowała. O, zobacz. Teraz to meble wyciąga. Teraz. Ile razy mówiłam, trzeba wystawić, umyć, to nie...Teraz to robi, zgłupiał chyba. Sam to będzie teraz ciągał jak mu nie wolno.  Patrz, patrz jak się stara. Sam będzie mył. Teraz będzie był? No jak wiedział, że macie przyjechać to mógł wczoraj, ale nie, nic mi nie powiedział.
- A ja jak głupia do niego do szpitala latałam. I po co latałam? On też mówi, że po co latałam, że nie musiałam, ale ja chciałam, że może jakieś dobre słowo powie jak zobaczy. Od kiedy tak? Od kiedy...Od zawsze, od dwudziestu lat. Daj spokój, żadna terapia, po co terapia chyba się rozstaniemy, on ma babę. No ma. Pewnie, że ma. 38 lat. I on myśli, że ona na starego dziada leci. Tak, już, na majątek, niech idzie do niej to wróci goły i bosy...
-O widzisz, widzisz? Piwo wam dał, a mnie to nawet nie zapytał. A może ja też bym chciała? Nie, nie, dziękuję nie chcę tego piwa, zimno mi, trzęsie mnie jakoś, chyba gorączkę mam to z nerwów.
-Nie, nie pójdę na słońce, nie będę jeść, nie chcę jeść. Tu mi dobrze. No, wiem, wiem, że na słońcu cieplej, ale tu mi też ciepło, trochę tylko mnie trzęsie, ale to z nerwów.
I tak w ten deseń przez dwie godziny. Siedzi, otula się w kurtkę, złym okiem mierzy wszystkie poczynania gospodarza, palem nie kiwnie, żeby cokolwiek zrobić, nas hamuje, żeby mu nie pomagać.
Na koniec, gdyśmy pili kawę, pani wyszła z cienia, stanąwszy przy stole powiedziała głośno i wyraźnie głosem nasączonym pretensją:
-A ja może też bym się kawy napiła? Ale dla mnie to kubka nie przyniosłeś..
-Nie chciałaś z nami siedzieć przy stole, to nie przyniosłem. Ale jak chcesz to siadaj. Nie wiesz gdzie kubki? Idź sobie przynieś - zdenerwował się wreszcie i pan.
-Teraz to nie potrzebuję i tak zaraz jadę, kolega po mnie przyjedzie
-A to jedź do diabła, nie denerwuj mnie, byle szybciej -
Pani na odchodnym rzuciła "to cześć" na głębokim, pełnym łez westchnieniu. Posłała nam spojrzenie "widzicie, jak on mnie traktuje". I znikła.

 



Sverige, Sverige älskade vän...

takajedna_ja

Szwecjo, Szwecjo, kochana przyjaciółko
tygrysie, który się wstydzi
Ja wiem jak to jest
Gdy powaga staje się żartem
Gdy cisza przeraża
Co się stało?

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz,

Przystrój swą werandę na festyn
dla gości z daleka
w kraju gdzie lagom* jest najważniejsze
Wypijmy za Midsommar
do świeżych ziemniaków i śledzia
jakby czas się zatrzymał

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w krainie bez dźwięku
a szkło wciąż cicho lśni na naszym stole 
tak samo puste jak słowa
Wiadomo, że miłość jest wielka

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz



 

Im dłużej tu mieszkam tym coraz częściej odbieram ten tekst jako ironiczny.
Jakoś Cię ostatnio nie lubię przyjaciółko. Bo choć równość masz na plakatach i sztandarach to jest to równość z podtekstem "asflat ma leżeć na swoim miejscu".

 

*lagom - trudne do przetłumaczenie słowo oznaczające zwrot "w sam raz" nie za dużo, nie za mało, narodowe słówko Szwedów.

Człowiek człowiekowi

takajedna_ja

Spotkała mnie przy śmietniku. Fajnie ubrana, w makijażu, trzeba przyznać, że jej image jest zazwyczaj świetny. Preferuje biele, pastele, niezależnie zima czy lato, zawsze dobrze ułozone włosy, zawsze dyskretny makijaż. Tylko z bliska, z bardzo bliska widać czasem zbyt brubo nałożoną perłową szminke, która zbiera się z zmarszczkach wokół ust. Ale to z bliska.
Nie podchodziłam blisko, nigdy tego nie robię, ale tym razem miałam świetną obronę: postrzelonego psa, który już się szykował do skoku z brudnymi łapami na białą sukienkę. Zatrzymała się w półkroku, który miał zmniejszyć dystans pomiędzy nami. Pomyślałam o Wariatce Tośce z wdzięcznością i satysfakcją. Choć raz jej niespokromiona żywiłowość na coś mi się przdała.
Kobieta machnęła ręką w stronę połamanego krzesła, które ktoś postawił pod śmietnikiem.
-Ty to widzisz? - rzuciła dość głośno z przesadnym oburzeniem w głosie.
Tak naprawdę śmietnik to nie taki śmietnik jaki znamy z Polski. Tu jest to mały domek, mieszczący wewnątrz kontenery na śmieci domowe oraz szkło białe i kolorwe. Nie ma klap -są okrągłe otwory zamykane małymi drzwiczkami. Nie ma szans, by wrzucić coś większego. Nic dziwnego, że ktoś to krzesło tam postawił. Połamało mu się to postawił. Jasne. Mógł wywieźć na wysypisko albo choćby na wielkie, pełne rozmaitych kontenerów śmietnisko. Postawił tu.
Zauważyłam rano, wzruszyłam ramionami. Postawił, to postawił, widać miał powód.
Teraz rodaczka pieniła się nad krzesłem.
- Co tu się dzieje? To przecież nigdy tak nie było, to pewnie ci, wiesz...Odkąd się sprowadzili, to takie rzeczy się dzieją, co nie?
- A nie wiem, wiesz, nie zauważyłam nic takiego - rzuciłam lekko, ciągnąc psa.
- Nie chcesz mówić, co? Jasne, nawet gadać nie warto...- powiedziała porozumiewawczo.
Zatchnęło mnie, chciałam sprostować...ale po co?
Pełna wyższości, przekonana o swoim większym prawie do Szwecji niż TAMCI, zatopiona w swym samozadowoleniu, i tak moje słowa odczyta inaczej.
Mąż miał gościa w szpiatlnym pokoju.
- O, rodak  - uśmiechnęłam się słysząc jak rozmawiają.
Pan miał ładny uśmiech, pełen własnych zębów, siwe, gęste włosy, ładne zmarszczki wokół oczu. Oraz sińca na skroni, rekę w gipsie a drugą w jakimś bandażu, miał wypadek, jak wyjaśnił.
- O, a jak pan tu mojego męża znalzł? - zdziwiłam się.
-Chodziliście chyba wczoraj koło mojego pokoju, usłyszałam, że ktoś mówi po polsku...
Pomyślałam z uznaniem, że widać albo ma szczęście, albo grubą skórę. Do dziś pamiętam takie dwie panie i ich niechętny wzrok taksujący moją spraną koszulkę i połatane dżinsy (było lato, upał jak diabli, wyskoczyłam na chwilę z kuchni po sól czy coś takiego).
-Ja już raczej nie zaczepiam rodaków - powiedziałam z naciskiem na już.
-Ja też nie zaczepiam. W ogóle z Polakami to się raczej nie zadaję. A bo to zaraz okardną albo co.
O!
Przypomniała mi się jedna rozmowa w pralni, z Rodaczką.
-A wiesz, ja to z Polakami to się nie zadaję. To tacy plotkarze. A jak mi ktoś mówi, że to ito o mnie słyszał to pytam czy od Szweda czy od Polaka. Bo jak od Polaka, to...- wzruszyła ramionami, machnęła ręką.
Na obczyźnie jak widać Polak Polakowi rodakiem.



Permanentny wk...No, ciągle mnie wszystko denerwuje

takajedna_ja

Nie wiem o co chodzi. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. O pieniądze? No, nie wiem, ale może..?
Chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam, wszystkim mam za złe a najbardziej mam za złe samej sobie, że chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam i wszystkim mam za złe.
Ale tak. Od dwóch miesięcy jestem chora. Co prawda odkąd zaczęłam kijkować to ból sobie poszedł precz, wróciła mi pełna ruchomość i łokcia, i ramienia i szyi. Czasem tylko drętwienie kciuka, palca wskazującego oraz środkowego przypomina mi "usiądź prosto, nie garb sie i nie krzyw pleców". Mimo to chodzę do sjukgymnast zgodnie z zaleceniem lekarza, żeby nie było. Pierwszego czerwca wracam do pracy. Do sprzątania znaczy.
Jednak długo zwolnienie ma to do siebie, że odbija się na finansach nawet w Szwecji.
I tu się zaczyna.
Szwedzki odpowiednik ZUSu, który ma  i płacić od 15 dnia zwolnienia naliczył mi wynagrodzenie 66kr netto za każdy dzień. 66koron to jest jakaś paranoja skoro na godzinę mam mam chyba 80-90kr netto, a mój dzienny czas pracy 1,5godziny. Do tego dochodzą dodatki za pracę w czasie niewygodnym, nadgodziny itd. Skąd to 66koron? Zadzwonili, raz pan, raz pani, tłumaczyli długo i po szwedzku skąd. Ja jestem wzrokowiec, żeby cokolwiek zrozumieć muszę zobaczyć. Zapamiętuję lepiej ze słuchu, ale żeby rozumieć, muszę widzieć. Pani naliczająca wystawiła przelew i poszła na urlop. I naraz się okazało, że naliczyła mi tylko do 19 maja. Czyli do dnia kiedy ze mną rozmawiała. A co dalej? Kiedym się wreszcie dodzwoniła, inna pani powiedziała, że reszta będzie jutro. Dziś zajrzałam na stronę a tam...66kr do wypłaty. Żarty jakieś??? I tak mi teraz będą co dzień po te 66 kr cykać?
A wczoraj dostałam wynagrodzenie, za zwolnienie z firmy. Za pięć dni. 314kr.
Patrzę na kwitek, a tam potrącenie za jakieś wolne w kwietniu. Jakie wolne?! Przecież byłam na zwolnieniu. Napisałam maila do biua. Dostałam odpowiedź, że..nie mają mojego zwolnienia od 23 kwietnia.
Jak to nie maja? jedno było do 22 kwietnia drufie od 23 kwietnia do końca maja. Skoro mają pierwsze, muszą mieć i drugie bo wysyłałam w jednej kopercie. Ale proszę bardzo - mam kopię w komputerze niech sobie spojrzy.
Chyba spojrzała, bo za chwilę mail, że przecież zwolnienie jest tylko na 50%, więc co z resztą?
Piszę jej, że wg lekarza i ZUS owe 50% oznacza, że mogę pracować maksymalnie 4 godziny dziennie, i nie jako sprzątaczka.
Ona do mnie, że skąd miała wiedzieć, że mam jeszcze inną pracę, skoro nic nie mówiłam?
Ja - że przecież na zwolnieniu stoi jak byk, czy ona w ogóle to czytała.
Dziś rano mail - że okej, ona to skoryguje...w przyszłym miesiącu.
Ja znowu, że nie w przyszłym tylko już, bo jak się dostaje 315kr to każda korona się liczy.
Na co ona, że ale przecież ten okres to jest opłacany przez ZUS, więc raczej żadnych pieniędzy nie będzie.
No to ja jej przepisałam jej obliczenia z pominięciem kwoty potrącenia, za rzekome wolne. Nawet podatek jej policzyłam jaki powinna mi potrącić. Wyszło mi, że powinnam dostać ponad 1100kr.
Ona już nie odpisała.
Sto razy pisałam i sto razy kasowałam tekst "Podejrzewam, że przegapiłaś to drugie zwolnienie, a teraz chcesz koniecznie udowodnić, że to ja jestem sama sobie winna. Nieładnie. Jak chcesz kłamac rób to inteligentnie. Nie mów co chwila czego innego. Że nie dostałaś, że nie wiedziałaś, że mi się nie nalezy, bo to wszystko jest łatwo udowodnić. Zrobiłaś błąd, to się przyznaj i przeproś, i nie rób ze mnie idiotki".

ZUS tymczasem ma przerwę na lunch a mailować do niech nie można.
A tymczasem zadzwoniła kobieta z firmy rekrutującej.
22 kwietnia miałam rozmowę w sprawie pracy dla firmy szwedzkiej działającej też w Polsce. Rozmowę, na którą czekałam miesiąc.
Tydzień po rozmowie napisałam do rekruterki maila z pytaniem o rezultat. Cisza.
Odczekałam jakiś czas, zadzwoniłam, ale nie odebrała. Także nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie temu napisałam sms z pytaniem czy coś wie. Oddzwoniła, obiecała, że da znac do wieczora. Ten wieczór okazuje się był dziś rano.
Powitałam ją chłodno i bardzo powściągliwie.
-Pamiętasz mnie?- zapytała
-Owszem - powiedziałam chłodno - pamiętam, ale sądziłam, że to ty o mnie zapomniałaś
-Ależ pamiętam - zapewniła mnie
- No wiesz, nie odpowiedziałaś na mój mail, nie odpowiedziałaś na smsa mimo, że obiecałaś, uznałam, że już o mnie zapomniałaś ( szwedzki jednak nie zna wyrażenia " że masz mnie w du...gdzieś")
Długo i po szwedzku tłumaczyła, że to nie tak.
Jej klient się nie może zdecydować.

EM jest chory coraz bardziej, przynajmniej jeden dzień w tygodniu nie daje rady pracować, ma co prawda zwolnienie z dnia karencji, ale i tak daje to po kieszeni.
Zrobiłam wczoraj opłaty i wyszło, że w tym miesiącu żyjemy na kredyt.
A będzie gorzej, bo eM za tydzień ma operację, a po niej co najmniej miesiąc bezwarunkowego zwolnienia.
Pochorowałam się ze stresu. Dostałam migreny i zgagi. Nie poszłam na kije i przeleżałam cały dzień w łóżku.
Lało i wiało na dodatek, zimno jak nie wiem.

W tej sytuacji, zabrakło mi ludzkiej życzliwości do opornego rodaka, który zadzwonił i po usłyszeniu mojego zwyczajnego
- Katarina, hallo - powiedział
- Bo ja w sprawie deklaracji do skatu

Ani dzień dobry, ani nazywam się...Przerwałam mu. Chyba nieco oschle.
-A może zaczniemy od dzień dobry i tego jak się pan nazywa.
Zdziwił się się. Przedstawił.
Wypytałam w czym ma problem. Powiedział.
- Ale ile to kosztuje?
- Sporządzenie deklaracji rocznej kosztuje 500koron - powiedziałam.
To on się namyśli, bo może kolega...
A to proszę bardzo. Namyślaj się razem z kolegą. Żeby cię tylko to nie kosztowało więcej- pomyślałam wrednie.
Bo czasem bywam wredna. Jak świat jest wredny dla mnie to i ja dla świata. Efekt motyla. Po prostu.

Porannie

takajedna_ja

Tosia leży na łóżku, wpatrzona we mnie i merda ogonem. Słyszę jak ogon uderza w łóżko pac-pac. Gdy podniosę wzrok ogon się zaktywizuje, merdanie przyspieszy, pac-pac-pac-pac nabierze częstotliwości.
Ten pies mnie czasem wkurza. Gdy się spieszę, gdy jestem czymś zdenerwowana, tracę cierpliwość na spacerach, szarpię smycz gdy nieruchomieje z nosem w kępie traw, ciągnę ją gdy siedzi uparcie na tyłku i nie daje się żadną siłą ruszyć bo kierunek nie ten.
Ale to rzadko.
Zwykle mnie rozśmiesza i rozczula.
Wczoraj wieczorem przyszła do mnie, coś pisałam do kogoś.
-Idziemy na spacerek -zameldowała cała szczęśliwa. Szczęście u Tosi wyraża się tym, że kręci się cała jak korkociąg. Ogon w jedną stronę, tyłek w przeciwną, tułów też w inną i barki i głowa. Jest prześmieszna wtedy.
-Idziemy na spacerek - przypomniała i podała mi łapę.
-Tosia, już , poczekaj, idziemy, daj mi chwilę, dokończę...
-Nie, idziemy, teraz - i znowu ładuje łapkę jakbym to za tę łapkę miała ją wyprowadzić
-Żadne teraz, za chwilę -oponuję stanowczo.
Wstała. Podeszłą bliżej. Położyła mi jedną łapę na ramieniu. Nachyliła się i zajrzała mi w oczy łapą przypierając do fotela.
-A założysz się? - pyta. I druga łapa pac wylądowała na klawiaturze trzymanego na kolanach lapka. Ups jak niefortunnie, bo dokładnie na włączniku.
Nie zakładałam się, nie było o co. Udowodniła mi.

Taka jest ta moja Tosia.
Na spacerach, szczególnie za miastem gdzie pozwalam jej pobiegać bez smyczy, napotkani ludzie się za nią oglądają, starsi się nie certolą, po prostu głośno wyrażają swój podziw. Sama muszę przyznać, że jest piękna. Jest masywna ale proporcjonalnie zbudowana, ma piękną głowę i puchaty, lekko podwinięty ogon, który w ruchu nosi prawie równo z grzbietem. Sierść ma lśniącą, pofalowaną, gdy biegnie, słońce refleksami tańczy na każdym włosie, co sprawia, że wydają się być w nieustannym ruchu.
Z daleka nie widać pewnych wad. Tego, że ma przodozgryz. Nadmiaru czarnych znaczeń na kufie i na kołnierzu nie uzna za wadę ktoś, kto nie zna się na berneńczykach. To są malutkie wady (choć przodozgryz nieco mnie niepokoi ) ale sprawiają, że Tola nie może i nie powinna być rozmnażana. Nie będzie szczeniąt. EM co prawda chowa takie marzenie gdzieś w zakamarku duszy, ale jeżeli nie zrobi niczego podstępnie to pozostanie to w kręgu tylko marzeń.
Ja uważam, że psów "rasowych ale bez rodowodu" jest pełno w każdym schronisku. Nie ma potrzeby ich rozmnażać.
Zresztą jest jedna ważna rzecz.
Wzięcie Toli do mieszkania w bloku to był z naszej strony czysty egoizm. Ona potrzebuje domu z dużym terenem dookoła. Najlepiej czuje się na podwórku, w mieszkaniu jest jej za gorąco, poza tym nudzi się śmiertelnie, a ja nie mogę zajmować się nią cały czas. Na podwórku miałaby wyzwania, bodźce, pracę do wykonania, bo berneńczyki to psy, które lubią pracować.
I serce mi się kraje gdy widzę, jak Toli potencjał znajduje ujście w poszczekiwaniu na sąsiadów, podkradaniu nam kapci czy skarpetek, czy szarpaniu papieru. Całe zachowanie Tosi mówi "nudzi mi sięęęęęęę".
Ale co zrobić? Poświęcam jej sporo uwagi, bawię się, wymyślam zabawki. Nie oddam przecież! Nawet gdybym ją miała oddać do domu z ogrodem. Choć...gdybym widziała, że tam jest szczęśliwa? Szczęśliwsza?
Tymczasem z racji tego, że jesteśmy z psicą całymi dniami we dwie, Tosia przylgnęła do mnie. Owszem, Pańcio jest kochany, pozwala na siebie skakać, pozwala wyrywać sobie z ręki torby z zakupami, Pańcio podsuwa smakołyki, awanturuje się o coraz to inną karmę, żeby piesek kochany zjadł, bo znowu dwa dni nie ruszył tego co ma w misce. Ale gdy ja wychodzę, pies biega po całym domu i mnie szuka, dostaje szału gdy wie, że wracam, skacze na drzwi, skomli, biega od od balkonu do drzwi wejściowych.
A wieczorem przychodzi na chwilkę, zwija się w kłębek tam, gdzie jeszcze niedawno zwykłe kładł się Kocio. Jakby wiedziała, że w tym miejscu jest pustka i chciała ją zapełnić. Wzdycha, sapie, kładzie mi ciężki łeb na ramieniu, zimnym nosem trąca policzek, pachnie psem a miękkie futerko przesypuje się pod palcami. To znak, że mogę już odłożyć książkę, zgasić światło, ułożyć się koło niej. A gdy zaczynam przysypiać, ostatnie co notuję to ostrożne schodzenie psa z łóżka. Tak samo jak ja, gdy Zuzia już zaśnie i nie chcę jej obudzić. Zastanawiam się czy Tola wie, że robi mi za nianię i przytulankę do snu?

Ach...
Miało być o wszystkim z znowu jest Tola, Tosia, Toleńka.
Ale niech już tak.
Wymyśliłam kolejny pretekst by na pewno jesienią wziąć kotka. Najpierw kotek miał być większy, roczny co najmniej. Ale eM zasugerował, że im młodszy tym łatwiej zaakceptuje Tolę. A może zdarzy się cud i Tola uzna kotka za swoje stado, którego ma pilnować? (Stadko powinno się składać ze sztuk co najmniej dwóch, podpowiada mi dusza, ale kurde...Czy mogę mieć w domu ogromnego psa i dwa koty? Czy to nie przesada? A co z finansami? Wszystko kosztuje)
Kotek musi być. Dopiero wtedy uznam, że mam w domu komplet.

Kije, kijeczki...

takajedna_ja

...leje, wieje, ale damy radę, co? Możecie powiedzieć, że nie, ale wolałabym, żebyście powiedziały, że damy radę...

Takie to pytanie zadałam moim najlepszym, w ostatnim czasie, towarzyszom. A ponieważ koleżanka poprosiła o meldunek jak wrócę to napisałam:

No i niby dałam radę, kije też, ale umówmy się: rekordy świata to dziś nie padły. Najpierw zapomniałam się choćby minimalnie rozgrzać, co zaskutkowało napięciem wokół ścięgien Achillesa. W związku z tym, po dojściu do linii brzegowej jeziora, oparłam nogę na jakimś kamieniu, żeby trochę te obolałe ścięgno rozciągnąć. Poszło z jedną nogą, przestawiłam się na drugą...Kamień był mokry i omszały...Cudem uniknęłam szkód osobistych. Pomachałam nóżką w miejscu, za podporę używając kije, poszłam z stronę wyjścia z portu. Wiatr wpychał kije pod nogi, urywał głowę, chlapał falami z jeziora mimo wału ochronnego (jeszcze 25lat temu, w taką pogodę, jezioro potrafiło odwiedzać centrum miasteczka). Doszłam do rzeki i portu. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale w rękawiczkach się nie udawało. Zaczęłam wracać z pomysłem, że obejdę Port Małych Łodzi - uwielbiam świst wiatru wantach.
Niestety mój pęcherz zaczął wysyłać gwałtowne ostrzeżenia o możliwej powodzi, dodatkowo, chyba żeby mnie zmobilizować, damskie niewymowne zaczęły ocierać tu i tam...
Poddałam się...

Jutro zaczynam trzeci tydzień trenowania z kijami.
Kupując nie byłam pewna czy ma to sens, czy będę używać. Okazuje się, że właśnie te kije mnie mobilizują, podnoszą zapał albo nie wiem co. Przeskoczyła mi jakaś klapka w głowie.
Wstaję około siódmej rano, wypijam kawę przy komputerze, potem szykuję się i lecę na kije. Pierwsze dni walczyłam z koordynacją lewa ręka -prawa noga.Teraz już idzie to odruchem, ale wciąż jeszcze albo za mocno ściskam kije, albo zbyt mocno wbijam je w podłoże. Staram się iść nie nie na ilość tylko na jakość. Czyli nie chodzi o natłuczenie kilometrów, ale o dopracowanie techniki na okrągło podglądanej w internecie. Bo przy odpowiedniej technice trening dopiero działa jak należy. 
Dodatkowo włączyłam inny tryb jedzenia. Zadziałał autorytet kolegi - lekarza. Nie mówię "dieta" bo to żadna dieta. Po prostu jem pomiędzy godzinami 10.30 a 18.30. Osiem godzin, jedzenie dowolne z jednym wyjątkiem: żadnych słodyczy. Żadne batoniki, cukierki, ciasteczka, muffiny, pączusie, lody i bita śmietana...
Ale tu jest coś dziwnego, bo w wcale mi się tego nie chce. Możliwe, że skrupulatne uzupełnianie B12 przynosi takie skutki. A może to, w ciągu tych ośmiu godzin zjadam tyle, że jestem stale najedzona?
Tak czy siak, we czwartek stanęłam na wagę (wbrew temu co sobie sama nakazywałam, że dopiero w poniedziałek). I oto TADAM! Spadek! Maluśki, maleńki, ale na tyle by dać mi odczucie TO DZIAŁA!
Kurtki zrobiły się jakby ociupinkę...nie luźniejsze, ale jakby mniej opięte na brzuchu.
Choć tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodziło.
Znajoma blogerka (teraz już i pisarka) powiedziała, że po dwóch tygodniach Nordic Walking poczuła ulgę w kręgosłupie.
I tu też mogę potwierdzić: TO DZIAŁA!
To, z czym walczyłam przez ostatnie pół roku odeszło. Jeszcze czasem się odzywa, łokcie są nadal najwrażliwsze, ale nie jest to ten ból, który sprawiał, że w nocy chciało się wyć  bo nic nie pomagało.
Nie miałam odwagi w to wierzyć, sądziłam, że boleści uspokoiły się dzięki słonecznej, stabilnej pogodzie w ostatnim czasie. Ale ostatnie trzy dni przyniosły wiatr, chłód i słotę. A moje kości na to...nic.
Trzymajcie kciuki bym wytrwała.
Cel: -10kg.



 

 

 

 

czy masz SWISH?

takajedna_ja

Pisałam do znajomej mieszkającej w Belgii, dokonałyśmy małej wymiany handlowej i potrzebowałam jej numer SWIFT.  Zastanowiłam się czy aby na pewno muszę jej robić przelew zagraniczny bo może da się to zrobić przy pomocy swisha?
I mnie natchnęło, że powinnam się z Wami podzielić tym fenomenem.
Zajrzałam do googla, na hasło swish wyrzuciło mi jakieś środki czyszczące. No, nie da się ukryć swish może wyczyścić konto...
Ale do rzeczy.
Niejednokrotnie już pisałam, że Szwecja mnie zadziwia.
Z jednej strony zaścianek, z drugiej - niesamowite technologie. Zachwycałam się nieraz, że w Szwecji w zasadzie wszystko da się załatwić bez wychodzenia z domu.  Boski internet! Ludzie nawet najmniej komputerowi mają i używają pocztę elektroniczną. Internet jest tak oczywisty jak woda i prąd. Porządny, śmigający internet, w dodatku nie specjalnie drogi. A teraz, cytując klasyka, mamy szał ciał i uprzęży czyli internet w telefonie. Tak, wiem, wiem. W Polsce też i w zasadzie chyba na całym świecie. Ale Szwecja umie ten telefoniczny internet wykorzystać ku wygodzie.
Już w 2009 roku, wiosną, gdy eM dostał pierwszą w życiu szwedzką deklarację do wypełnienia, mógł ją podpisać między innymi za pomocą e-legitymacji. Była też opcja SMS. Wtedy złożyliśmy ją jak przystało na papierze. Rok później - już elektronicznie, przy pomocy internetu i specjalnego, umieszczonego na deklaracji kodu.
Pamiętam, że interesowałam się wtedy e-legitymacją. Banki dostarczały taką usługę, ale mnie jakoś nie udawało się jej uruchomić na komputerze. Po kilku próbach machnęłam ręką. Czort brał, nie da się, to się nie da. Przelewy podpisywałam jak każdy cywilizowany człowiek przy pomocy tokena zwanego tutaj "dosa" (czyta się dósa).
No a potem nastała era smartfonów.
I okazało się, że w sieci funkcjonuje coś takiego jak mobiltbank ID. Czym jest ten twór? Ano właśnie legitymacją elektroniczną.  Jak to działa?
Trzeba mieć:
smartfona
szwedzki PESEL czyli numer osobisty składający się z pełnej daty urodzenia + cztery cyfry.
oraz konto w banku w Szwecji.
Dalej jest prosto. Logujesz się na swoje konto w banku. Idziesz do zakładki mobiltbanID i podążasz za instrukcją, dzięki której pobierzesz aplikację na swój telefon oraz ustalisz hasło. Chwilę później jesteś szczęśliwym posiadaczem legitymacji elektronicznej.
I co z tego?  Ano sporo.
Mnie zajęło trochę czasu nim tej aplikacji zaufałam. Oraz nim odkryłam, że dzięki niej załatwienie różnych spraw stało się jeszcze prostsze. Ach, jak mi tego brakowało podczas ostatniego pobytu w Polsce.
Dzięki mobiltbankID mogę nie tylko podpisywać przelewy.
Aplikacja ta służy mi do logowania się na różnych kontach: w biurze pracy, w szwedzkim odpowiedniku ZUSu, w urzędzie skarbowym, na stronie związanej z opieką zdrowotną, na stronie ubezpieczyciela samochodu i naprawdę sama nie wiem gdzie jeszcze.
Siedzę w domu przed komputerem, otwieram załóżmy stronę urzędu skarbowego bo chcę sprawdzić czy zanotowali sobie moją wpłatę. Wybieram odpowiednią zakładkę, wybieram sposób logowania: mobiltbankID, wpisuję swój pesel w odpowiednią rubryczkę. Potem w telefonie, podłączonym do internetu naturalnie, uruchamiam aplikację, wpisuję hasło i już widzę to, co chcę zobaczyć.
Nie muszę zapamiętywać tysięcy loginów i haseł. Wystarczy mój PESEL i jedno hasło.
Oczywiście aplikacja ta działa tylko na "poważnych" stronach. Na facebooka czy bloga tak się nie zaloguję.
No dobrze, ale co jak mi ukradną telefon? Albo go zgubię? zapytacie. Albo zmienię telefon lub zapomnę hasła.
Wtedy trzeba szybciutko wejść na stronę swojego banku - logując się przy pomocy karty i tokena- zastrzec ową e-legitymację. Oraz uzyskać nową.
Proste rozwiązanie, które pokochałam, jak tylko się przekonałam o jego użyteczności. Jest tylko jedno ale.
Nie da się tej samej aplikacji, na tym samym urządzeniu, używać dla różnych osób. Czyli chcesz jak zawsze wyręczyć współmałżonka w dokonaniu płatności, więc zamiast swego wpisujesz jego/jej pesel oraz jego/jej hasło. Nie da się. Musisz wziąć jego/jej telefon.
I tak sobie jakiś czas śmigałam po sieci przy pomocy tej apki. Aż tu ktoś, kto chciał mi oddać jakieś pieniądze, zapytał czy mam SWISH.
Że co??
Swish to kolejna aplikacja, która wiąże telefon z bankiem.
Jeśli masz SWISH rozliczanie z koleżanką po wspólnym lunchu jest proste. Po prostu - w aplikacji wpisujesz lub wybierasz z listy kontaktów jej nrumer telefonu, wpisujesz kwotę, zatwierdzasz przy pomocy automatycznie otwieranej mobiltbankID i...już. Kilka sekund potem koleżanka dostaje sms, że otrzymała przelew. NATYCHMIAST!
Dlaczego mówię, że SWISH może wyczyścić konto? Ponieważ coraz więcej sklepów oferuje taki sposób płatności, więc robienie zakupów jest jeszcze łatwiejsze. Ten sposób płatności przyjmuje się w Szwecji także dlatego, że coraz mniej ludzi używa gotówki a swish czyni możliwym obrót bezgotówkowy pomiędzy osobami prywatnymi. Co szwedzkiemu państwu, chcącemu ukrócić niekontrolowany obrót pieniędzmi (czyt. pracę na czarno) jest bardzo na rękę.
Oczywiście nie wszyscy muszą podzielać mój entuzjazm do owych rozwiązań, ja jednak je sobie chwalę i uważam, że przy zachowaniu zalecanych środków bezpieczeństwa są to metody o wiele bardziej bezpieczne niż te, stosowane dotychczas.

 

To Tola 14 miesięcy

takajedna_ja

Koleżanka się domaga więcej informacji o tej panience.
Tola w tej chwili ma 14 miesięcy, waży 36 kilo (dane sprzed miesiąca).
W zasadzie można powiedzieć, że jest już dorosłym psem, ale...ja się pocieszam, że jednak nie.
W przypadku Toli sprawdza się powiedzenie "uważaj o czy marzysz".  P-Sunia umierając miała 14 lat i do ostatniego miesiąca życia była psem szalenie aktywnym, wesołym, skłonnym do zabaw i gonitw. Gdy minął czas żałoby (a trwał jakieś cztery lata) i zaczęłam pragnąć nowego "ogonka" w domu zachwyt wzbudził pies mojej koleżanki. Pies który ewidentnie ma ADHD. I kiedy przekonywałam męża do zakupu takiego szczeniaczka to używałam tego jako argumentu. P_Sunia  bowiem miała psie ADHD. A ja chciałam psa podobnego do P_Suni.
No, a potem postanowiłam zaszaleć, raz w życiu sprawić sobie psa wielkiego.
No i sprawiłam, jak widać.
Tolunia jest kochana. Naprawdę. Niestety nie ma tej przypisywanej psom wielkich ras równowagi psychicznej, tej stateczności i dostojeństwa. Nie. Tola jest psem żywym...bardzo żywym? ADHD?
Oczywiście pracuję z nią cały czas i Tola w warunkach domowych, nie rozpraszana niczym, doskonale wie o co mi chodzi. Niestety, kiedy dostaje inne bodźce, zapomina.
Ale nie, nie, nie całkiem. No jakieś postępy są.

Dotąd największym problemem było wyrywanie się na smyczy. To mamy już (prawie opanowane) tylko jak idzie coś - york, jamnik, mewa, kotek - wtedy Tola po prostu zapomina, że nie wolno tak robić i czasem się wyrywa. Wiem, że tak jest, staram się być zawczasu przygotowana, poskromić ta zapędy, ale zdarza się, że chęć poznania kolegi jest silniejsza od wszystkiego. Rzadko na szczęście.
Zastanawiacie się dlaczego Tola tak się rwie do mniejszych od siebie? Bo Tola w głębi duszy jest małym yorkiem. Miała w rodzinnym stadzie yorka, i gdy inne rodzeństwo się rozjechało, york był jej stadem. Byli oczywiście mama i tata, ale oni stali dużo wyżej w hierarchii. W stadzie byli też "mali ludzie" czyli małe dzieci. I Tola na małych ludzi reaguje tak samo jak na małe zwierzęta.
" Lecę! Dam ci buzi, chcesz?"

Ostatnimi czasy na spacerach przybyła nam jeszcze jedna atrakcja.
Tola odmawia pójścia tam, gdzie ją prowadzę.
"Nie, nie pójdziemy tam, założysz się?" Tyłkiem przyrasta do podłoża i prędzej jej głowę urwę, niż zmuszę żeby się ruszyła.
-Idziemy tam? - pytam i pokazuję kierunek. Pies siedzi na baczność: cały tyłek na ziemi, ogon wyprostowany, łapy przednie wyprostowane, grzbiet prosty jak struna, głowa lekko uniesiona.
Pytam po raz kolejny. Pies ani drgnie, łaskawie rzuci okiem na wskazywany kierunek i nadal mnie ignoruje.
- A tam chcesz iść? - wskazuję kolejny kierunek. Znowu to samo. Pies się nawet nie zniży do spojrzenia tak długo póki moja ręka nie wskaże kierunku właściwego. Kiedy wskażę, zbzikowana psica podrywa się, odbiega kilka kroków, ogląda się na mnie, lekko ciągnie smycz...jakby to ona przekonywała mnie, że" musimy iść, nie będziemy tkwić w jednym miejscu cały dzień, a w ogóle to co się tak grzebiesz".
W skrajnych wypadkach ratuję się ciasteczkiem. Skrajnymi wypadkami są sytuacje gdy Wariatka wcale nie chce iść. Nigdzie. Jej poza mówi "nie, nie ruszę się, tu mi dobrze, tu zostaję, ale o co ci chodzi? to dobra miejscówka, wszystko widać, trawa w sam raz, uspokój się kobieto, zen..." Ze mnie wtedy ten zen uchodzi, mam ochotę coś zrobić, nawrzeszczeć, dać klapsa, wziąć na ręce i pokazać kto tu rządzi, nawet za cenę głośnego protestu...
Już wiem, że to nie zadziała. Muszę znaleźć cwany sposób.
Ciasteczko, pozorna zgoda na proponowany kierunek, by po zrobieniu kółka wrócić tam, gdzie chciałam, a w ostateczności
- Tosia, zobaczymy gdzie jest eM? - mówię podekscytowanym tonem...i pies rusza z kopyta.
Tak. Pies rozumie co do niego mówię. Ona po prostu nie słucha. Jest jak dwulatek.
Idziemy. Ławka. "Mamusiu, ławka, mogę?" i już na nią włazi. Wcale nie po to by posiedzieć, żeby połazić, powęszyć, poniuchać, zobaczyć co widać z góry. Każdy większy kamień, ocembrowanie fontanny, cokół pod pomnikiem. Trzeba zaliczyć wszystko.  Na spacerach jest tyle bodźców!
Jest mądra. Ma to coś. Kiedy eM wraca z pracy, podjeżdża samochodem na parking, którego przecież z naszych okien nie widać, wiem to dużo wcześniej. Pies zaczyna skakać do drzwi, latać od balkonu do drzwi, popiskiwać, kręcić się radośnie.
Gdy jesteśmy w plenerze i oddalimy się nieco od eM mogę Tolę do niego wysłać słowami "idź poszukaj eM". Pójdzie i znajdzie. Choć generalnie bardzo nie lubi gdy jej stadko rozdziela. Lata wtedy do jednego do drugie, tego co zostaje w tyle nagania, upomina, popycha wręcz do przodu.
Oczywiście podaje łapę, kładzie się (jak ma chęć) na polecenie. Ale to sztuczki.
Nie ciągnie na smyczy. Jak zaczyna wystarczy lekkie szarpnięcie, upomnienie i zwalnia. Co nie przeszkadza, po kilku minutach znowu naprężyć smycz.
Oduczyłam ją skakać na mnie gdy wchodzę, skacze na eM ale on jej pozwala, tak samo jak pozwala wyrywać sobie z ręki plecak. Nie skacze na Zuzię, na Misię czy Emila. Niestety - skacze na gości, chce się witać, być w centrum uwagi. Walczę, ale chyba muszę to po prostu przetrenować kilka razy z kimś obcym, kto nie ma oporów przed psim ślinieniem.
Nie jest, przynajmniej dotąd nie była psem niszczącym. Oczywiście telefon, zapomniana książka, ale na 10 miesięcy to chyba nie tak wiele? Nosi w zębach nasze buty, ale tylko nosi, nie gryzie, nie szarpie. But przynoszony jest na powitanie albo jako zaczepka "nudzi mi się".
Jedno się nie zmienia i nie chcę tego zmieniać. Tola jest przekonana, że świat istnieje po to, by ona mogła go kochać. To jest niesamowite ile miłości ma w sobie ten pies. Kocha wszystko co ją otacza. Już wiem, że do ptaków czy małych piesków, rwie się ze słowami "poczekaj, tylko dam mu buzi i powiem, że go kocham". Na bank nie są to słowa " zabiję cię, rozszarpię cię, zjem".
I jest...estetką. Wiecie jak często zagapia się za lecącym motylem? Albo na iskrzącą się w słońcu rzekę?




Jest psem niezwykłym. I kochamy się jak wariatki. 

Przilaśćka

takajedna_ja

Pierwszy od dawna, dawna, wieczór z fanatykami fotografowania.
Tym razem, mimo zimna, wyszliśmy w plener. Czyli zamiast teoretyzowania - praktyka. Słońca ZERO. Wiatru na szczęście tez. Temperatura...No, zero to, nie, nie, jakieś +5. Wiosna, wiosna, ach to ty..?
- Katarina, a jak to jest po polsku?
- Przyszlaszczka
- Przilaśćka
-Psi..psci...Vad??? (Jak?)
- Przylaszczka
- Jan, psilaśćka!
- Vad sa du? (Co mówisz?)
- Sippa, psilaśćka på polska
A potem ju tylko zza drzew dobiegało "psilaśćka".
Dwie godziny łażenia po chaszczach. Łażenia, pełzania, walania się, wspinania na zawalone kłody.
130 zdjęć. Jeden kleszcz. Takie małe...mam nadzieję, że niczym we mnie nie napluło. Zapomniałam o bydlakach.
Efekty?
Bardzo proszę, ale uprzedzam dużo tego tym razem.


 

 



- Znalazłaś gullviva!- Powiedział Peter na sam koniec do mnie - Ja to się nazywa po polsku?
Ze wstydem przyznałam się, że nie wiem. Ale możliwe, że nazwę znam tylko nigdy nie widziałam w naturze.
No i zgadza się. Pierwiosnek! Nigdy dotąd go nie widziałam w naturze, albo widziałam, ale nie wiedziałam, że to to.
- A ty pochodzisz ze wschodniej Polski? Tam żyje "vicent" ?
Znałam, kurcze tę nazwę, ale co to było???
- Taki europejski bizon
- Aaaa, żubr!
- Ziubr
- Bardzo ładnie - pochwaliłam go powstrzymując się przed dodatkiem "Jak ty ładnie mówisz po polsku"
- Co? Co ty Peter mówisz? Ziur? Co to "ziur" - Jan się wtrącił
- Visent po polsku
- Ziur?
- Nie, żur to zupa. Żubr.

A dziś rano pierwsze kijkowanie. Godzina na obrzeżach miasta. Po mniej więcej piętnastu-dwudziestu minutach załapałam rytm lewa ręka - prawa noga. Muzyka motywacyjna w słuchawkach. Playlista, którą ochrzciłam Wszystko się może zdarzyć, bo pochodzi ze szczególnego czasu w moim życiu. Muzyka ma mnie napędzać, przypominać po co ten wysiłek, po co mi ta praca nad ciałem opornym, musi sprowadzać myśli na to, czego najbardziej pragnę, a co wciąż przecież może się zdarzyć, jeśli tylko sama sobie na to pozwolę, dam szansę i nie będę mówić, że już za późno. Bo przecież sama sobie wciąż powtarzam, że na nic nie jest za późno jeżeli tylko tego chcę. Zatem: Wszystko się może zdarzyć.
A teraz z youtuba Kortez.
Zakochuję się.

Prywatny kabaret

takajedna_ja

Kilka dni temu, na komputerze, który służy mi do pracy, wyskoczyło okienko z pytaniem:
"Czy poleciłbyś Windows 10 znajomym?"
Aż mnie podrzuciło na krześle.
"Nie - odpisałam natychmiast- Nigdy w życiu!"
Tu się zatrzymałam,  bo taka kategoryczna odpowiedź mnie samą zaskoczyła. Zastanowiłam się o co mi chodzi?  Dlaczego tak negatywnie oceniam ten chwalony przecież system?
Windows 10 nie jest niczym innym jak Windowsem 8.1 - tylko bez tego irytującego panelu bocznego. Przeciętny użytkownik raczej innych zmian nie dostrzeże. A  ósemka była porażką. Siódemka była dosyć dobra, ale po Viście - chyba nawet ósemka wydawałaby się dobra. Ale najlepszy był Windows XP. Tak, na początku miał jakieś poślizgi ale potem był cudowny stabilny system, przyjazny człowiekowi.
To, co obecnie proponują komputery z Windowsem, to jest dziwna mieszanka. Z jednej strony setki aplikacji, jakby komputer miał służyć do obsługi małego centrum lotów kosmicznych co najmniej. Z drugiej strony - komputer wciąż podsuwa nowe propozycje, sam coś aktywuje, instaluje, podpowiada. Jakby użytkownik był ostatnim debilem i nie potrafił sam z siebie wyszukać czegoś interesującego dla siebie. Pół biedy jeżeli używa się komputera do rozrywki. Gorzej, gdy się chce na nim pracować. Komputer nieustająco czegoś chce, a to bardzo przeszkadza w pracy.
Brawo Microsoft. Jeszcze jedna tak genialna modernizacja systemu i ich klientami zostaną sami idioci, bo każdy kto chce użyć komputera do czegoś innego niż do oglądania facebooka przejdzie do Apple.
Tak mniej więcej napisałam. I wysłałam pełna satysfakcji.


Chwilę potem wyskoczyło okienko: Dziękujemy za odpowiedź. Użyjemy jej by poprawić nasz system tak, abyś był bardziej zadowolony.

AAAAAAAA!!!! NIE!!! Proszę! Nie chcę być zadowolona bardziej! Chcę być wręcz nieszczęśliwa! Proszę! Nic już nie ulepszajcie!

Ale okienko znikło i już nie dało się odszukać.

Matko boska! Każą mi instalować Win11?! Czy ten będzie już tak intuicyjny (co to do cholery oznacza? Moja intuicja jest chyba niekompatybilna z intuicją tych z Microsoftu) że nawet pisać i czytać do jego obsługi nie będzie trzeba? Wystarczy znać pismo obrazkowe?
A nie, przepraszam. Teraz już można być analfabetą, bo obrazki zastępują wszystko.
Czy ktoś oglądał film Idiokracja?
Czy to jest nasza przyszłość?


© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci