|
Archiwum
Zakładki:
A radia słucham ...
A to ja
Blogi do czytania
Blogi do oglądania
Szukanie inspiracji
|
Na bloxie od listopada 2004
niedziela, 29 stycznia 2012
Uchylam ostrożnie drzwi...
...poszli sobie ? Zawsze mnie coś podkusi, wypowiem się na temat jakiś gorący a potem tak się kończy, że boję się własnego bloga otworzyć. A jeszcze jakiś porządek zdałoby się zaprowadzić. Ale odpowiadać każdemu na komentarz ??? Dobra...przyznam się - ja nawet wszystkich tych komentarzy nie przeczytałam; mówię o tych pozostawionych przez ludzi kompletnie mi obcych ze szczególnym ukłonem w stronę anonimowych. Leniwa jestem, wiem. Mój wpis sobie, ich dyskusja sobie. Ja wcale nie uważam, że twórcy mają pracować "za wzięcie". Bardziej chodziło mi o pokazanie, że bez zreformowania rynku ustawy antypirackie doprowadzą jedynie do impasu. Dzisiejszy odbiorca jest inny niż ten sprzed trzydziestu lat. Tak jak i kultura jest inna. Wszystko nabrało przyspieszenia. Ja też pamiętam czasy, kiedy film oglądało się w kinie dopiero kilka lat po premierze. Tak samo jak pamiętam czasy, gdy ubrania sprzed dwóch lat z Zachodu*, w Polsce były zgodne z najnowszymi trendami. Ale to nie czasy. Dlaczego nie można stworzyć wirtualnych bibliotek, gdzie będzie można wypożyczać filmy, piosenki czy e-booki za rozsądną cenę i z pominięciem regionalizacji. I dlaczego artyści kłócą się z odbiorcami o stracone dochody, zamiast wymagać obniżenia ceny od producentów? ...ale skończmy już to bicie piany. My sobie pogadamy, a potem politycy i tak zrobią to, co dla nich jest wygodne. Czyli czego zażądają od nich ich wielcy sponsorzy. I tyle. Tu powinien powstać wpis pt "Dlaczego jestem anarchistką". Nie chce mi się. Zmęczona jestem jak chart po wyścigu. Od dwóch tygodni biegam w kieraciku. Na 8, co dzień lecę na kurs, gdzie jestem do 15.30. Wracam, od razu rzucam się do garów, nim ugotuję, nim wszyscy zjedzą, nim te gary pomyję robi się 18 -19, ucałuję Zuzię na do widzenia, zamknąwszy za dziewczynami drzwi, padam na łóżko. W międzyczasie wybiegam z kursu i lecę na angielski (kolejna zmiana nauczyciela, kolejny pomysł na prowadzenie zajęć, kolejna porażka i poczucie straty czasu), w domu pomiędzy gotowaniem a zmywaniem usiłuję ukraść trochę czasu na bycie z Zoozolem. Ale choć zabiegana wciąż nie mogę się otrząsnąć, amplituda wciąż jest poniżej osi, czasem się podnosi a czasem krytycznie idzie w dół. I przyznaję się bez bicia - tak naprawdę jedynie wnuczka potrafi wzbudzić u mnie głębsze zainteresowanie i szczery uśmiech. Mam problem ze spotykaniem ludzi. I z doborem garderoby, bo ostatnio miałam jazdę na wielobarwność i kwiatki, a teraz gdy potrzebuję czerni, szarości, granatów to okazuje się, że nie mam. Nie, to nie chęć zadośćuczynienia zwyczajowi, to po prostu coś we mnie tego chce, coś czego sama do końca nie rozumiem, ale się temu poddaję. A czasem są sytuacje takie, że nie wiadomo śmiać się czy płakać. Mama miała problemy z rozróżnieniem naszych głosów przez telefon, więc mam nawyk mówienia "to ja, Kasia" jeśli ona nie zada zwyczajowego pytania "Kasia? To ty?". Złapałam się na tym przy ostatniej rozmowie. I tak to.
środa, 25 stycznia 2012
O przyczynach piractwa, o ACTA słów kilka "za a nawet przeciw"
Nie wiem czy jestem za czy przeciw ACTA. Nie znam dokładnie zapisów tego dokumentu, co dokładnie jest a co nie jest legalne, nie wiem wreszcie kto i w jaki sposób i przez kogo będzie karany. Więc nie dorzucę swoich trzech marnych groszy do powszechnego protestu. Ale chciałabym się zwrócić do wszelkiej maści artystów zżymających się, że ktoś kradnie ich pracę. Na początku powiem, że podoba mi się pana Żakowskiego porównanie internetu do wielkiej biblioteki i cieszy mnie, że wciąż są twórcy, dla których zainteresowanie odbiorcy jest równie ważne jak cyferki na koncie bankowym. Jednocześnie, jako księgowa tak z zawodu i charakteru, rozumiem, że artysta czy inny twórca też człowiek, często posiadający rodzinę i liczne zobowiązania finansowe więc pieniądze są dlań nie tyle ważne co potrzebne. To, żeby było jasne. A teraz przyznam się: Tak, ja również ściągam filmy z sieci. Moim szczególnym upodobaniem cieszą się seriale a jeszcze większym seriale polskie, szczególnie te naprawdę niezłe. A powstało kilka takich. I obejrzałam je dzięki temu, że ktoś je do sieci wrzucił. Dlaczego zabawiłam się w pirata ? Z naturalnie przyrodzonej każdemu Polakowi umiejętności „kombinowania” ? Nie! Z przekonania że mi wolno, bo kto mnie złapie ? Też nie! To może z przekornej chęci oszczędzenia kilku złotych ?...aa, i owszem, częściowo tak, ale to jeszcze rozwinę. Głównym motywem mojego piractwa jest to, że mieszkając na obczyźnie NIE MAM innej możliwości dostępu do polskiej kultury. Nie posiadam polskiej telewizji cyfrowej, której nota bene wywóz za granicę jest niedozwolony, tylko jeszcze nikt nie ściga. Telewizja w moim mieście nie posiada w swej ofercie programów polskich. Oglądanie legalne w internecie, po wykupieniu specjalnego abonamentu jest niestety niemożliwe poza granicami kraju. Kochani Twórcy. Odcinając nas, „piratów” od zasobów w sieci odcinacie sobie odbiorców. I potencjalnych nabywców. Bo tu działa mechanizm jak z książką. Ktoś jeszcze pamięta jak się kiedyś tam bulwersowałam gdy Pryncypałowa zadała mi pytanie po co kupuję książki, skoro mogę je wypożyczać z biblioteki ? A kto pamięta, że podobne pytanie zadała mi kiedyś pani pracująca w bibliotece (celowo nie piszę „bibliotekarka” ). No to tak samo działa to z każdym innym produktem. Jakaś część ludzi tego nie kupi. Nigdy i za żadne pieniądze, bo po co ? W sytuacji przymusowej prędzej zrezygnują całkowicie niż wydadzą choć złotówkę. I tak będzie. Ale są tacy, co po obejrzeniu pirata będą chcieli „mieć” oryginał. Z różnych nieokreślonych powodów. Ale, mili twórcy, jeśli nie wiem że coś istnieje, a tym bardziej, jeśli nie wiem czy to coś jest warte swojej ceny, to nie wydam na to takich ogromnych pieniędzy jakich sobie winszujecie za każdy egzemplarz płyty DVD. I tu wraca kwestii pieniędzy. W Szwecji, większość filmów jakie kupiliśmy, a kupiliśmy ich masę, kupujemy w zwykłym spożywczaku, często w pakiecie 3za99 lub 2za99. Koron naturalnie. Ile tymczasem kosztuje jeden film DVD w Polsce ? Na przykład taki Avatar na stronie „najpopularniejszego sprzedawcy dóbr kulturalnych” po przecenie kosztuje 71,99. Złotych. My w Szwecji kupiliśmy go, też po przecenie, za około 50 koron czyli za 22,56 złotych polskich zgodnie z przelicznikiem waluty banku Nordea. No to jeszcze jeden prosty rachunek. Za szwedzką średnią wypłatę, czyli za około 20 000 koron mogę kupić 400 takich Avatarów. A ile za średnią polską wypłatę ? Nie wiem zbyt dobrze ile się teraz zarabia w Polsce ale zobaczmy : 400*71,99 = 28 796. No tyle to się chyba nawet średnio w Polsce nie zarabia ? A gdybym tak miała za ten film zapłacić pełną cenę. Na stronie pierwszego lepszego sklepu internetowego Avatar ma cenę 139 koron szwedzkich. 20 000/139 = w zaokrągleniu 144 szt. 144*71,99 = 10 367. Jak wiele znacie osób, które mają dochó miesięczny powyżej 10 000 , drodzy twórcy ? I jeszcze jedno. Dla Polaków mieszkających za granicą niebagatelną kwotą są też koszty przesyłki. Być może coś się w tej kwestii zmieniło, ale jeszcze do niedawna przesyłka za granicę od „najpopularniejszego sprzedawcy dóbr kulturalnych” kosztowała 60 złotych. Podczas, gdy Poczta Polska za przesyłkę poleconą do kilograma bierze około 34 złote. Reasumując. Odcinając nas, internautów zza granicy od zasobów w sieci, podcinacie drodzy twórcy gałąź na jakiej siedzicie – odcinacie nas od wiedzy o waszym istnieniu, o tym kto z was, co dobrego zrobił: napisał, nakręcił, wyreżyserował czy zagrał. Bez tego – tym bardziej nie kupimy waszego dorobku, nawet jeśli będzie to kosztować złotówkę.
sobota, 21 stycznia 2012
***
Jesteśmy społeczeństwem obrazkowym. Wiedza, jaką posiadamy o świecie, w znacznej części pochodzi z obrazków pokazywanych w telewizorze. A te obrazki zazwyczaj są mało obiektywne. Jeśli oglądamy kanał informacyjny to obraz świata przypomina apokalipsę. Jeśli kanał filmowy to bajkę. Najwięcej chyba prawdy obiektywnej pokazują kanały sportowe, ale w sporcie, jak w matematyce, cyferki są obiektywne i nie da się ich zinterpretować inaczej. Na to, co nas spotyka w życiu, mamy w pamięci stosowne obrazki. Obrazki z reklam czy filmów. A kiedy spotyka nas codzienność tak bardzo odbiegająca od wizji jaką znamy z obrazków, doznajemy szoku podwójnego. Choroba jest jednym z takich okłamanych obrazków. Myśląc o chorobie mamy wizję szpitala w Leśniej Górze w którym jako bonus do miłego i empatycznego personelu pracuje geniusz diagnozy Doktor House. Badań robi się mnóstwo i na wszelki wypadek, chory nie jeździ na konsultacje, a jeśli to jest wożony karetką do innej, równie eleganckiej placówki, gdzie życzliwy, znowu, lekarz czeka prawie że w progu. Diagnoza jest natychmiastowa. I natychmiast dowiaduje się o niej chory. Jeśli choroba jest nieuleczalna – lekarz ciepłym głosem, trzymając za rękę mówi „uporządkuj swoje sprawy, zostało ci około pół roku” . Chory jest oczywiście smutny, ale zapewnienie lekarza „zadbamy byś nie cierpiał” podnosi go na duchu. Sama choroba jest sterylna, pozbawiona woni i brzydkich widoków. Chory leży elegancki, w wygodnym łóżku, wokół niego rzesza ludzi, każdy chce spełnić jego życzenie. Lekarz jest na zawołanie, tak samo jak pielęgniarki. I wreszcie przychodzi koniec – chory zamyka oczy, trzymany za rękę przez ukochaną osobę, w otoczeniu rodziny, majestatycznie wypowiada ostatnie, naturalnie podniosłe słowa, po czym zamyka oczy i opada mu głowa. I oczywiście mogę się zgodzić, że nie ma potrzeby epatowania widza rzeczywistym obrazem. Zresztą kino, a zwłaszcza kino domowe, wciąż nie potrafi emitować zapachów, a to jeden z istotnych elementów choroby, zwłaszcza ciężkiej choroby. Ale czy naprawdę skoro nie można spełnić sielankowej wizji filmowej, nie można zrobić nic? Ja się z tym zetknęłam... Ja...Nie, ja to mało. Zetknęła się z tym moja siostra. I jej córka. Obojętność. To pierwsze co człowieka spotyka. Nikogo nie obchodzi ciężko chory człowiek. Konsultacja w mieście oddalonym o ponad 200km. Najlepiej kilkakrotna. Koniecznie osobista obecność chorego, jakby nie było faxu, maili czy zwykłej poczty. Oschłe, naprędce przyjęcie u konsultanta po wielu godzinach spędzonym w poczekalni, na krześle. Brak rzetelnej informacji o godzinach pracy konsultanta. Wreszcie diagnoza postawiona tak, by nic a nic nie powiedzieć. Żeby broń boże nie musieć zajmować się jeszcze psychiką chorego. Także szpitalny personel niższego szczebla nie wykazuje najmniejszej dawki empatii. Nikt nie rozmawia z chorym, nikt nie rozmawia z rodziną, nikt niczego nie wytłumaczy. Jeśli chory nie daj boże jest leżący – to pielęgniarce nie przyjdzie do głowy sprawdzić czy zjadł, czy pił, czy nie jest mu za gorąco czy podgłówek jest odpowiednio wysoko. Nie zrobi tego ani pielęgniarka, ani lekarz a już na pewno nie kto inny. I wszechobecna poza „to nie mój problem”. Nie da się zwalić na wadliwy system zwykłego braku organizacji. Umówienie konsultacji na konkretny termin przez telefon przez lekarza prowadzącego, jeśli to wymaga dodatkowego badania chorego, lub przesłanie samej dokumentacji i odesłanie diagnozy pocztą do lekarza prowadzącego zamiast ganiania chorego po niemal całym województwie –czy to naprawdę takie trudne? Niemożliwe ? Nie da się zwalić na system obojętności i braku empatii. Nie mówię już o rzetelnej informacji, do której chory zwyczajnie ma prawo a lekarz zdaje się ma obowiązek. Dopiero personel z hospicjum potrafi pokazać, że praca w służbie zdrowia to nie odbębnianie godzin za biurkiem, że to powołanie i służba właśnie. Służba niełatwa ale przecież nie niemożliwa. Służba, która polega na pomocy tak choremu jak i jego najbliższym. Dlatego NIE dziękuję lekarzom i personelowi z przychodni w Kruklankach, ze szpitala w Giżycku, ze szpitala w Olsztynie. Ale bardzo dziękuję personelowi Hospicjum w Giżycku. Za obecność zawsze gdy byli potrzebni, za telefony z pytaniem czy wszystko w porządku, czy czegoś nie trzeba, za serdeczną obecność, za informacje i tłumaczenie tego, co najtrudniejsze, za pomoc wszelkiego rodzaju. Bardzo proszę tych, którzy mają 1% do dyspozycji, by tym datkiem wsparli to, lub jakiekolwiek inne Hospicjum.
piątek, 20 stycznia 2012
.
Może i jestem niewdzięczną malkontentką, ale zmiany wyglądu ulubionych stron wzbudzają we mnie agresję na poziomie 8 z 10. No i niech mi kto powie co to za ulepszenie, polegające na tym, że się chowa znaczki, których użytkownik, czyli ja najczęściej używa...Mozilla wycięła mi numer i się zmieniła. Nic nie mogę znaleźć, żeby otworzyć zakładki, czyli za-rss-owane blogi muszę szukać jakiegoś czegoś co mi otworzy folder zakładki, potem folder blogi. Nie ma też znaczka odśwież i w co ja teraz będę klikać jak mi się net zerwie i będę chciała sprawdzić czy już się podłączył.
Nie wierzę, że zmiana wyglądu jest wymuszona przez jakieś tam techniczne rozwiązania, nie wierzę, że wygląd ma wpływ na prędkości i tym bardziej nie wierzę, żę inny wygląd przysporzy nowych użytkowników. Według mnie pan Kazio, szwagier Janka z zarządu potrzebował kasy i się wykazał. Co nie zmienia faktu, że jestem głęboko zirytowana. Jak kto kiedy otworzy witrynę pod szyldem "Zmiany wyglądu nie częściej niż raz na 10 lat" to się tam przeniosę z całym inwentarzem internetowym.
niedziela, 15 stycznia 2012
Egzotyczna kraina
Wracam z krainy tropikalnych upałów wieczorem i przenikliwego zimna w nocy. Z krainy wiecznego błota i wiatru. Z krainy pofałdowanej jak mózg geniusza z niebieskimi, przepastnymi oczami jezior coraz mocnej zarastających trzciną. Wracam z krainy, gdzie na pół zawalona rudera sąsiaduje z ruderą, która jeszcze stoi i z całkiem ładnym, nowym domem. Wracam z krainy gdzie po polnych drogach jeździ się równie szybko jak po dziurawym asfalcie. Na tych drogach jeździ się bez pasów, bo tam policja nie ściga. Zresztą pasy i tak są zepsute – nie reagują na szarpanie i zapięte po wielu próbach, nie dają się odpiąć. Wodociąg jest tam od niedawna, ale ciepła woda w domu wciąż jest luksusem. Wracam z krainy, gdzie internet ma jedna osoba we wsi. Wracam z krainy, gdzie lud prosty żyje prostym życiem zgodnym z porami roku. Wracam z krainy, gdzie rodzina to nie tylko rodzice i dzieci. Gdzie kuzynowie, stare ciotki, pociotki, stryjenki. Serdeczność i dobrotliwe wykpiwanie inności. Kraina, gdzie mężczyzna nosi kobiecy bagaż. Nawet jeśli walizka ma kółka. Kraina, gdzie każdy członek rodziny dostaje tyle starania, ile mu w danym czasie potrzeba. Kraina, gdzie umiera się w domu, w otoczeniu najbliższych i gdzie ci najbliżsi szykują zmarłego do ostatniej ziemskiej podróży, a nie zakład pogrzebowy. Kraina, gdzie na znak żałoby zasłania się lustra. Kraina, w której ubierając rozmawia się ze zmarłym, a do kieszonki wkłada mu się kilka pieniążków. Kraina gdzie nastoletnia młodzież z gimnazjum we wsi gminnej wciąż pamięta o pewnej pani z ich starej szkoły podstawowej. Wracam z kraju tak egzotycznego, że nie potrzeba mi jeździć do Chin. Z kraju mojego wakacyjnego dzieciństwa. Z kraju, gdzie żyła moja jedyna siostra.
wtorek, 10 stycznia 2012
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Pomocy! Jutro jadę
do Polski. A ponieważ zrezygnowaliśmy wreszcie z abonamentowej komórki w Polsce będę musiała kupić jakiś numer "na kartę" Proszę o podpowiedź: w której sieci nie muszę zbyt często doładowywać konta by zachować numer. Rozumiecie - latam do Polski dość często i chciałabym mieć jeden stały numer, żeby mnie znajomi rozpoznawali, ale też żebym i ja mogła podawać jakiś numer kontaktowy gdy np. rezerwuję przejazd z lotniska do Olsztyna. Czyli żeby np. wystarczało doładowanie raz na kwartał by numer nie przepadł. Ceny rozmów nie są tak ważne, bo każda sieć ma je podobne, ale naliczanie sekundowe by się przydało. Znacie taką sieć co tak ma ?
środa, 04 stycznia 2012
Czas
Najgorsze są noce. Czas ciurka wtedy jak woda z niedokręconego kranu. Starego kranu, bo ktoś dziś ma kran z kurkami? Chyba tylko Anglicy. Noc. Sypialnie wypełnione równymi oddechami śpiących. Czasem ktoś zachrapie. Ktoś zamamrocze przez sen. Na górze sąsiadka spuszcza wodę. Z niedalekiej ulicy wpada pomruk przejeżdżającego, pojedynczego samochodu. Wiatr świszcze w szparze przy drzwiach. Coś chrobocze, skrzypią blaszane parapety pod naporem wiatru. Drobne gałązki szemrzą o szybę. Kot, śpiący jak zawsze nieopodal, z przeciągłym „mrrrr” przewraca się na grzbiet. Tłuste łapki, ugięte w połowie, sterczą w górę. Jakim cudem wytrzymuje tak wiele godzin, czy mu nie drętwieją ? Człowiek po kilku minutach już by czuł mrówki. Cyk, cyk, cyk...tyka zegar w kuchni. Ten nowy, dopiero co kupiony. Nie pokładano w nim nadziei, że będzie odliczał same szczęśliwe godziny. Oczekiwano, że będzie jedynie precyzyjnie odmierzał czas. I to robi. Srebrne wskazówki przesuwają się niedostrzegalnie dla oka. Ciurk, ciurk, ciurk...krople czasu skapują, rozlewają się w kałużę... Oczy pieką zmęczone lampkami. Kręgosłup prosi o litość skulony, na wygodnym przecież, fotelu. Gdyby dzień...Możnaby pójść do sklepu, na spacer, gdziekolwiek. Gdyby choć lato- noc już, już miałaby się ku końcowi. Teraz, o północy, o godzinie pierwszej albo drugiej... Przeszukiwanie kolekcji płyt w poszukiwaniu filmu, który zajmie, odwróci myśli, znuży i wreszcie da zasnąć. Książka, dotąd najlepszy przyjaciel poduszki, jakoś ostatnio działa. Może dlatego, że dziwnym trafem kolejne tomy przyniesione z biblioteki wciąż opowiadają o tym samym. Jakby ręką snującą wzdłuż krótkiego i tak rządka kierowała jakaś inna siła. Ciurk, ciurk, ciurk...Chłód liże bose stopy, obejmuje odsłonięte ramiona. Druga. Wpół do trzeciej...Dobrze. Do łóżka. Projekt Sen. Próba...która to dzisiaj ? Druga ? Trzecia. Za gorąco pod kołdrą. Kark boli. Inna poduszka. Kołdra na bok. Zimno. Kompromis – nogi i ręce na wierzchu, korpus pod kołdrą. Zza niedomkniętych żaluzji sączy się promień z latarni. Przesunąć się. Lekkie stąpanie. Kot, jak duch, wierny nawet gdy zaspany, z rozżalonym pomrukiem wtula nos w zgięcie łokcia, za chwilę odwraca się i podsuwa ogon pod nos. Zmiana kierunku spania. Głową przy samych drzwiach, tak jest więcej powietrza. Co nocny taniec po którym łóżko rano wygląda jakby się w nim działo nie-wiadomo-co. Zima choć nie-zima. Krótki dzień jeszcze skrócony przez dziwny czas pobudki. Czasem ósma. Czasem dziesiąta. Wybudzanie zajmuje tyle samo czasu co zasypianie. Godzinę, czasem dwie. Kawa gorzka choć z cukrem. Krążenie po mieszkaniu, pod pozorem porządków. Wynajdowanie kolejnych zajęć: podszyć zasłony do pokoju. Skatalogować filmy. I książki. Napisać porządny list motywacyjny w obcym języku. A potem zasłona na pół sfastrygowana z wbitą igłą leży na kanapie. Na stole w kuchni (najlepsze światło) słowniki. W pokoju, na niskim stoliku rozsypane płyty... Ciurk, ciurk, ciur...Czas ciurka jak woda z popsutego kranu. Czas czekania na to co nieuchronne, co przesądzone, co złowrogo zbliża się każdego dnia. Czas gdy nie ma już nadziei. Czas, gdy nie ma już słów do wypowiedzenia. Czas, w którym dźwięk telefonu wysysa powietrze z krtani. Czas który chciałoby się skrócić. Czas, który chciałoby się zatrzymać. Czas, który dla kogoś, daleko tam, jedynego właśnie się kończy.
wtorek, 03 stycznia 2012
niedziela, 01 stycznia 2012
Bezrocze
taki czas mamy. Stary sobie poszedł. Nowy jakoś nie może się zacząć. Czas zatrzymał się gdzieś między nocą a dniem, o szarej godzinie. Szyby zlane deszczem, obudziło mnie bębnienie w parapet. Jarzębina za oknem roni łzy jak grochy. Śniła mi się czysta, przejrzysta jak kryształ, ciepła woda, z miękkim piachem na dnie i strachem na wróble na brzegu. Zanurzyłam się w tej wodzie cała. Było cicho, bezpiecznie, kojąco. Kłopoty z wyjściem nie były straszne, raczej zabawne. Oby to była wróżba na nadchodzący rok. Fajerwerki na rynku o północy, pierwszy raz oglądane gołym okiem a nie przez obiektyw aparatu nie zrobiły szczególnego wrażenia. Może muzyka była nie taka ? (była nie taka) Myśl o przerażonych ptakach może przeszkadzała? (przeszkadzała) Refleksja o tym, że my też jak te iskry na niebie, może niepotrzebna? (potrzebna) Miasto śpi po nocnym szaleństwie. PanMarek Trójkowy w słuchawkach. Jak to dobrze, że jutro już normalnie. Do spotkania z Zozolem 14 dni. |