Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Dzień 6 Metafizyki ciąg dalszy. W drodze do Oberhofen

takajedna_ja

Rano 10:04.
Odjeżdżam z Berno do Thun, a stamtąd do Oberhofen.
Na peronie wkładam słuchawki i włączam odtwarzacz. Ustawiam Five Miles Out, po którym idzie cała lista Mike Oldfielda. Gdy owe Five Miles się kończy, w słuchawkach słyszę Tåg song Kari Bermnes. Dziwne, ale nie mam czasu sprawdzać dlaczego,  bo na tor, z wizgiem i świstem, wjeżdża mój pociąg.
Wsiadam i pociąg rusza. Mija szare Berno, zostawia za sobą ogromny wiadukt.  
A w słuchawkach Kent mi śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszam w drogę".
Za oknem pola, pagórki i pagóry.
We mnie radosne pulsowanie w rtym muzyki. Roznosi mnie radość. Taka czysta, dziecinna uciecha, bez obaw i bez wątpliwości. Taka, jakiej nie czułam od lat. Jadę pociągiem w nieznane i się nie boję. Jest spokojna pewność siebie oraz przekonanie, że będzie pięknie. Uśmiecham się sama do siebie, do własnych myśli, do małej Kasi wewnątrz tej starzejącej się kobiety jaką widzę na odbicu w szybie.
Czuję satysfakcję, że to zrobiłam, robię właśnie teraz. Dałam sobie wakacje w nieznanym, wakacje o jakich zawsze marzyłam. Czuję się wolna i świat się przede mną otwiera.
Kent mi śpiewa "czuć, że miłość już czeka". Uśmiecham się. Wiem co to za miłość na mnie czeka i ja spokojnie czekam na nią.
Za oknem alpejskie, zamglone szczyty.

W Oberhofen nad szafirowym jeziorem Thun

 

 

 



Dzień 5 Berno przed południem

takajedna_ja

Upał panuje nieziemski od rana do zmierzchu a po zmierzchu aż do rana. Unikam słońca jak mogę, dużo piję, chowam się w cień, w po południu funduję sobie sjestę. Unikam bólu głowy dzięki temu i wieczorami mam siłę integrować się z kuzynką.
Wczoraj im zwiałam...
Bo Kasia chyba nie wierzyła, że dam sobie radę sama, w obcym państwie, nie znając języka, nie znając miasta.
Nie doceniła mnie. Poszłam i wróciłam. Po kilku godzinach, akurat gdy zaniepokojona Kasia zaczęła do mnie dzwonić.
Mało tego - poszłam i wróciłam. Kupiłam małe co nie co dla rodzinki, znalazłam toaletę. Uwierzcie mi: w Szwajcarii nie ma toalet dla kobiet na każdym kroku. Są publiczne, bezpłatne pisuary. A toalet nie ma! Wreszcie dotarłam do dworca, znalazłam toaletę. I tu zonk bo płatna! Ale jak to? Płatna?? Toaleta??! Na dworcu??! No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Trza płakać i płacić jak się chce... ten tego...
Znowu zonk. Nie ma płacenia kartą. Zgłupieli? W mieście pełnym turystów mam używać gotówki?! I skąd ja im te dwa franki wyciągnę? Bankomat mi wszak ich nie da. Bankomat na moją sugestię, że może jednak da się przekonać zabił mnie śmiechem i zaproponował 50franków. 50fr to jest blisko 500koron! Jak w Szwecji żyję to chyba nigdy takiej kasy nie miałam w portfelu, no ale zawsze może być ten pierwszy raz. Wzięłam owe pińcet.I znów dylemat: jak z papierka wydusić 2 korony?
Poszłam do informacji i...niefrasobliwie zgłosiłam mój problem po angielsku. Po angielsku. Ja. JA! Ja przecież nie znam angielskiego! Pan w okienku uznał, że znam i bo nieuprzejmie odburknął (ani chybi Francuz), że on nie ma pieniędzy. Westchnęłam ciężko i poinformowałam go, że tyle to ja wiem. I ja od niego to chcę informację GDZIE ja ten papierek mogę wymienić na owe dwa franki. Przysięgam, sprawa robiła się pilna i naraz przelicznik franka na franka przestawał mieć znaczenie. Pan wzruszył ramionami, rzucił niechętnie "mejbi in butik". Grrrr...Oparłam się pokusie rzucenia mu w twarz mojego nowego, włoskiego słówka, którego nauczył mnie Davide, Włoch z Genui, narzeczony Kasi.
W sklepie kupiłam chusteczki higieniczne oraz batonika. Pani mi wydawała...a ja zażądałam dwóch franków. Miała mord w oczach. Albo tak mi się zdaje, bo Szwecja mnie jedna rozbestwiła. Mnie nie wystarczy, że ktoś jest grzeczny. Ja jestem przyzwyczajona do serdecznej obsługi.
Znalazłam toaletę po raz drugi. A czas to był już najwyższy. Czego tam nie było...Przede wszystkim nie było podziału na męski i żeńskie. Brudu nie było, dziwne, ale prawdziwe, widać w Szwajcarii bywają czyste, porządne toalety. Nie było podgrzewanej deski i szumy wody jak w Japonii. Ale pachniało! Perfumami! Acha. Wody ciepłej nie było, papieru ręcznikowego też. Była suszarka, których nie znoszę.
I o.
Wróciłam do domu, zjadłam gnocchi z pomidorami w sosie szpinakowym z młodym groszkiem. Dobre to było. I zasnęłam.
Kasia poszła do pracy.
Mieliśmy z Davide jeść pizzę na kolację, ale...Się zagadaliśmy. Po angielsku. O. Trochę wujek gogiel, ale większąć sama i nawet nie"tymi ręcyma".
Jestem pod wrażeniem jakie wywarłam na samej sobie.

Zdjęć robię masę, nie nadążam obrabiać, więc tylko kilka, przypadkowo wybranych.

Oto zaułki Berno.

A tu boja w Aare, rzece, która otacza miasto.
Jest...Niesamowita. Zakochałam się w jej szmaragdowym kolorze i przejrzystości.

 

 

 

 

Dzień 4 Na Jungfrau

takajedna_ja

Kto był w Tatrach ręka w górę!
Ja byłam kilka razy. Piękne, dzikie, ogromne. Tak. A teraz proszę to zwielokrotnić...I rozmiar i dzikość i urodę.
Wybrałyśmy się z Kasią trochę za późno, opierając się na przeświadczeniu, że skoro cała Szwajcaria ma wielkość województwa warińsko-mazurskiego i wszędzie jedzie się niecałą godzinę to wyjazd o 13 jest okej.
Niestety - nasz niefrasobliwość odniosła skutek.
Już na dworcu niespodzianka - nasz pociąg jest odwołany bo jakiś wypadek po drodze. Trzeba było wsiąść w inny.
No to wsiadłyśmy.
Ledwie wyjechał z Berno natychmiast obie przylepiłyśmy nosy do szyby i tylko jęczałyśmy z zachwytu. Głowy omal nam się nie poukręcały od spoglądania raz w jedną, raz w druga szybę. Kompletnie pochłonięte widokami za oknem zapomniałyśmy chyba o kulturze - pokazywałyśmy palcem i krzyczały "patrz tu, tu patrz".
Po mniej więcej godzinie nieco okrzepłyśmy w naszych zachwytach i wtedy zobaczyłam, że tubylcy popatrują na nas, ale raczej z sympatią niż naganą. Kasia, gadająca po niemiecku z prędkością karabinu maszynowego (uuuups! w tym kontekście to chyba złe porównanie), zawarła krótkoterminową znajomość ze starszą panią siedzącą obok. I tu pani nas zaniepokoiła, bo stwierdziła z pewnym wahaniem, że "na Jungfrau jedzie się długo, ale powinnyśmy zdążyć". Aaaale jak to długo? 
Kolejne stacje i stacyjki, kolejne pociągi, kupowanie biletów u konduktora, wreszcie, dotarłyśmy do Grindelwald. Stamtąd już droga tylko w górę i pod górę. Upał był nieziemski, więc w wagoniku z drewnianymi siedzeniami okna otwarte na przestrzał, ciuchcia mozolnie pełzła pod górkę, a my tkwiłyśmy w tych otwartych oknach jak przymurowane w nabożnym milczeniu. Zachwyty, okrzyki przestrachu i zadziwienia skończyły się nam jakieś pół kilometra niżej. Teraz można było tylko milczeć i...utwierdzać się w wierze w Boga (Kasia) i wątpić w zwątpienie (ja).
Tak dotarłyśmy do Kleine Scheidegg, gdzie czekała nas ostatnia przesiadka. Zrobiło się zimno i jakoś tak...mniej słodko, bardziej surowo. Wyciągnęłyśmy kurtki.
Jeszcze jedna ciuchcia, niemal pusta. Prócz nas i obsługi był tam jedynie jakiś pan. O nie, on nie jechał tą ciuchcią żeby sobie tylko popatrzeć co stwierdziłam widząc jego znoszone buty i wytarty plecak z przytroczonym czekanem. Na bank nie był zwykły turysta-cepr jak my. Zastanawiałam się czy rękę stracił w górach czy też może w jakichś innych okolicznościach. Tak, nie miał ręki. Jego wygląd i zachowanie sugerowały, że ta jego część mogła być okupem za całą resztę...
A potem ciuchcia wjechała w tunel i...tyle było widoków.

Na kolejnych przystankach można było wysiąść i popatrzeć przez wykute w skale, oszklone okna.

 

Tam też mijaliśmy pociągi jadące z góry, w których pełno było...śpiących ludzi ( głównie Azjatów). Zastanowiło mnie zjawisko. Cóż oni tam, na tej górze wyczyniają, że śpią takim kamiennym snem, że nawet zatrzymanie pociągu ich nie wybudza?
Wreszcie ostatnia stacja na wysokości 3454mnp.
Wysoko jesteśmy, stwierdziłam i leciutko wskoczyłam na kilka stopni schodków prowadzących w górę do pełnego komercji kompleksu handlowo-rozrywkowego.
to znaczy miałam zamiast zrobić to lekko, bo stopnie niewysokie i niewiele ich...I nagle odkryłam, że ważę tonę! Przenieść moje 70kilo z małym okładem z nogi na nogę okazało się wysiłkiem granicznym. Serce łupało w piersi, w głowie dzwoniło, przed oczami mroczki a pod stopami wyczuwalny ruch ziemi.
Wiedziałam, że 3,5 kilometra to wysoko, ale nie wiedziałam, że TAK wysoko. I zrozumiałam tę śpiącą pokotem masę ludzką w pociągach jadących w dół.
Przyjechałyśmy tuż przed zamknięciem. Obejrzałyśmy sklep Lindta, kupiłyśmy trochę czekoladek, wysłałam kartkę do wujków, wypiłyśmy kubek kakao szumnie zwanego czekoladą, wyszłyśmy na zewnątrz, na wydeptany placyk z masztem i szwajcarską flagą. Dookoła był śnieg, skały i niebieskie niebo. Pod nami - chmury.


Został nam do pokonania ostatni odcinek, na sam szczyt, na taras widokowy...Niestety -to była najokrutniejsza zemsta za nasze guzdralstwo. Czasu nie wystarczyło, trzeba było zjechać.
Kasia była rozczarowana głęboko. Ja...z powodu dolegliwości wysokościowych przyjęłam to ze stoickim spokojem.
Wracałyśmy w zachodzącym słońcu, patrząc jak lśniące szczyty nikną w mgle, obserwując długie cienie zasnuwające doliny rodem z reklam Milki.
Boleśnie odczuwałam fakt, iż być może oglądam to po raz ostatni w życiu.

Dzień 3 Do Berno Magii ciąg dalszy

takajedna_ja

Jak to jest z tymi więzami rodzinnymi? Dlaczego ktoś, kto w dzieciństwie i wczesnej młodości był zmorą twojego życia jest nadal ci bliski, choć gdyby to była tylko koleżanka z podwórka to nawet byś spojrzeć w jej stronę nie chciała?
Matko święta!
Ja miałam 12,13,14, 20 lat. Ona zawsze o dziesięć mniej. Ja miałam swoje tajemnice i ogromną potrzebę własnej przestrzeni co nie było łatwe w czteroosobowej rodzinie na 38m kwadratowych. A ona ledwie przekroczyła próg naszego mieszkania lazła jak po sznurku do moich i tylko moich rzeczy. Czemu nie do Baśki? Czemu nie do mojej matki? A może do ich też? Szperała w moich rzeczach, wyciągała wszystko z mojej szkolnej torby, ale najgorsze, najgorsze, że zawsze, ale to zawsze wyciągała łapy do moich pamiętników. Najpierw je tylko wyciągała. Potem się gówniara nauczyła czytać! I czytała! I paplała o tym co przeczytała.
Ostatni raz chciałam ją zabić jak miała 15 lat. Potem ja i moje pamiętniki znikłyśmy z zasięgu jej łap. A potem powoli przestałam pisać. A potem nadeszła era bloga i...sama dałam jej linka.
Dziś się z tego śmiejemy.
Patrzę na tę dorosłą kobietę i widzę tamtą dziewczynkę. Wiecie...takie wcielenie Pippi. Wszędzie jej pełno, cały czas gadająca, cały czas pełna dobrego nastawienia do świata. Wcale się nie zmieniła!
Nie widziałyśmy się ze 20 lat.
Przecież gdyby to była dziewczynka z podwórka, wyjątkowo upierdliwa dodajmy, to nawet bym pewnie nie pamiętała.
Jedna z niewielu osób z rodziny matki, która zawsze jakoś była mi bliska. Nawet wtedy jak chciałam ją zabić.
A teraz siedzę w jej salonie,  w jej mieszkaniu. I jestem w szoku. Skąd w osobie wywodzącej w prostej linii od Babci Józefy tyle serdeczności, ciepła, takiego pozytywnego nastawienia do ludzi? Jakim cudem w ciągu tych wszystkich lat, kiedy ciężko pracowała a życie dawało jej po tyłku co i raz, jakim cudem nie zgorzkniała, nie straciła optymizmu, zapału?
Uśmiecham się.
Za oknem szwajcarski ranek. Pod balkonem hałasują auta. Słyszałam krzyki dzieci, rozmowy.
Czekam kiedy Kaśka (ona zawsze była Kaśka, nawet jak miała 5 lat, ja byłam Kazina, bo Katarzyna dla smarkacza było za trudne, i tak zostało) i Davide wstaną. Pojedziemy w góry? Świeci słońce! Pojedziemy w góry!
Wczoraj tylko rzuciłam okiem na Berno. Był wieczór. Tylko rzuciłam okiem...I już się cieszę, że jutro Kasia pójdzie do pracy a ja polazę w te zaułki i uliczki.
21_copy
27_copy
29_copy1
47_copy1

 

Dzień 2 Magia

takajedna_ja

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się ...mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie "machnę ręką i pójdę dalej". Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle ...Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.


Urlop

takajedna_ja

Nienawidzę takiego stanu kiedy to zasnąć się nie da ale organizm jeszcze nie wypoczęty domaga się snu. Wstać się też nie da, bo kawy w zasięgu nie ma, a domownicy śpią.
Pierwszy urlopowy poranek.
Wschodzące nad Warszawą słońce barwi niebo na różowo. Jak podejdę do okna, widzę wszystkie warszawskie wieżowce na tle różowej zorzy poutykane pomiędzy zielenią. Warszawa wygląda jak miasto zbudowane w ogromnym parku. Wiem, że tak dobrze nie ma, ale teraz, o tej wczesnej godzinie czuję potrzebę zachwytu. Zza okna dobiega nieustanny szum samochodów. Warszawa, miasto, które nigdy nie śpi?

Hotel...jak hotel. Czysto jest. Strumień prysznica może zabić, umywalka w miejscu sitka ma dziurę czego nie znoszę a spłuczka nie przypomina Niagary.
Łóżko średnio wygodne,dość twarde.  Tylko jedna poduszka, w dodatku strasznie miękka, głowa mi się zapadała, musiałam podłożyć..własną kurtkę. Za to kołdra gruba i ciężka, sztywna. No ale blisko lotniska, piechotą około 20 minut. Usiłowałam znaleźć wyjście z terenu lotniska przez jakieś pół godziny. Chyba nikomu nie przyszło do głowy takie  rozwiązanie, bo przejść dla pieszych w okolicy nie uświadczyłam, więc kicałam jak zajączek przez szerokie ulice. Na szczęście dość puste. Jednak z walizką i ciężkim plecakiem. W temperaturze sauny. Jak już wreszcie wpadłam do pokoju zrzuciłam z siebie ubrania i wlazłam pod prysznic.
Ze Szwecji wylatywałam w miłych 23stopniach z porywistym wiatrem. Zestroiłam się jak pańcia...Czarne eleganckie rurki, głębokie trampki palladium, białą bluzka, żakiet...
Znaczy elegancja w wydaniu szwedzkim, haha. W warszawskim klimacie nagle to wszystko stało się za ciężkie, za grube, zbyt mało przewiewne.
Odświeżona prysznicem poczułam głód. Zamiast zejść do restauracji i wydać trzy dychy na żarcie poszukałam sklepiku, gdzie zaopatrzyłam się w serek wiejski, chlebek razowy, banany, wodę i delicje. Wydałam niewiele mniej ale mogłam zjeść to, na co miałam ochotę a nie to co było w karcie.
Dumna z siebie wróciłam do hotelu i...
No cóż. Jedliście kiedyś twarożek wiejski mieszadełkiem do kawy/herbaty?
Phi...niech się Japończycy schowają ze swoimi pałeczkami. Tak się cieszyłam. A potem nieopatrzny ruch ręką i mieszadełko okazało się bardzo sprężyste. A twarożek wydajny. Pstryk i moja kolacja była wszędzie. Na lustrze, na podłodze, na telewizorze.
Brawo Kasia.
TVN w śnieżącym telewizorze puszczał komedię z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer, ale nie dałam rady oglądać. Padłam. Choć trudno powiedzieć bym spała jak zabita.

...a gdzieś tam daleko, biedna Tosia szuka swojej pani...I czeka biedulka niespokojna, bo się jej jednostki w stadzie nie zgadzają. A Tosia, jak na dobrego pasterza przystało bardzo nie lubi takiej niesubordynacji. Stado ma być w komplecie i najlepiej trzymać się blisko siebie.
Strasznie dziwnie się śpi bez psiego pochrapywania, wiecie?

Oto widzisz, znowu idzie jesień

takajedna_ja

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato...I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując...wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jak z dziecięcej czytanki

takajedna_ja

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić - mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć - mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić - mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

- A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty...No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
- A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie...Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
- No mogłem zajść... A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i...




PS

takajedna_ja

Nie, nie zadziałało. A że jestem z natury dość leniwa więc i mało waleczna, pewnie też nieco tchórzliwa, więc postanowiłam nie walczyć z żywiołem. Pracuję nad polubieniem.

 

A moja Litwinka pojechała na staż. Do Japonii na dwa tygodnie. Szwedzi jej nawet na staż nie chcieli, rasistowscy hipokryci. A Japończykom jak widać nie przeszkadza. O.

Jestem złym człowiekiem

takajedna_ja

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka - tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec - mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
- Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz...serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
...Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme...
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? - Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias...Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! - wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
- No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

...Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



Dylematy życiowe.

takajedna_ja

Może i niepoważne, w świetle tego co dookoła, wojen, głodu, degradacji środowiska itd.
Ale nie da się cały czas bać i martwić.
Trzeba jeszcze robić inne rzeczy.
Pracować.
Oraz żyć. Po prostu. I tu mam dylematy.
Bo jak pogodzić ze sobą rozmaite zajęcia, skoro doba ma dwadzieścia cztery godziny a na sen muszę zużyć co najmniej osiem z nich a najlepiej dziewięć. Bo inaczej nie mam siły na życie.
I jak w tych piętnastu-szesnastu godzinach upchnąć: czytanie, oglądanie filmów, słuchanie muzyki (ale tak całą sobą, w skupieniu i chwytaniu każdej nuty, bo np. przy sprzątaniu to nie to samo) pisanie, szycie, kijkowanie i jeszcze fotografowanie?
Przypominam, że jeszcze trzeba iść do pracy, psa wysikać kilka razy dziennie i dać mu choćby pół godziny pobiegać, połazić, poniuchać. Dom ogarnąć. Obiad zrobić a wcześniej kupić produkty...

A ludzie mnie pytają co ja robię, bo wykręcam się od spotkań, bo nie mam na nie czasu.
No nie mam...W tysiącu spraw muszę wybierać wg tego co najważniejsze.
Spacer z psem jest najważniejszy, bo pies to pies, tak?
Praca ważna, bo z czegoś rachunki płacić trzeba.
Itd.

Wczoraj zasnęłam przed dwudziestą. A tylko na chwilę zamknęłam oczy, żeby się skupić na Jonie Andersonie.
Wstałam o szóstej, wyspana i pełna zapału.
Przejechałam skuterem 24km łącznie w poszukiwaniu motywów do fotografowania.


Wypiłam kawę na plaży.
Byłam z psem na siku.
Zjadłam śniadanie.
A przede mną jeszcze tyle dnia!

Dlaczego nie mogę tak codziennie?

 

3lipca_61

3lipca_31

3lipca_11

3lipca_41

3lipca_21

3lipca_51

Grzechy. I rozgrzeszenie

takajedna_ja

Pierwszy od dwóch miesięcy kryzys.
Po obiedzie drzemka -pierwszy z zakazanych czynów.
Po drzemce - pędem do sklepu po produkty na kolejny z zakazanych czyn. Ciasto z owocami. Wyjęte z pieca natychmiast jak tylko się dało i pożarty ogromny kawał...no dobra, niemal połowa!  świeża, gorąca, parząca buzię i palce (auć! maliny są gorętsze od ciasta!). Ale zmieściłam się przed dziewiętnastą, więc grzech nie z gatunku śmiertelnych.
A potem, tuż po dwudziestej pierwszej czyn absolutnie niewybaczalny: pożarcie dwóch kromek ciabatty z mięsem z obiadu. Mięso duszone w cebuli, pycha po prostu, chudziutka, roztłuczona polędwica, ale jednak!
Uuuu. Poranek był bolesny.
Wyrzuty sumienia i kac moralny.
Napięty, wzdęty  brzuch, który trzeba było wcisnąć w spodnie zwykle za luźne.
Ciężar na sercu i na żołądku.
...Kijkowanie wieczorne się nie sprawdza. Wieczorne kije są walką ze zmęczeniem, własną ociężałością, z ważącymi tony nogami. Wieczorne kilometry są wymuszone, nie dają radości, żadnej satysfakcji, żadnej, absolutnie nagrody, nawet w postaci choćby drgnięcia poziomu endorfin.
Ranne kijki...
Po wczorajszym grzeszeniu, nie było przebacz.
7:15 po powrocie ze sprzątania. Zmiana ciuchów. W ostatniej chwili zerknięcie na termometr +15 więc zmiana na długi rekaw, na wierzch kurtka od deszczu bo chyba będzie padać. Słuchawki w uszy, endo start, muzyka start, zaczynamy od Zaz Les Passants. Kije w dłoń i wymarsz.
Za drzwiami zonk.
Pada. Pada? Nie LEJE! Struga, pionowa, bąble na kałużach "deszcz niebo przyszywa do ziemi". To nie ja, to Jasnorzewska. Pawlikowska też. I Maria.
Oj tam, deszcz, deszcz. Lubimy deszcz, nie? Lubimy. Kurtka przeciwdeszczowa, więc kaptur na głowę i do przodu.
Zaz wyśpiewuje swoje:
Passe, passe, passera, la dernière restera
a deszcz mi stuk-stuk-stuk w kaptur.
Kijki niosą same, nogi jakby im kto skrzydła przyprawił, plecy się prostują. Ulice jeszcze prawie puste, nieliczni rowerzyści patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy, bo kto to widział sport w takich strugach uprawiać.
Nie ma wiatru, chorągwie, flagi, proporce zwisają z masztów, od deszczu i ziemi można by oznaczyć kąt prosty. Koniec ulicy zamglony, kąt murów potraciły swoje ostre kształty, świat stał się mały i miękki jak futro szarego kota. Powietrze pachnie kwitnącym jaśminem, troszkę spalinami, kawą z uchylonego okna i deszczem.
Zaz śpiewa:

Je veux d'l'amour, d'la joie, de la bonne humeur.
Ce n'est pas votre argent qui f'ra mon bonheur.
Moi j'veux crever la main sur le cœur.

Allons ensemble découvrir ma liberté.
Oubliez donc, tous vos clichés.
Bienvenue dans ma réalité.

Muszę w domu sprawdzić, co ona śpiewa, nie znam francuskiego ani ciut-ciut, a mam wrażenie, że śpiewa to, co ja sobie myślę kiedy wkraczam na zarośniętą po pas łąkę na końcu ulicy.
Że jestem takim bogatym człowiekiem w tej chwili. Deszcz przepłoszył ludzi i mam dla siebie nie tylko tę łąkę, ale i całe jezioro. Ogromną połać miękkiej, napuszonej kroplami szarości, daleko, na horyzoncie łączącej się z takim samym szarym niebem.
Ścieżka wije się tuż przy brzegu, omijam ślimaki, wchodzę w miejsce, które nazywam "halą koncertową". Zarośnięty wysokimi drzewami, zawsze zacieniony, wilgotny, pachnący ziemią i trawą kawałek, gdzie zawsze koncertują ptaki. Nawet teraz, w ten ulewny deszcz jakiś pojedynczy ptak (zięba?) wyśpiewuje swoje trele. Śpiewa tak, że zagłusza mi Zaz.
Port Małych Łodzi wita mnie zapachem drzewa, bo niedawno wyremontowana marina dostała nowe drewniane pomosty. Robi się jasno, bo przede mną otwarta przestrzeń jeziora.
Deszcz jakby ucichł, już nie puka w kaptur, szemrze tylko cichutko. Odsłaniam głowę. Mewa z krzykiem podrywa się latarni. Jej krzyk niesie się gdzieś daleko, daleko i zlewa się z piszczałką w
Nine milion bicycles Katie Melua.
Dochodzę do końca asfaltowanej ścieżki. Dalej jest szutr, który ślizga się pod butami i pod kijami. Drobniutkie, ostre jak igły kamyczki wpadają do buta jak zawsze, zawracam.
Znowu pod drzewa, i znów pada mocniej więc kaptur na głowę. Stuk-stuk-stuk. Deszcz mi przygrywa do rytmu moich kroków.
Wchodzę do miasta na powrót. Musi być blisko ósmej, bo sznur samochodów na ulicy i coraz więcej ludzi na chodnikach. Słychać warczenie maszyn i zapach świeżego asfaltu.
W słuchawkach KENT śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszamy w drogę".
Deszcz się wypadał, jeszcze tylko lekko mży. Kałuże marszczą się delikatnie od tysiąca maleńkich kropelek, które są jak pieszczota na twarzy.  Uśmiecham się do wróbli siedzących symetrycznie na cokołach pergoli. Uśmiecham się i łapię się na tym uśmiechu zdziwiona, że jak to tak, uśmiechać się do niewiadomoczego.
Ale poranne kije dają wszystko to, czego nie dają wieczorne.
Lekkość marszu. Przyjemność płynącą z ruchu, pracy mięśni. Ogromną radość wylewającą się właśnie tymi uśmiechami do wróbli, psów i małych dzieci. Taką zwykłą ludzką frajdę z czasu sam na sam ze zmysłami.
Nie, nie. Jednak trzeba się zmobilizować i te kije zaliczać zaraz po porannej pracy. Wart poświęcić tę godzinę drzemki w zamian za tę radość. Oraz deszcz w bonusie.
43 minuty. A uciechy na cały dzień.

Dobra Zmiana?

takajedna_ja

Wczoraj przeżyłam deja vu.
Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś w Polsce usiłuje narzucić dyktaturę. Możliwe, że po to by móc ją samodzielnie obalić.
Ale tego się nie spodziewałam.

Zobaczcie tu

 

Brak słów.

Sverige, Sverige älskade vän...

takajedna_ja

Szwecjo, Szwecjo, kochana przyjaciółko
tygrysie, który się wstydzi
Ja wiem jak to jest
Gdy powaga staje się żartem
Gdy cisza przeraża
Co się stało?

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz,

Przystrój swą werandę na festyn
dla gości z daleka
w kraju gdzie lagom* jest najważniejsze
Wypijmy za Midsommar
do świeżych ziemniaków i śledzia
jakby czas się zatrzymał

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w krainie bez dźwięku
a szkło wciąż cicho lśni na naszym stole 
tak samo puste jak słowa
Wiadomo, że miłość jest wielka

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz



 

Im dłużej tu mieszkam tym coraz częściej odbieram ten tekst jako ironiczny.
Jakoś Cię ostatnio nie lubię przyjaciółko. Bo choć równość masz na plakatach i sztandarach to jest to równość z podtekstem "asflat ma leżeć na swoim miejscu".

 

*lagom - trudne do przetłumaczenie słowo oznaczające zwrot "w sam raz" nie za dużo, nie za mało, narodowe słówko Szwedów.

Człowiek człowiekowi

takajedna_ja

Spotkała mnie przy śmietniku. Fajnie ubrana, w makijażu, trzeba przyznać, że jej image jest zazwyczaj świetny. Preferuje biele, pastele, niezależnie zima czy lato, zawsze dobrze ułozone włosy, zawsze dyskretny makijaż. Tylko z bliska, z bardzo bliska widać czasem zbyt brubo nałożoną perłową szminke, która zbiera się z zmarszczkach wokół ust. Ale to z bliska.
Nie podchodziłam blisko, nigdy tego nie robię, ale tym razem miałam świetną obronę: postrzelonego psa, który już się szykował do skoku z brudnymi łapami na białą sukienkę. Zatrzymała się w półkroku, który miał zmniejszyć dystans pomiędzy nami. Pomyślałam o Wariatce Tośce z wdzięcznością i satysfakcją. Choć raz jej niespokromiona żywiłowość na coś mi się przdała.
Kobieta machnęła ręką w stronę połamanego krzesła, które ktoś postawił pod śmietnikiem.
-Ty to widzisz? - rzuciła dość głośno z przesadnym oburzeniem w głosie.
Tak naprawdę śmietnik to nie taki śmietnik jaki znamy z Polski. Tu jest to mały domek, mieszczący wewnątrz kontenery na śmieci domowe oraz szkło białe i kolorwe. Nie ma klap -są okrągłe otwory zamykane małymi drzwiczkami. Nie ma szans, by wrzucić coś większego. Nic dziwnego, że ktoś to krzesło tam postawił. Połamało mu się to postawił. Jasne. Mógł wywieźć na wysypisko albo choćby na wielkie, pełne rozmaitych kontenerów śmietnisko. Postawił tu.
Zauważyłam rano, wzruszyłam ramionami. Postawił, to postawił, widać miał powód.
Teraz rodaczka pieniła się nad krzesłem.
- Co tu się dzieje? To przecież nigdy tak nie było, to pewnie ci, wiesz...Odkąd się sprowadzili, to takie rzeczy się dzieją, co nie?
- A nie wiem, wiesz, nie zauważyłam nic takiego - rzuciłam lekko, ciągnąc psa.
- Nie chcesz mówić, co? Jasne, nawet gadać nie warto...- powiedziała porozumiewawczo.
Zatchnęło mnie, chciałam sprostować...ale po co?
Pełna wyższości, przekonana o swoim większym prawie do Szwecji niż TAMCI, zatopiona w swym samozadowoleniu, i tak moje słowa odczyta inaczej.
Mąż miał gościa w szpiatlnym pokoju.
- O, rodak  - uśmiechnęłam się słysząc jak rozmawiają.
Pan miał ładny uśmiech, pełen własnych zębów, siwe, gęste włosy, ładne zmarszczki wokół oczu. Oraz sińca na skroni, rekę w gipsie a drugą w jakimś bandażu, miał wypadek, jak wyjaśnił.
- O, a jak pan tu mojego męża znalzł? - zdziwiłam się.
-Chodziliście chyba wczoraj koło mojego pokoju, usłyszałam, że ktoś mówi po polsku...
Pomyślałam z uznaniem, że widać albo ma szczęście, albo grubą skórę. Do dziś pamiętam takie dwie panie i ich niechętny wzrok taksujący moją spraną koszulkę i połatane dżinsy (było lato, upał jak diabli, wyskoczyłam na chwilę z kuchni po sól czy coś takiego).
-Ja już raczej nie zaczepiam rodaków - powiedziałam z naciskiem na już.
-Ja też nie zaczepiam. W ogóle z Polakami to się raczej nie zadaję. A bo to zaraz okardną albo co.
O!
Przypomniała mi się jedna rozmowa w pralni, z Rodaczką.
-A wiesz, ja to z Polakami to się nie zadaję. To tacy plotkarze. A jak mi ktoś mówi, że to ito o mnie słyszał to pytam czy od Szweda czy od Polaka. Bo jak od Polaka, to...- wzruszyła ramionami, machnęła ręką.
Na obczyźnie jak widać Polak Polakowi rodakiem.



Permanentny wk...No, ciągle mnie wszystko denerwuje

takajedna_ja

Nie wiem o co chodzi. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. O pieniądze? No, nie wiem, ale może..?
Chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam, wszystkim mam za złe a najbardziej mam za złe samej sobie, że chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam i wszystkim mam za złe.
Ale tak. Od dwóch miesięcy jestem chora. Co prawda odkąd zaczęłam kijkować to ból sobie poszedł precz, wróciła mi pełna ruchomość i łokcia, i ramienia i szyi. Czasem tylko drętwienie kciuka, palca wskazującego oraz środkowego przypomina mi "usiądź prosto, nie garb sie i nie krzyw pleców". Mimo to chodzę do sjukgymnast zgodnie z zaleceniem lekarza, żeby nie było. Pierwszego czerwca wracam do pracy. Do sprzątania znaczy.
Jednak długo zwolnienie ma to do siebie, że odbija się na finansach nawet w Szwecji.
I tu się zaczyna.
Szwedzki odpowiednik ZUSu, który ma  i płacić od 15 dnia zwolnienia naliczył mi wynagrodzenie 66kr netto za każdy dzień. 66koron to jest jakaś paranoja skoro na godzinę mam mam chyba 80-90kr netto, a mój dzienny czas pracy 1,5godziny. Do tego dochodzą dodatki za pracę w czasie niewygodnym, nadgodziny itd. Skąd to 66koron? Zadzwonili, raz pan, raz pani, tłumaczyli długo i po szwedzku skąd. Ja jestem wzrokowiec, żeby cokolwiek zrozumieć muszę zobaczyć. Zapamiętuję lepiej ze słuchu, ale żeby rozumieć, muszę widzieć. Pani naliczająca wystawiła przelew i poszła na urlop. I naraz się okazało, że naliczyła mi tylko do 19 maja. Czyli do dnia kiedy ze mną rozmawiała. A co dalej? Kiedym się wreszcie dodzwoniła, inna pani powiedziała, że reszta będzie jutro. Dziś zajrzałam na stronę a tam...66kr do wypłaty. Żarty jakieś??? I tak mi teraz będą co dzień po te 66 kr cykać?
A wczoraj dostałam wynagrodzenie, za zwolnienie z firmy. Za pięć dni. 314kr.
Patrzę na kwitek, a tam potrącenie za jakieś wolne w kwietniu. Jakie wolne?! Przecież byłam na zwolnieniu. Napisałam maila do biua. Dostałam odpowiedź, że..nie mają mojego zwolnienia od 23 kwietnia.
Jak to nie maja? jedno było do 22 kwietnia drufie od 23 kwietnia do końca maja. Skoro mają pierwsze, muszą mieć i drugie bo wysyłałam w jednej kopercie. Ale proszę bardzo - mam kopię w komputerze niech sobie spojrzy.
Chyba spojrzała, bo za chwilę mail, że przecież zwolnienie jest tylko na 50%, więc co z resztą?
Piszę jej, że wg lekarza i ZUS owe 50% oznacza, że mogę pracować maksymalnie 4 godziny dziennie, i nie jako sprzątaczka.
Ona do mnie, że skąd miała wiedzieć, że mam jeszcze inną pracę, skoro nic nie mówiłam?
Ja - że przecież na zwolnieniu stoi jak byk, czy ona w ogóle to czytała.
Dziś rano mail - że okej, ona to skoryguje...w przyszłym miesiącu.
Ja znowu, że nie w przyszłym tylko już, bo jak się dostaje 315kr to każda korona się liczy.
Na co ona, że ale przecież ten okres to jest opłacany przez ZUS, więc raczej żadnych pieniędzy nie będzie.
No to ja jej przepisałam jej obliczenia z pominięciem kwoty potrącenia, za rzekome wolne. Nawet podatek jej policzyłam jaki powinna mi potrącić. Wyszło mi, że powinnam dostać ponad 1100kr.
Ona już nie odpisała.
Sto razy pisałam i sto razy kasowałam tekst "Podejrzewam, że przegapiłaś to drugie zwolnienie, a teraz chcesz koniecznie udowodnić, że to ja jestem sama sobie winna. Nieładnie. Jak chcesz kłamac rób to inteligentnie. Nie mów co chwila czego innego. Że nie dostałaś, że nie wiedziałaś, że mi się nie nalezy, bo to wszystko jest łatwo udowodnić. Zrobiłaś błąd, to się przyznaj i przeproś, i nie rób ze mnie idiotki".

ZUS tymczasem ma przerwę na lunch a mailować do niech nie można.
A tymczasem zadzwoniła kobieta z firmy rekrutującej.
22 kwietnia miałam rozmowę w sprawie pracy dla firmy szwedzkiej działającej też w Polsce. Rozmowę, na którą czekałam miesiąc.
Tydzień po rozmowie napisałam do rekruterki maila z pytaniem o rezultat. Cisza.
Odczekałam jakiś czas, zadzwoniłam, ale nie odebrała. Także nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie temu napisałam sms z pytaniem czy coś wie. Oddzwoniła, obiecała, że da znac do wieczora. Ten wieczór okazuje się był dziś rano.
Powitałam ją chłodno i bardzo powściągliwie.
-Pamiętasz mnie?- zapytała
-Owszem - powiedziałam chłodno - pamiętam, ale sądziłam, że to ty o mnie zapomniałaś
-Ależ pamiętam - zapewniła mnie
- No wiesz, nie odpowiedziałaś na mój mail, nie odpowiedziałaś na smsa mimo, że obiecałaś, uznałam, że już o mnie zapomniałaś ( szwedzki jednak nie zna wyrażenia " że masz mnie w du...gdzieś")
Długo i po szwedzku tłumaczyła, że to nie tak.
Jej klient się nie może zdecydować.

EM jest chory coraz bardziej, przynajmniej jeden dzień w tygodniu nie daje rady pracować, ma co prawda zwolnienie z dnia karencji, ale i tak daje to po kieszeni.
Zrobiłam wczoraj opłaty i wyszło, że w tym miesiącu żyjemy na kredyt.
A będzie gorzej, bo eM za tydzień ma operację, a po niej co najmniej miesiąc bezwarunkowego zwolnienia.
Pochorowałam się ze stresu. Dostałam migreny i zgagi. Nie poszłam na kije i przeleżałam cały dzień w łóżku.
Lało i wiało na dodatek, zimno jak nie wiem.

W tej sytuacji, zabrakło mi ludzkiej życzliwości do opornego rodaka, który zadzwonił i po usłyszeniu mojego zwyczajnego
- Katarina, hallo - powiedział
- Bo ja w sprawie deklaracji do skatu

Ani dzień dobry, ani nazywam się...Przerwałam mu. Chyba nieco oschle.
-A może zaczniemy od dzień dobry i tego jak się pan nazywa.
Zdziwił się się. Przedstawił.
Wypytałam w czym ma problem. Powiedział.
- Ale ile to kosztuje?
- Sporządzenie deklaracji rocznej kosztuje 500koron - powiedziałam.
To on się namyśli, bo może kolega...
A to proszę bardzo. Namyślaj się razem z kolegą. Żeby cię tylko to nie kosztowało więcej- pomyślałam wrednie.
Bo czasem bywam wredna. Jak świat jest wredny dla mnie to i ja dla świata. Efekt motyla. Po prostu.

Porannie

takajedna_ja

Tosia leży na łóżku, wpatrzona we mnie i merda ogonem. Słyszę jak ogon uderza w łóżko pac-pac. Gdy podniosę wzrok ogon się zaktywizuje, merdanie przyspieszy, pac-pac-pac-pac nabierze częstotliwości.
Ten pies mnie czasem wkurza. Gdy się spieszę, gdy jestem czymś zdenerwowana, tracę cierpliwość na spacerach, szarpię smycz gdy nieruchomieje z nosem w kępie traw, ciągnę ją gdy siedzi uparcie na tyłku i nie daje się żadną siłą ruszyć bo kierunek nie ten.
Ale to rzadko.
Zwykle mnie rozśmiesza i rozczula.
Wczoraj wieczorem przyszła do mnie, coś pisałam do kogoś.
-Idziemy na spacerek -zameldowała cała szczęśliwa. Szczęście u Tosi wyraża się tym, że kręci się cała jak korkociąg. Ogon w jedną stronę, tyłek w przeciwną, tułów też w inną i barki i głowa. Jest prześmieszna wtedy.
-Idziemy na spacerek - przypomniała i podała mi łapę.
-Tosia, już , poczekaj, idziemy, daj mi chwilę, dokończę...
-Nie, idziemy, teraz - i znowu ładuje łapkę jakbym to za tę łapkę miała ją wyprowadzić
-Żadne teraz, za chwilę -oponuję stanowczo.
Wstała. Podeszłą bliżej. Położyła mi jedną łapę na ramieniu. Nachyliła się i zajrzała mi w oczy łapą przypierając do fotela.
-A założysz się? - pyta. I druga łapa pac wylądowała na klawiaturze trzymanego na kolanach lapka. Ups jak niefortunnie, bo dokładnie na włączniku.
Nie zakładałam się, nie było o co. Udowodniła mi.

Taka jest ta moja Tosia.
Na spacerach, szczególnie za miastem gdzie pozwalam jej pobiegać bez smyczy, napotkani ludzie się za nią oglądają, starsi się nie certolą, po prostu głośno wyrażają swój podziw. Sama muszę przyznać, że jest piękna. Jest masywna ale proporcjonalnie zbudowana, ma piękną głowę i puchaty, lekko podwinięty ogon, który w ruchu nosi prawie równo z grzbietem. Sierść ma lśniącą, pofalowaną, gdy biegnie, słońce refleksami tańczy na każdym włosie, co sprawia, że wydają się być w nieustannym ruchu.
Z daleka nie widać pewnych wad. Tego, że ma przodozgryz. Nadmiaru czarnych znaczeń na kufie i na kołnierzu nie uzna za wadę ktoś, kto nie zna się na berneńczykach. To są malutkie wady (choć przodozgryz nieco mnie niepokoi ) ale sprawiają, że Tola nie może i nie powinna być rozmnażana. Nie będzie szczeniąt. EM co prawda chowa takie marzenie gdzieś w zakamarku duszy, ale jeżeli nie zrobi niczego podstępnie to pozostanie to w kręgu tylko marzeń.
Ja uważam, że psów "rasowych ale bez rodowodu" jest pełno w każdym schronisku. Nie ma potrzeby ich rozmnażać.
Zresztą jest jedna ważna rzecz.
Wzięcie Toli do mieszkania w bloku to był z naszej strony czysty egoizm. Ona potrzebuje domu z dużym terenem dookoła. Najlepiej czuje się na podwórku, w mieszkaniu jest jej za gorąco, poza tym nudzi się śmiertelnie, a ja nie mogę zajmować się nią cały czas. Na podwórku miałaby wyzwania, bodźce, pracę do wykonania, bo berneńczyki to psy, które lubią pracować.
I serce mi się kraje gdy widzę, jak Toli potencjał znajduje ujście w poszczekiwaniu na sąsiadów, podkradaniu nam kapci czy skarpetek, czy szarpaniu papieru. Całe zachowanie Tosi mówi "nudzi mi sięęęęęęę".
Ale co zrobić? Poświęcam jej sporo uwagi, bawię się, wymyślam zabawki. Nie oddam przecież! Nawet gdybym ją miała oddać do domu z ogrodem. Choć...gdybym widziała, że tam jest szczęśliwa? Szczęśliwsza?
Tymczasem z racji tego, że jesteśmy z psicą całymi dniami we dwie, Tosia przylgnęła do mnie. Owszem, Pańcio jest kochany, pozwala na siebie skakać, pozwala wyrywać sobie z ręki torby z zakupami, Pańcio podsuwa smakołyki, awanturuje się o coraz to inną karmę, żeby piesek kochany zjadł, bo znowu dwa dni nie ruszył tego co ma w misce. Ale gdy ja wychodzę, pies biega po całym domu i mnie szuka, dostaje szału gdy wie, że wracam, skacze na drzwi, skomli, biega od od balkonu do drzwi wejściowych.
A wieczorem przychodzi na chwilkę, zwija się w kłębek tam, gdzie jeszcze niedawno zwykłe kładł się Kocio. Jakby wiedziała, że w tym miejscu jest pustka i chciała ją zapełnić. Wzdycha, sapie, kładzie mi ciężki łeb na ramieniu, zimnym nosem trąca policzek, pachnie psem a miękkie futerko przesypuje się pod palcami. To znak, że mogę już odłożyć książkę, zgasić światło, ułożyć się koło niej. A gdy zaczynam przysypiać, ostatnie co notuję to ostrożne schodzenie psa z łóżka. Tak samo jak ja, gdy Zuzia już zaśnie i nie chcę jej obudzić. Zastanawiam się czy Tola wie, że robi mi za nianię i przytulankę do snu?

Ach...
Miało być o wszystkim z znowu jest Tola, Tosia, Toleńka.
Ale niech już tak.
Wymyśliłam kolejny pretekst by na pewno jesienią wziąć kotka. Najpierw kotek miał być większy, roczny co najmniej. Ale eM zasugerował, że im młodszy tym łatwiej zaakceptuje Tolę. A może zdarzy się cud i Tola uzna kotka za swoje stado, którego ma pilnować? (Stadko powinno się składać ze sztuk co najmniej dwóch, podpowiada mi dusza, ale kurde...Czy mogę mieć w domu ogromnego psa i dwa koty? Czy to nie przesada? A co z finansami? Wszystko kosztuje)
Kotek musi być. Dopiero wtedy uznam, że mam w domu komplet.

Kije, kijeczki...

takajedna_ja

...leje, wieje, ale damy radę, co? Możecie powiedzieć, że nie, ale wolałabym, żebyście powiedziały, że damy radę...

Takie to pytanie zadałam moim najlepszym, w ostatnim czasie, towarzyszom. A ponieważ koleżanka poprosiła o meldunek jak wrócę to napisałam:

No i niby dałam radę, kije też, ale umówmy się: rekordy świata to dziś nie padły. Najpierw zapomniałam się choćby minimalnie rozgrzać, co zaskutkowało napięciem wokół ścięgien Achillesa. W związku z tym, po dojściu do linii brzegowej jeziora, oparłam nogę na jakimś kamieniu, żeby trochę te obolałe ścięgno rozciągnąć. Poszło z jedną nogą, przestawiłam się na drugą...Kamień był mokry i omszały...Cudem uniknęłam szkód osobistych. Pomachałam nóżką w miejscu, za podporę używając kije, poszłam z stronę wyjścia z portu. Wiatr wpychał kije pod nogi, urywał głowę, chlapał falami z jeziora mimo wału ochronnego (jeszcze 25lat temu, w taką pogodę, jezioro potrafiło odwiedzać centrum miasteczka). Doszłam do rzeki i portu. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale w rękawiczkach się nie udawało. Zaczęłam wracać z pomysłem, że obejdę Port Małych Łodzi - uwielbiam świst wiatru wantach.
Niestety mój pęcherz zaczął wysyłać gwałtowne ostrzeżenia o możliwej powodzi, dodatkowo, chyba żeby mnie zmobilizować, damskie niewymowne zaczęły ocierać tu i tam...
Poddałam się...

Jutro zaczynam trzeci tydzień trenowania z kijami.
Kupując nie byłam pewna czy ma to sens, czy będę używać. Okazuje się, że właśnie te kije mnie mobilizują, podnoszą zapał albo nie wiem co. Przeskoczyła mi jakaś klapka w głowie.
Wstaję około siódmej rano, wypijam kawę przy komputerze, potem szykuję się i lecę na kije. Pierwsze dni walczyłam z koordynacją lewa ręka -prawa noga.Teraz już idzie to odruchem, ale wciąż jeszcze albo za mocno ściskam kije, albo zbyt mocno wbijam je w podłoże. Staram się iść nie nie na ilość tylko na jakość. Czyli nie chodzi o natłuczenie kilometrów, ale o dopracowanie techniki na okrągło podglądanej w internecie. Bo przy odpowiedniej technice trening dopiero działa jak należy. 
Dodatkowo włączyłam inny tryb jedzenia. Zadziałał autorytet kolegi - lekarza. Nie mówię "dieta" bo to żadna dieta. Po prostu jem pomiędzy godzinami 10.30 a 18.30. Osiem godzin, jedzenie dowolne z jednym wyjątkiem: żadnych słodyczy. Żadne batoniki, cukierki, ciasteczka, muffiny, pączusie, lody i bita śmietana...
Ale tu jest coś dziwnego, bo w wcale mi się tego nie chce. Możliwe, że skrupulatne uzupełnianie B12 przynosi takie skutki. A może to, w ciągu tych ośmiu godzin zjadam tyle, że jestem stale najedzona?
Tak czy siak, we czwartek stanęłam na wagę (wbrew temu co sobie sama nakazywałam, że dopiero w poniedziałek). I oto TADAM! Spadek! Maluśki, maleńki, ale na tyle by dać mi odczucie TO DZIAŁA!
Kurtki zrobiły się jakby ociupinkę...nie luźniejsze, ale jakby mniej opięte na brzuchu.
Choć tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodziło.
Znajoma blogerka (teraz już i pisarka) powiedziała, że po dwóch tygodniach Nordic Walking poczuła ulgę w kręgosłupie.
I tu też mogę potwierdzić: TO DZIAŁA!
To, z czym walczyłam przez ostatnie pół roku odeszło. Jeszcze czasem się odzywa, łokcie są nadal najwrażliwsze, ale nie jest to ten ból, który sprawiał, że w nocy chciało się wyć  bo nic nie pomagało.
Nie miałam odwagi w to wierzyć, sądziłam, że boleści uspokoiły się dzięki słonecznej, stabilnej pogodzie w ostatnim czasie. Ale ostatnie trzy dni przyniosły wiatr, chłód i słotę. A moje kości na to...nic.
Trzymajcie kciuki bym wytrwała.
Cel: -10kg.



 

 

 

 

czy masz SWISH?

takajedna_ja

Pisałam do znajomej mieszkającej w Belgii, dokonałyśmy małej wymiany handlowej i potrzebowałam jej numer SWIFT.  Zastanowiłam się czy aby na pewno muszę jej robić przelew zagraniczny bo może da się to zrobić przy pomocy swisha?
I mnie natchnęło, że powinnam się z Wami podzielić tym fenomenem.
Zajrzałam do googla, na hasło swish wyrzuciło mi jakieś środki czyszczące. No, nie da się ukryć swish może wyczyścić konto...
Ale do rzeczy.
Niejednokrotnie już pisałam, że Szwecja mnie zadziwia.
Z jednej strony zaścianek, z drugiej - niesamowite technologie. Zachwycałam się nieraz, że w Szwecji w zasadzie wszystko da się załatwić bez wychodzenia z domu.  Boski internet! Ludzie nawet najmniej komputerowi mają i używają pocztę elektroniczną. Internet jest tak oczywisty jak woda i prąd. Porządny, śmigający internet, w dodatku nie specjalnie drogi. A teraz, cytując klasyka, mamy szał ciał i uprzęży czyli internet w telefonie. Tak, wiem, wiem. W Polsce też i w zasadzie chyba na całym świecie. Ale Szwecja umie ten telefoniczny internet wykorzystać ku wygodzie.
Już w 2009 roku, wiosną, gdy eM dostał pierwszą w życiu szwedzką deklarację do wypełnienia, mógł ją podpisać między innymi za pomocą e-legitymacji. Była też opcja SMS. Wtedy złożyliśmy ją jak przystało na papierze. Rok później - już elektronicznie, przy pomocy internetu i specjalnego, umieszczonego na deklaracji kodu.
Pamiętam, że interesowałam się wtedy e-legitymacją. Banki dostarczały taką usługę, ale mnie jakoś nie udawało się jej uruchomić na komputerze. Po kilku próbach machnęłam ręką. Czort brał, nie da się, to się nie da. Przelewy podpisywałam jak każdy cywilizowany człowiek przy pomocy tokena zwanego tutaj "dosa" (czyta się dósa).
No a potem nastała era smartfonów.
I okazało się, że w sieci funkcjonuje coś takiego jak mobiltbank ID. Czym jest ten twór? Ano właśnie legitymacją elektroniczną.  Jak to działa?
Trzeba mieć:
smartfona
szwedzki PESEL czyli numer osobisty składający się z pełnej daty urodzenia + cztery cyfry.
oraz konto w banku w Szwecji.
Dalej jest prosto. Logujesz się na swoje konto w banku. Idziesz do zakładki mobiltbanID i podążasz za instrukcją, dzięki której pobierzesz aplikację na swój telefon oraz ustalisz hasło. Chwilę później jesteś szczęśliwym posiadaczem legitymacji elektronicznej.
I co z tego?  Ano sporo.
Mnie zajęło trochę czasu nim tej aplikacji zaufałam. Oraz nim odkryłam, że dzięki niej załatwienie różnych spraw stało się jeszcze prostsze. Ach, jak mi tego brakowało podczas ostatniego pobytu w Polsce.
Dzięki mobiltbankID mogę nie tylko podpisywać przelewy.
Aplikacja ta służy mi do logowania się na różnych kontach: w biurze pracy, w szwedzkim odpowiedniku ZUSu, w urzędzie skarbowym, na stronie związanej z opieką zdrowotną, na stronie ubezpieczyciela samochodu i naprawdę sama nie wiem gdzie jeszcze.
Siedzę w domu przed komputerem, otwieram załóżmy stronę urzędu skarbowego bo chcę sprawdzić czy zanotowali sobie moją wpłatę. Wybieram odpowiednią zakładkę, wybieram sposób logowania: mobiltbankID, wpisuję swój pesel w odpowiednią rubryczkę. Potem w telefonie, podłączonym do internetu naturalnie, uruchamiam aplikację, wpisuję hasło i już widzę to, co chcę zobaczyć.
Nie muszę zapamiętywać tysięcy loginów i haseł. Wystarczy mój PESEL i jedno hasło.
Oczywiście aplikacja ta działa tylko na "poważnych" stronach. Na facebooka czy bloga tak się nie zaloguję.
No dobrze, ale co jak mi ukradną telefon? Albo go zgubię? zapytacie. Albo zmienię telefon lub zapomnę hasła.
Wtedy trzeba szybciutko wejść na stronę swojego banku - logując się przy pomocy karty i tokena- zastrzec ową e-legitymację. Oraz uzyskać nową.
Proste rozwiązanie, które pokochałam, jak tylko się przekonałam o jego użyteczności. Jest tylko jedno ale.
Nie da się tej samej aplikacji, na tym samym urządzeniu, używać dla różnych osób. Czyli chcesz jak zawsze wyręczyć współmałżonka w dokonaniu płatności, więc zamiast swego wpisujesz jego/jej pesel oraz jego/jej hasło. Nie da się. Musisz wziąć jego/jej telefon.
I tak sobie jakiś czas śmigałam po sieci przy pomocy tej apki. Aż tu ktoś, kto chciał mi oddać jakieś pieniądze, zapytał czy mam SWISH.
Że co??
Swish to kolejna aplikacja, która wiąże telefon z bankiem.
Jeśli masz SWISH rozliczanie z koleżanką po wspólnym lunchu jest proste. Po prostu - w aplikacji wpisujesz lub wybierasz z listy kontaktów jej nrumer telefonu, wpisujesz kwotę, zatwierdzasz przy pomocy automatycznie otwieranej mobiltbankID i...już. Kilka sekund potem koleżanka dostaje sms, że otrzymała przelew. NATYCHMIAST!
Dlaczego mówię, że SWISH może wyczyścić konto? Ponieważ coraz więcej sklepów oferuje taki sposób płatności, więc robienie zakupów jest jeszcze łatwiejsze. Ten sposób płatności przyjmuje się w Szwecji także dlatego, że coraz mniej ludzi używa gotówki a swish czyni możliwym obrót bezgotówkowy pomiędzy osobami prywatnymi. Co szwedzkiemu państwu, chcącemu ukrócić niekontrolowany obrót pieniędzmi (czyt. pracę na czarno) jest bardzo na rękę.
Oczywiście nie wszyscy muszą podzielać mój entuzjazm do owych rozwiązań, ja jednak je sobie chwalę i uważam, że przy zachowaniu zalecanych środków bezpieczeństwa są to metody o wiele bardziej bezpieczne niż te, stosowane dotychczas.

 

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci