Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Żegnaj kotku...

takajedna_ja

Jesteś miły, zaradny,
Jesteś prawie, że ładny
a jednak uwierz proszę, że
szczęście rozstania
rozsadza mnie

Więc: Żegnaj!
Żegnaj kotku!
(...)
Żegnaj, misiu, niech wycisnę ci na pysiu pożegnalny czuły cmok
O, Boże! Co za radość, gdy się czegoś tak już ma dość,
zrobić wreszcie ten cudowny krok, więc żegnaj!

Żegnaj, pysiu, żegnaj, świnko, żegnaj, misiu, żegnaj, kotku - pa pa pa!! 


No to papa!

A na lunch: Kaczka w turkusach

takajedna_ja

Ponieważ mam dość pilną robotę, i to w zasadzie nie jedną a trzy co najmniej, więc robię wszystko inne.
Między innymi testuję elementy photoshopa. Testuję naturalnie na zdjęciach ze Szwajcarii. Jeszcze sporo ich nieopracowanych mi zostało. Potem jest jeszcze Boski Wrocław.
Testuję, bo postanowiłam nabyć wreszcie. Cały Photoshop nie jest mi potrzebny. Ten, zdaje się zawiera to, co potrzebuję, ze szczególnym uwzględnienieniem odczytu plików RAW oraz możliwością ich delikatnej obróbki.
No i właśnie nauczyłam się zmniejszać wielkość zdjęcia. I o:


Co jeszcze jest godnego polecenia w Photoshop Elements? Cena. Przystępna. I uczciwa: płacisz raz i masz program dożywotnio. Programy w abonamencie uważam za złodziejstwo. W rok płacisz to, co zapłaciłbyś za program na płycie, a potem po prostu płacisz haracz. I żeby sie dostać do programu musisz mieć internet. A co jak jesteś tam, gdzie go nie ma? To nie pracujesz, proste, nie? Rozbój w biały dzień! Cytując Luka Danes'a (tego co karmił Gilmorki): kupujesz program w abonamencie? Może po prostu znajdziesz złodzieja i oddasz mu swój portfel?

Różnice kulturowe

takajedna_ja

Taka sytuacja.
Szwed za moim pośrednictwem dopina jedną transakcję z firmą, która nas tak ładnie gościła w Gnieznie i Wrocławiu. Dostajemy do podpisania umowę po angielsku, którą Szwed ma podpisać, zeskanować i odesłać. CYWILIZACJA! Przy pierwszej transakcji bałam się, że będzie problem, że jak to zeskanowany dokument i że jak to, że Szwed podpisze bez świadków, a kto będzie pewien, że to jego podpis. No wiadomo - staropolskie klimaciki, ale teraz już jesteśmy starymi przyjaciółmi: Szwed, Polacy i ja.
Zatem dostaję maila z umową, rzucam tylko okiem, przesyłam do Szweda. Za chwilę odpowiedź
"Zła nazwa firmy" oraz prawidłową nazwę.
Faktycznie. Od września Szwed działa jako zupełnie inna firma.
Przesyłam dane, prosząc o zmianę.
Dwie godziny później telefon. To W. mój "polski łącznik".
-To ja dam panią prawnik - mówi.
Pani prawnik wyjaśnia mi, że na stronie VIES takiej firmy nie ma.
Zabiła mi niezłego ćwieka na jakieś dwie godziny. Po pierwsze o tym VIES w ogóle nie słyszałam. Po drugie jak może nie być  tej firmy w danych? Może jakieś opóźnienia, firma działa od miesiąca, może dlatego? Wszak do unijnego VATu w Szwecji rejestruje się automatycznie. Więc nie może tak być, że firma zarejestrowana w sądzie gospodarczym nie będzie widniała w rejestrze unijnym. MUSI być. Tak myślałam i tak tłumaczyłam.
Obiecałam pani prawnik, że wyjaśnię.
Poszłam po zakupy. (Piątek, dzikie tłumy wszędzie, ludzie będą chcieli jeść, moja rodzina też, zupełenie nie rozumiem dlaczego muszą jeść kilka razy dziennie).
Wróciłam.
Napisałam maila do Szweda.
Zajrzałam na tę VIES.
I rozjaśniło mi się.
Otworzyłam stronę www.allabolag.se. Porównałam sobie numery "nip". Jasne.
Dwójka tam gdzie powinna być piątka. Szwed zrobił błąd. Zdarza się każdemu a dyslektykowi jeszcze bardziej.
Wyjaśniłam pani prawnik i poprosiłam sprawdzenie. Chwilę później dostałam maila z krótkim "jest ok". No.
Szybciutko zawiadomiłam Szweda, który póki co na razie milczał.
Pojechałam z psem na spacer. Umyłam głowę. Schłodziłam wino a wcześniej zaparzyłam rumianek. I czekając na to, co będzie pierwsze: rumianek czy wino,  zajrzałam na maila.
A tam wiadomości od Szweda. Pierwsza:
"Ja bym się tego prawnika pozbył bardzo szybko"
Druga, z linkiem do szwedzkiego urzędu skarbowego.
"Prawnik mógł tam zadzwonić, oni mówią w wielu językach". Parsknęłam śmiechem na myśl, że Swzed chciałby dowiedzieć się nipu w jakimś urzędzie skarbowym. Może jeszcze pesel na dodatek? I co jeszcze? Może zysk za rok ubiegły? Albo inne takie drażliwe dane? Ochrona danych osobowych mówi to Szwedowi coś? Nie mówi. I w tym tkwi szkopuł.
I tu mi się nasuwa stara pointa Krzysztofa Daukszewicza
"Czy pan rozumiesz subtelna różnica między ten handel a ten handel?"
Dwa państwa, niby po sąsiedzku,niby w unii, a jak na dwóch krańcach świata.

*www.allabolag.se - strona, której można znaleźć podstawowe informacje o firmach. Nr organizacyjny, adres, dane bilansowe z ostatnich lat.



Pułapki umysłu

takajedna_ja

Tydzień temu przemknęła mi przez głowę myśl.
Na kuchence pyrkotała przykrywka na garnku z zupą buraczkową. O obok gotowała się woda na kaszę dla Tośki. Albowiem Tośka, arystokracja z urodzenia,  chłopka z upodobań, ponad najdroższe, najbardziej rekomendowane przez hodowców karmy przedkłada...wszystko inne.
Sucha bułka, skrawek niedojedzonego chleba, resztka surówki, rybka, kartofelki...wszystko to jest o niebo lepsze od karmy stojącej w misce. Jakiś czas działało dolewanie oleju rzepakowego, potem trzeba się było przerzucić na olej z łososia, potem zmieniać rodzaj karmy, pilnować bydlaka, żeby nie dostał nic od nikogo, nawet ciasteczka wyliczać jakby były na wagę złota. Po trzech -czterech dniach dyscypliny wygłodniały pies zjadał co-nieco z michy...I znowu kolejne dni mijały na utrzymywaniu terroru jedzeniowego.
Po dwóch miesiącach i trzech torbach różnego jedzenia poddałam się.
Nie będę wywalała grubej kasy w błoto, jednocześnie terroryzując rodzinę i psa regorem żywieniowym.  Trudno. Niech jej będzie: chce, niech ma gotowane.
I w ten sposób, tydzień temu znalazłam się przy kuchence z dwoma wielki garami jednocześnie. I gdy tak przesuwałam te gary przemknęła mi przez głowę myśl "żebym się tylko nie sparzyła, bo ten garnek ma przykrywkę z dziurkami, trzeba uważać".
Tak sobie pomyślałam...
Chwilę później chwyciłam ów sagan pełen psiej kaszy i...przypiekłam sobie palce. Garnkowe ucho złapało temperaturę od palnika obok. Garnek odstawiłam, założyłam łapkę, postawiłam gdzie trzeba, trochę piekło, ale uznałam, że jak wsadzępod wodę to POTEM będzie jeszcze gorzej. Zresztą troszkę się spieszyłam, a tu mi kasza zaczęła kipieć, więc uniosłam pokrywkę leciutko, znowu napominając samą siebie, że tym garnkiem łatwo się sparzyć. Po czym natychmista siebie uspokoiłam. Wszak już wypełniłam polecenie dane mózgowi "żebym się tylko sparzyła" bo mózg przecież nie zna słowa NIE.
Ucieszyłam się, że w takim razie durne polecenie mam z głowy. I tak ucieszona sięgnęłam do uchylonej przykrywki, spod której buchnęła para prosto na moją dłoń.
I tak to myśląc i przestrzegając samą siebie dwa razy, w ciągu zaledwie pół godziny sparzyłam tę samą dłoń.
Teraz już wsadziłam pod zimną wodę, bo coś mi mówiło, że oparzenie jest głębokie.
Dziś na palcu wskazującym mam oparzeniowego, podskórnego bąbla, oraz ciemniejącą, lekko szczypiącą plamę u nasady kciuka.
Już nie boli, wraz z bólem nauka wyparowała z głowy ewidentnie.
Ponieważ pokazało się słońce, blada, bo blade, ale zawsze. Wiatr przestał urywać głowę. Temperatura z 5stopni wzrosła do 9. Dlatgo postanowiliśmy pojechać na dłuższy spacer z psem. Ścieżka wiodła nas skalistym brzegiem jeziora, poprzez jesienny las. Ścieżka pełna skał, osypanego igliwia, wyłażących korzeni drzew i miękkiego mchu.
Oczwiście wzięłam aparat. Przeszlimy się z godzinkę, zaczęliśmy wracać...Co za licho mnie podkusiło?
Zauważyłam, że bardzo ostrożnie stawiam stopy i generalnie tak staram się iść by broń boże nie poslizgnąć się i nie upaś bo APARAT. Aparat może by przeżył, ale obiektyw na bank nie. Obiektyw! Moje cacuszko, miłość ma największa zaraz po Zuzi i Tośce. Moja pięćdziesiąteczka stałeczka, miłość mego życia!
Ciekwe czy upadając dałabym radę ochronić aparat rękami? -tak rozmyślałam powoli podążając za mężem i Tośką, sycąc dusze promieniami słońca, blskiem jagodowych liści złotem trzcin.
Tak. To był ułamek sekundy. Kostka mi się nagle wygięła i ja poleciałam lotem ślizgowym. Nim grzmotnęłam o ziemię - tu akurat było wszystko na raz: skała, korzenie i piach- zobaczyłam jak mój aprat, który nadal mam na szyi, ląduje na podłożu, odbija się i z głuchym łupnięciem wali po raz drugi o glebę. Potem poczułam ból w rękach i kolanach, zobaczyłam bardziej zdziwioną niż przestraszoną minę męża oraz lecącą do mnie z radością Tośkę.
Przez chwilę była pewna, że połamałam oba kolana. Przez chwilę byłam pewna, że nie wstanę z tej skały. Zrobiło mi się gorąco. I słabo. Nie do końca wiedząc co robię zdjęłam aparat z szyi i dałam mężowi sycząc tylko:
-Sprawdź
po czym zajęłam się zbieraniem siebie z ziemi. Tośka kręciła się koło mnie cała szczęśliwa bo skoro pańcia na ziemi to się będziemy wygłupiać.  
Otumaniona usiadałm wreszcie i jednocześnie usłyszałam trzask migawki i komunikat od męża
-Wszystko w porządku.
Wtedy mogłam oceniać inne szkody. Lewe kolano wyglądało jak stek, prawego wolałam nie oglądać.
Jakimś cudem wstałam, pozbierałam z ziemi ręce i nogi i ruszyłam w drogę.
Po kilku krokach gdy do mnie dotarło, że idę, odbrałam aparat od męża.
-Jesteś pewna?
- No drugi raz raczej się nie wywalę - odrzekłam dziarsko.
I wtedy przypomniałam sobie oparzoną dłoń.
Na wszelki wypadek zabroniłam sobie myśleć o wywracaniu się. Skupiłam się na uważnym stwianiu stóp, tak by cała podeszwa był na podłożu, gdy przenoszę nań ciężar ciała. Tak dotarłam do samochodu. Robiąc po drodze "jeszcze choć jedno zdjęcie".
31_copy

Na lewym kolanie mam znak Polski Walczącej. Musiałam skleić trzy duże plastry by ową kotwicę zasłonić.
Na prawym...NIC! Zastanawiam się czy skończy się siniakiem czy czymś więcej.
Aparatowi i obiektywowi naprawdę nic.
Pamiętajcie.
MÓZG NIE ZNA SŁOWA NIE.


Mam w dupie małe miasteczka -A. Bursa

takajedna_ja

...jak ja nie znoszę tego zapyziałego miasteczka, tej zasmarkanej prowincji-prowincji, tych uliczek równych jak pod sznurek, tych ludzi jednakowych na ciele i umyśle, tego smrodu różnorodnego, ale obecnego zawsze gdy wieje, tej szarości, porządeczku, ładu i niczym nieuzasadnionego przekonania, że system działa. Nie, kurwa, ten system się wali, ale takie małe miasteczka, siedzące w główkach ich mieszkańców, wolą tego nie widzieć, bo jeszcze ktoś im każe coś z tym zrobić...

...do utraty tchu, tyle było chwil...

takajedna_ja

Miewam takie chwile zawieszenia,  kiedy nagle odpływam w inny świat. Ostatnio w takich chwilach widzę turkusowe wody Are a nad nią szare, wznoszące się piętrowo budynki. Berno.
Tęsknię.
Co dziwne, bo samo Berno, nie powaliło mnie na kolana. Te dzikie tłumy...
Ale łażenie po uliczkach i zaułkach, w poczuciu całkowitej anonimowości, w całkowitym oddzieleniu od świata, w którym żyję na co dzień. To było nowe doświadczenie i przyznaję, bardzo mi się podobało. Pierwszy raz od dawna nie czułam żalu, że jestem w tym tłumie sama.
A potem powrót.
I sprawy potoczyły się szybko.
Gazeta wywiesiła mojego łabądka na główną. Ja się tym pochwaliłam. Koleżanka znalazła, poczytała, wciągnęło ja, cofnęła się...i znalazła wpis o sobie.
Wredy był, stwierdzam po niewczasie, wredny, osądzający i bardzo niesprawiedliwy. Jak zawsze gdy pisze się w złości. Usunęłam, przeprosiłam, ale atmosfera jest taka taka sobie. A tu do pracy trzeba było wrócić.
Wróciłam. Popracowałam kilka dni i znowu wzięłam urlop. Tym razem nie wypoczywałam, tym razem pracowałam. Pojechałam jako tłumacz do Polski, na targi rolnicze w Bednarach i nie tylko.
Klient-Szwed i ja byliśmy gośćmi firmy produkującej urządzenia rolnicze. Pięć dni, cztery noce, dwa dni podróż, trzy dni wrażeń.  Pierwsze dwie noce spalismy w Gnieznie, nastepne dwie - we Wrocławiu.
To było ...niesamowite. Jako Polka nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Tzn. nie od obcych, ale od rodziny jak najbardziej. Tyle, że od rodziny to się wydaje naturalne.
Już pierwszego wieczoru, po kolacji, z opadniętą szczęką napisałam "Aaaaa, to to jest ta słynna polska gościnność" i w duchu pomyślałam nieco mściwie "no, Szwedzie, teraz spróbuj to przebić".
A potem było jeszcze ciekawej.
Jak dla mnie największą uprzejmością oraz najlepszym prezentem było, pomimo napiętego naprawdę mocno grafiku, zwiezienie mnie do Katedry w Gnieznie. Mała rzecz niby, krótka chwilka, ale trzeba było zjechać z drogi, pójść tam, gdzie się już było wiele razy i samemu i z gośćmi. Cierpliwie poczekać aż po raz piętnasty sfotografuję fragment drzwi (bo jak to zrobić w ciemnym wnętrzu, ale bez lampy, w dodatku nie moją kochaną pięćdziesiątką, stałeczką).
Drugim szczytem - dwugodzinny spacer po nocnym Wrocławiu z przewodnikiem opowiadającym między innymi o tym, że obecny Kościół  Garnizonowy kiedyś tam został przegrany w karty przez katolickiego proboszcza. Cudna dykteryjka.
Natłukłam masę zdjęć, większość jest nieostra, bo stałeczka znowu została w hotelu, ale co tam. JA WIEM co tam mam!  
Mój klient Szwed zbierał szczękę na każdym kroku. Rozśmieszył mnie w hotelu, we Wrocławiu, bo zobaczywszy hotelowy hall przestraszył się ceny. Rozśmieszył później, bowiem jego przestrach był tak sugestywny, że ledwie przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się sprawdzić ile kosztuje pobyt. Cena okazała się być taka sama, jak w hotelu, w którym spałam w Warszawie, czyli normalna, nie wygórowana. W przeliczeniu na korony, było nawet tanio.
Te trzy w sumie dni spędzone w Polsce, dały mi ...Nie wiem jak to napisać.
Trzy dni intensywnego rozmawiania o rzeczach z którymi dotąd nie miałam w ogóle do czynienia. Trzy dni wgłębiania się w szczegóły techniczne, w zasady działania, nauka całkiem nowych nazw. Nazw najpierw polskich potem szwedzkich. Lub odwrotnie. Trzy dni przeskakiwania z języka na język: szwedzki-polski-szwedzki. Oraz, szczególnie na początku, śledzenia co mówią po angielsku, by w razie czego, móc służyć pomocą.
To było wyzwanie, któremu dałam radę.
Jednocześnie było coś zupełenie innego.
Była przyjemność obcowania ...z rodakami. Ponieważ spotkanie było biznesowe jak ognia unikaliśmy drażliwych tematów. A różniliśmy się w poglądach jak mniemam, oj i to bardzo, bardzo. Zatem odłożywszy na bok politykę i religię, gwarzyliśmy na rozmaite tematy. Przyjemnie, dowcipnie, po polsku, z polskimi subtelnościami, niuansami i aluzyjkami. Czułam się jak człowiek, który przeszedł pustynię i dostał szklankę wody.
Powrót był bolesny.
Zła na cały świat, który w tej konkretnej chwili uosabiany był moim Klientem, odwórciłam się plecami, wcisnęłam słuchawki w uszy, włączyłam muzykę na cały regulator i pod pretekstem zmęczenia i złego samopoczucia w czasie lotu, po prostu się odłączyłam.
Chyba to było niegrzeczne, ale nie chcąc go obrazić, zrazić, musiałam.
Na szczęście sam był zmęczony, więc nie zgłaszał protestów i nie żądał zabawiania się rozmową.

Wróciłam do codzienności z bolesną pewnością, że kolejne wakacje nie szybko.
Miałam masę spraw do przemyślenia i uporządkowania.
I nic nie wymyśliłam.
Nie wiem co zrobię z blogiem, bo okazuje się, że jednak albo piszę co chcę, albo nie piszę wcale, a tu zbyt wielu znajomych ma ten adres.
Nie wiem co zrobić z wiedzą, że daję radę na różnych frontach i właściwie to niegłupia ze mnie babka.
Nie wiem co zrobić z przekonaniem, że fajna ze mnie "pięćdziesiątka", całkiem do rzeczy, wcale nie taki maszkaron jak pokazują mi zdjęcia.
W ogóle nie wiem co dalej z moim życiem. Za ciasno mi w nim. Chciałabym czegoś...wyzwań intelektualnych? żeby się coś działo? spotkań z ludźmi?
Marazm szwedzki wpędza mnie w depresję.
Tak więc nie wiem, kiedy znowu tu zajrzę. Może jutro, może za kilka tygodni?

 


 

Ale o co chodzi?

takajedna_ja

Z oddalenia (jak zwykle ostatnio-wzdycham) śledziłam narastające wrzenie przybierające powoli oblicze czarnego protestu. Gorączkowałam się, irytowałam, pukałam w głowę...Ale któregoś dnia przyszło mi do głowy, że jakby ktoś chciał odwrócić uwage społeczną to temat aborcji jest pewniakiem. I pomyślałam, że ciekawe nad czym teraz pracuje rząd. Następnego dnia, wczesnym rankiem to odpowiedź znalazła mnie.
TTIP  oraz CETA.
O co chodzi?
Nie umiem tak jasno i analitycznie jak moja stara przyjaciółka, więc pozwólcie, że tym razem oddam głos Marzenie.

Na tę chwilę żyjemy czarnym protestem. I dobrze. Śledźmy dalej losy ustawy antyaborcyjnej, bądźmy czujni, ale przed nami kolejna wielka walka. Chodzi mi o TTIP i CETA.
Większość obywateli UE bardzo radykalnie sprzeciwia się tym porozumieniom. Natomiast tylko 41% Polaków jest im przeciwnych. Dlaczego, skoro skutki tych porozumień dotkną każdego z nas? Ponieważ mało o nich wiemy. Oto moje obawy w sprawie TTIP. Kiedy indziej opiszę skutki CETA, chowu przemysłowego zwierząt i wpływ żywności GMO na ludzi i gospodarkę.
Może ktoś, kto nie wie, o co chodzi, skorzysta z tej wiedzy.

TTIP - Transatlantic Trade and Investment Partnership - Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji, czyli umowa, negocjowana pomiędzy Unią Europejską a USA (znane także, jako Transatlantyckie Porozumienie o Strefie Wolnego Handlu – TAFTA).

1. Obawiam się, że umowa ta w konsekwencji spowoduje rezygnację UE z regulacji praw oraz norm żywnościowych, co w efekcie spowoduje, że na półkach sklepowych zagoszczą produkty z chowu przemysłowego i produkty GMO.

2. Najbardziej kontrowersyjny dla mnie jest fakt, że obrady mają charakter tajny dla obywateli, ale treść negocjacji znają za to lobbyści pracujący na rzecz korporacji. Na razie prawo UE chroni nas w dużym stopniu przed gigantycznymi koncernami rolnymi, rybnymi i żywnością GMO. Po podpisaniu tego porozumienia, koncerny, które już są w Europie, ale mają ograniczone pole manewru, zyskają znacznie szersze uprawnienia handlowe.

3. UE ma wprowadzone oddzielne normy sanitarne czy zakaz używania niektórych hormonów w mięsie i składników chemicznych w budownictwie oraz nakaz informowania producentów o stosowaniu GMO. TTIP może te regulacje znieść i tym samym ograniczyć UE, czyli i Polsce promowanie zrównoważonego ekologicznie rolnictwa oraz ochronę tradycyjnego rolnictwa rodzinnego.

4. Bardzo kontrowersyjnym dla mnie jest mechanizm ISDS, czyli nacisk na wprowadzenie zapisów o ochronie inwestycji - czytaj mechanizmach rozstrzygania sporów między inwestorami i państwami. Zapisy te mają dawać zagranicznym inwestorom prawo do skarżenia państwa, gdyby uznali, że jego decyzje mogą mieć negatywny wpływ na spodziewane zyski inwestora. Mówiąc prościej bogaty gigant miałby istotne narzędzia nacisku na prawodawstwo oddzielnych krajów wchodzących w skład UE w tym Polski.

5. Porozumienie TTIP oznacza dla mnie rezygnację z demokratycznych standardów na rzecz porozumienia globalnego – mieszkańcy poszczególnych państw nie będą mieli wpływu na żywność i handel, a zatem i na ochronę praw konsumenckich, ekologię czy zrównoważone praktyki rolnicze, oznaczanie produktów i informowanie o ich składzie. Ale TTIP ma regulować również takie kwestie jak rynki finansowe dane osobowe, ochrona zdrowia czy kultura.

5. Mam zatem obawy, że traktat ten może mieć wpływ na transparentność zamówień publicznych, zasady zrównoważonego rozwoju i przeczyć interesowi publicznemu, poprzez ograniczanie lokalnych gospodarek i możliwości korzystania z lokalnych zasobów oraz eliminowanie lokalnej przedsiębiorczości.

Jak widać skutki tego porozumienia będą bardzo poważne. Warto protestować przeciwko nim, dopóki nie będą jawne i transparentne. Ja wyjdę na ulicę.

Warto też śledzić portale tych, którzy walczą w naszym imieniu:
• Akcja Demokracja
• Attac Polska
• Beskidzkie Stowarzyszenie Produkcji Ekologicznej i Turystyki
• Centrum Cyfrowe Projekt: Polska
• CIWF Polska
• Demokracja Bezpośrednia
• Drużyna LiquidDemocracy.pl
• Fundacja 2B Fair
• Fundacja Artykuł 25
• Fundacja Bęc Zmiana
• Fundacja CentrumCSR.PL
• Fundacja Dobrych Inicjatyw
• Fundacja EkoRozwoju
• Fundacja ePaństwo
• Fundacja Greenpeace Polska
• Fundacja ICRA
• Fundacja Kultury Akademickiej
• Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie
• Fundacja Kuźnia Kampanierów
• Fundacja Nowoczesna Polska
• Fundacja "Ogrody Permakultury"
• Fundacja Otwarty Plan
• Fundacja Panoptykon
• Fundacja Piękny Dom
• Fundacja Przebudzenie
• Fundacja Rodzice Przyszłości
• Fundacja Rolniczej Różnorodności Biologicznej AgriNatura
• Fundacja Strefa Zieleni
• Fundacja Terra Brasilis
• Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania
• Instytut Globalnej Odpowiedzialności
• Instytut Spraw Obywatelskich
• ISOC Polska
• Koalicja KARAT
• Koalicja Klimatyczna
• Koalicja POLSKA WOLNA OD GMO
• Koalicja Sprawiedliwego Handlu
• Kooperatywa Spożywcza „Dobrze”
• Kujawsko-Pomorskie Stowarzyszenie Producentów Ekologicznych EKOŁAN
• Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi - ICPPC
• Młodzieżowa Sieć Klimatyczna
• NOMADA. Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego
• Ogólnopolski Związek Zawodowy "Inicjatywa Pracownicza"
• Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
• Partia Razem
• Partia Zieloni
• Pierwsza Warszawska Agenda 21
• Polska Partia Piratów
• Polska Zielona Sieć
• Polski Instytut Praw Człowieka i Biznesu
• Polskie Stowarzyszenie Sprawiedliwego Handlu
• Pospolite Ruszenie
• Przymierze dla Polski
• Recykling Idei. Pismo społecznie zaangażowane
• Społeczny Instytut Ekologiczny
• Stowarzyszenie Dla Dawnych Odmian i Ras
• Stowarzyszenie "Eko-Inicjatywa"
• Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA
• Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne "Wspólna Ziemia"
• Stowarzyszenie Ekologiczny Ursynów
• Stowarzyszenie Eko-Spol
• Stowarzyszenie Fabryka Demokracji
• Stowarzyszenie „Jeden Świat”
• Stowarzyszenie Klub Inteligencji Polskiej
• Stowarzyszenie Kultura i Demokracja CIVIS
• Stowarzyszenie na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społecznego - "Społeczeństwo FAIR"
• Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” i kwartalnik „Nowy Obywatel”
• Stowarzyszenie "Ostoja Brodnicka"
• Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO
• Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
• Stowarzyszenie Praw Człowieka
• Stowarzyszenie RACJONALNA POLSKA
• Stowarzyszenie Sieć Obywatelska - Watchdog Polska
• Stowarzyszenie Ulepsz Poznań
• Stowarzyszenie Zielony Żurawlów
• Think Tank Feministyczny
• Toruńska Inicjatywa Obywatelska
• Warszawska Kooperatywa Spożywcza
• Wawelska Kooperatywa Spożywcza
• Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna PANATO
• Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna Biz:on
• Zachodniopomorski Oddział Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND
• Zielone Wiadomości

Dzień 6 Metafizyki ciąg dalszy. W drodze do Oberhofen

takajedna_ja

Rano 10:04.
Odjeżdżam z Berno do Thun, a stamtąd do Oberhofen.
Na peronie wkładam słuchawki i włączam odtwarzacz. Ustawiam Five Miles Out, po którym idzie cała lista Mike Oldfielda. Gdy owe Five Miles się kończy, w słuchawkach słyszę Tåg song Kari Bermnes. Dziwne, ale nie mam czasu sprawdzać dlaczego,  bo na tor, z wizgiem i świstem, wjeżdża mój pociąg.
Wsiadam i pociąg rusza. Mija szare Berno, zostawia za sobą ogromny wiadukt.  
A w słuchawkach Kent mi śpiewa, że "to z twojego powodu znowu ruszam w drogę".
Za oknem pola, pagórki i pagóry.
We mnie radosne pulsowanie w rtym muzyki. Roznosi mnie radość. Taka czysta, dziecinna uciecha, bez obaw i bez wątpliwości. Taka, jakiej nie czułam od lat. Jadę pociągiem w nieznane i się nie boję. Jest spokojna pewność siebie oraz przekonanie, że będzie pięknie. Uśmiecham się sama do siebie, do własnych myśli, do małej Kasi wewnątrz tej starzejącej się kobiety jaką widzę na odbicu w szybie.
Czuję satysfakcję, że to zrobiłam, robię właśnie teraz. Dałam sobie wakacje w nieznanym, wakacje o jakich zawsze marzyłam. Czuję się wolna i świat się przede mną otwiera.
Kent mi śpiewa "czuć, że miłość już czeka". Uśmiecham się. Wiem co to za miłość na mnie czeka i ja spokojnie czekam na nią.
Za oknem alpejskie, zamglone szczyty.

W Oberhofen nad szafirowym jeziorem Thun

 

 

 



Dzień 5 Berno przed południem

takajedna_ja

Upał panuje nieziemski od rana do zmierzchu a po zmierzchu aż do rana. Unikam słońca jak mogę, dużo piję, chowam się w cień, w po południu funduję sobie sjestę. Unikam bólu głowy dzięki temu i wieczorami mam siłę integrować się z kuzynką.
Wczoraj im zwiałam...
Bo Kasia chyba nie wierzyła, że dam sobie radę sama, w obcym państwie, nie znając języka, nie znając miasta.
Nie doceniła mnie. Poszłam i wróciłam. Po kilku godzinach, akurat gdy zaniepokojona Kasia zaczęła do mnie dzwonić.
Mało tego - poszłam i wróciłam. Kupiłam małe co nie co dla rodzinki, znalazłam toaletę. Uwierzcie mi: w Szwajcarii nie ma toalet dla kobiet na każdym kroku. Są publiczne, bezpłatne pisuary. A toalet nie ma! Wreszcie dotarłam do dworca, znalazłam toaletę. I tu zonk bo płatna! Ale jak to? Płatna?? Toaleta??! Na dworcu??! No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Trza płakać i płacić jak się chce... ten tego...
Znowu zonk. Nie ma płacenia kartą. Zgłupieli? W mieście pełnym turystów mam używać gotówki?! I skąd ja im te dwa franki wyciągnę? Bankomat mi wszak ich nie da. Bankomat na moją sugestię, że może jednak da się przekonać zabił mnie śmiechem i zaproponował 50franków. 50fr to jest blisko 500koron! Jak w Szwecji żyję to chyba nigdy takiej kasy nie miałam w portfelu, no ale zawsze może być ten pierwszy raz. Wzięłam owe pińcet.I znów dylemat: jak z papierka wydusić 2 korony?
Poszłam do informacji i...niefrasobliwie zgłosiłam mój problem po angielsku. Po angielsku. Ja. JA! Ja przecież nie znam angielskiego! Pan w okienku uznał, że znam i bo nieuprzejmie odburknął (ani chybi Francuz), że on nie ma pieniędzy. Westchnęłam ciężko i poinformowałam go, że tyle to ja wiem. I ja od niego to chcę informację GDZIE ja ten papierek mogę wymienić na owe dwa franki. Przysięgam, sprawa robiła się pilna i naraz przelicznik franka na franka przestawał mieć znaczenie. Pan wzruszył ramionami, rzucił niechętnie "mejbi in butik". Grrrr...Oparłam się pokusie rzucenia mu w twarz mojego nowego, włoskiego słówka, którego nauczył mnie Davide, Włoch z Genui, narzeczony Kasi.
W sklepie kupiłam chusteczki higieniczne oraz batonika. Pani mi wydawała...a ja zażądałam dwóch franków. Miała mord w oczach. Albo tak mi się zdaje, bo Szwecja mnie jedna rozbestwiła. Mnie nie wystarczy, że ktoś jest grzeczny. Ja jestem przyzwyczajona do serdecznej obsługi.
Znalazłam toaletę po raz drugi. A czas to był już najwyższy. Czego tam nie było...Przede wszystkim nie było podziału na męski i żeńskie. Brudu nie było, dziwne, ale prawdziwe, widać w Szwajcarii bywają czyste, porządne toalety. Nie było podgrzewanej deski i szumy wody jak w Japonii. Ale pachniało! Perfumami! Acha. Wody ciepłej nie było, papieru ręcznikowego też. Była suszarka, których nie znoszę.
I o.
Wróciłam do domu, zjadłam gnocchi z pomidorami w sosie szpinakowym z młodym groszkiem. Dobre to było. I zasnęłam.
Kasia poszła do pracy.
Mieliśmy z Davide jeść pizzę na kolację, ale...Się zagadaliśmy. Po angielsku. O. Trochę wujek gogiel, ale większąć sama i nawet nie"tymi ręcyma".
Jestem pod wrażeniem jakie wywarłam na samej sobie.

Zdjęć robię masę, nie nadążam obrabiać, więc tylko kilka, przypadkowo wybranych.

Oto zaułki Berno.

A tu boja w Aare, rzece, która otacza miasto.
Jest...Niesamowita. Zakochałam się w jej szmaragdowym kolorze i przejrzystości.

 

 

 

 

Dzień 4 Na Jungfrau

takajedna_ja

Kto był w Tatrach ręka w górę!
Ja byłam kilka razy. Piękne, dzikie, ogromne. Tak. A teraz proszę to zwielokrotnić...I rozmiar i dzikość i urodę.
Wybrałyśmy się z Kasią trochę za późno, opierając się na przeświadczeniu, że skoro cała Szwajcaria ma wielkość województwa warińsko-mazurskiego i wszędzie jedzie się niecałą godzinę to wyjazd o 13 jest okej.
Niestety - nasz niefrasobliwość odniosła skutek.
Już na dworcu niespodzianka - nasz pociąg jest odwołany bo jakiś wypadek po drodze. Trzeba było wsiąść w inny.
No to wsiadłyśmy.
Ledwie wyjechał z Berno natychmiast obie przylepiłyśmy nosy do szyby i tylko jęczałyśmy z zachwytu. Głowy omal nam się nie poukręcały od spoglądania raz w jedną, raz w druga szybę. Kompletnie pochłonięte widokami za oknem zapomniałyśmy chyba o kulturze - pokazywałyśmy palcem i krzyczały "patrz tu, tu patrz".
Po mniej więcej godzinie nieco okrzepłyśmy w naszych zachwytach i wtedy zobaczyłam, że tubylcy popatrują na nas, ale raczej z sympatią niż naganą. Kasia, gadająca po niemiecku z prędkością karabinu maszynowego (uuuups! w tym kontekście to chyba złe porównanie), zawarła krótkoterminową znajomość ze starszą panią siedzącą obok. I tu pani nas zaniepokoiła, bo stwierdziła z pewnym wahaniem, że "na Jungfrau jedzie się długo, ale powinnyśmy zdążyć". Aaaale jak to długo? 
Kolejne stacje i stacyjki, kolejne pociągi, kupowanie biletów u konduktora, wreszcie, dotarłyśmy do Grindelwald. Stamtąd już droga tylko w górę i pod górę. Upał był nieziemski, więc w wagoniku z drewnianymi siedzeniami okna otwarte na przestrzał, ciuchcia mozolnie pełzła pod górkę, a my tkwiłyśmy w tych otwartych oknach jak przymurowane w nabożnym milczeniu. Zachwyty, okrzyki przestrachu i zadziwienia skończyły się nam jakieś pół kilometra niżej. Teraz można było tylko milczeć i...utwierdzać się w wierze w Boga (Kasia) i wątpić w zwątpienie (ja).
Tak dotarłyśmy do Kleine Scheidegg, gdzie czekała nas ostatnia przesiadka. Zrobiło się zimno i jakoś tak...mniej słodko, bardziej surowo. Wyciągnęłyśmy kurtki.
Jeszcze jedna ciuchcia, niemal pusta. Prócz nas i obsługi był tam jedynie jakiś pan. O nie, on nie jechał tą ciuchcią żeby sobie tylko popatrzeć co stwierdziłam widząc jego znoszone buty i wytarty plecak z przytroczonym czekanem. Na bank nie był zwykły turysta-cepr jak my. Zastanawiałam się czy rękę stracił w górach czy też może w jakichś innych okolicznościach. Tak, nie miał ręki. Jego wygląd i zachowanie sugerowały, że ta jego część mogła być okupem za całą resztę...
A potem ciuchcia wjechała w tunel i...tyle było widoków.

Na kolejnych przystankach można było wysiąść i popatrzeć przez wykute w skale, oszklone okna.

 

Tam też mijaliśmy pociągi jadące z góry, w których pełno było...śpiących ludzi ( głównie Azjatów). Zastanowiło mnie zjawisko. Cóż oni tam, na tej górze wyczyniają, że śpią takim kamiennym snem, że nawet zatrzymanie pociągu ich nie wybudza?
Wreszcie ostatnia stacja na wysokości 3454mnp.
Wysoko jesteśmy, stwierdziłam i leciutko wskoczyłam na kilka stopni schodków prowadzących w górę do pełnego komercji kompleksu handlowo-rozrywkowego.
to znaczy miałam zamiast zrobić to lekko, bo stopnie niewysokie i niewiele ich...I nagle odkryłam, że ważę tonę! Przenieść moje 70kilo z małym okładem z nogi na nogę okazało się wysiłkiem granicznym. Serce łupało w piersi, w głowie dzwoniło, przed oczami mroczki a pod stopami wyczuwalny ruch ziemi.
Wiedziałam, że 3,5 kilometra to wysoko, ale nie wiedziałam, że TAK wysoko. I zrozumiałam tę śpiącą pokotem masę ludzką w pociągach jadących w dół.
Przyjechałyśmy tuż przed zamknięciem. Obejrzałyśmy sklep Lindta, kupiłyśmy trochę czekoladek, wysłałam kartkę do wujków, wypiłyśmy kubek kakao szumnie zwanego czekoladą, wyszłyśmy na zewnątrz, na wydeptany placyk z masztem i szwajcarską flagą. Dookoła był śnieg, skały i niebieskie niebo. Pod nami - chmury.


Został nam do pokonania ostatni odcinek, na sam szczyt, na taras widokowy...Niestety -to była najokrutniejsza zemsta za nasze guzdralstwo. Czasu nie wystarczyło, trzeba było zjechać.
Kasia była rozczarowana głęboko. Ja...z powodu dolegliwości wysokościowych przyjęłam to ze stoickim spokojem.
Wracałyśmy w zachodzącym słońcu, patrząc jak lśniące szczyty nikną w mgle, obserwując długie cienie zasnuwające doliny rodem z reklam Milki.
Boleśnie odczuwałam fakt, iż być może oglądam to po raz ostatni w życiu.

Dzień 3 Do Berno Magii ciąg dalszy

takajedna_ja

Jak to jest z tymi więzami rodzinnymi? Dlaczego ktoś, kto w dzieciństwie i wczesnej młodości był zmorą twojego życia jest nadal ci bliski, choć gdyby to była tylko koleżanka z podwórka to nawet byś spojrzeć w jej stronę nie chciała?
Matko święta!
Ja miałam 12,13,14, 20 lat. Ona zawsze o dziesięć mniej. Ja miałam swoje tajemnice i ogromną potrzebę własnej przestrzeni co nie było łatwe w czteroosobowej rodzinie na 38m kwadratowych. A ona ledwie przekroczyła próg naszego mieszkania lazła jak po sznurku do moich i tylko moich rzeczy. Czemu nie do Baśki? Czemu nie do mojej matki? A może do ich też? Szperała w moich rzeczach, wyciągała wszystko z mojej szkolnej torby, ale najgorsze, najgorsze, że zawsze, ale to zawsze wyciągała łapy do moich pamiętników. Najpierw je tylko wyciągała. Potem się gówniara nauczyła czytać! I czytała! I paplała o tym co przeczytała.
Ostatni raz chciałam ją zabić jak miała 15 lat. Potem ja i moje pamiętniki znikłyśmy z zasięgu jej łap. A potem powoli przestałam pisać. A potem nadeszła era bloga i...sama dałam jej linka.
Dziś się z tego śmiejemy.
Patrzę na tę dorosłą kobietę i widzę tamtą dziewczynkę. Wiecie...takie wcielenie Pippi. Wszędzie jej pełno, cały czas gadająca, cały czas pełna dobrego nastawienia do świata. Wcale się nie zmieniła!
Nie widziałyśmy się ze 20 lat.
Przecież gdyby to była dziewczynka z podwórka, wyjątkowo upierdliwa dodajmy, to nawet bym pewnie nie pamiętała.
Jedna z niewielu osób z rodziny matki, która zawsze jakoś była mi bliska. Nawet wtedy jak chciałam ją zabić.
A teraz siedzę w jej salonie,  w jej mieszkaniu. I jestem w szoku. Skąd w osobie wywodzącej w prostej linii od Babci Józefy tyle serdeczności, ciepła, takiego pozytywnego nastawienia do ludzi? Jakim cudem w ciągu tych wszystkich lat, kiedy ciężko pracowała a życie dawało jej po tyłku co i raz, jakim cudem nie zgorzkniała, nie straciła optymizmu, zapału?
Uśmiecham się.
Za oknem szwajcarski ranek. Pod balkonem hałasują auta. Słyszałam krzyki dzieci, rozmowy.
Czekam kiedy Kaśka (ona zawsze była Kaśka, nawet jak miała 5 lat, ja byłam Kazina, bo Katarzyna dla smarkacza było za trudne, i tak zostało) i Davide wstaną. Pojedziemy w góry? Świeci słońce! Pojedziemy w góry!
Wczoraj tylko rzuciłam okiem na Berno. Był wieczór. Tylko rzuciłam okiem...I już się cieszę, że jutro Kasia pójdzie do pracy a ja polazę w te zaułki i uliczki.
21_copy
27_copy
29_copy1
47_copy1

 

Dzień 2 Magia

takajedna_ja

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się ...mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie "machnę ręką i pójdę dalej". Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle ...Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.


Urlop

takajedna_ja

Nienawidzę takiego stanu kiedy to zasnąć się nie da ale organizm jeszcze nie wypoczęty domaga się snu. Wstać się też nie da, bo kawy w zasięgu nie ma, a domownicy śpią.
Pierwszy urlopowy poranek.
Wschodzące nad Warszawą słońce barwi niebo na różowo. Jak podejdę do okna, widzę wszystkie warszawskie wieżowce na tle różowej zorzy poutykane pomiędzy zielenią. Warszawa wygląda jak miasto zbudowane w ogromnym parku. Wiem, że tak dobrze nie ma, ale teraz, o tej wczesnej godzinie czuję potrzebę zachwytu. Zza okna dobiega nieustanny szum samochodów. Warszawa, miasto, które nigdy nie śpi?

Hotel...jak hotel. Czysto jest. Strumień prysznica może zabić, umywalka w miejscu sitka ma dziurę czego nie znoszę a spłuczka nie przypomina Niagary.
Łóżko średnio wygodne,dość twarde.  Tylko jedna poduszka, w dodatku strasznie miękka, głowa mi się zapadała, musiałam podłożyć..własną kurtkę. Za to kołdra gruba i ciężka, sztywna. No ale blisko lotniska, piechotą około 20 minut. Usiłowałam znaleźć wyjście z terenu lotniska przez jakieś pół godziny. Chyba nikomu nie przyszło do głowy takie  rozwiązanie, bo przejść dla pieszych w okolicy nie uświadczyłam, więc kicałam jak zajączek przez szerokie ulice. Na szczęście dość puste. Jednak z walizką i ciężkim plecakiem. W temperaturze sauny. Jak już wreszcie wpadłam do pokoju zrzuciłam z siebie ubrania i wlazłam pod prysznic.
Ze Szwecji wylatywałam w miłych 23stopniach z porywistym wiatrem. Zestroiłam się jak pańcia...Czarne eleganckie rurki, głębokie trampki palladium, białą bluzka, żakiet...
Znaczy elegancja w wydaniu szwedzkim, haha. W warszawskim klimacie nagle to wszystko stało się za ciężkie, za grube, zbyt mało przewiewne.
Odświeżona prysznicem poczułam głód. Zamiast zejść do restauracji i wydać trzy dychy na żarcie poszukałam sklepiku, gdzie zaopatrzyłam się w serek wiejski, chlebek razowy, banany, wodę i delicje. Wydałam niewiele mniej ale mogłam zjeść to, na co miałam ochotę a nie to co było w karcie.
Dumna z siebie wróciłam do hotelu i...
No cóż. Jedliście kiedyś twarożek wiejski mieszadełkiem do kawy/herbaty?
Phi...niech się Japończycy schowają ze swoimi pałeczkami. Tak się cieszyłam. A potem nieopatrzny ruch ręką i mieszadełko okazało się bardzo sprężyste. A twarożek wydajny. Pstryk i moja kolacja była wszędzie. Na lustrze, na podłodze, na telewizorze.
Brawo Kasia.
TVN w śnieżącym telewizorze puszczał komedię z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer, ale nie dałam rady oglądać. Padłam. Choć trudno powiedzieć bym spała jak zabita.

...a gdzieś tam daleko, biedna Tosia szuka swojej pani...I czeka biedulka niespokojna, bo się jej jednostki w stadzie nie zgadzają. A Tosia, jak na dobrego pasterza przystało bardzo nie lubi takiej niesubordynacji. Stado ma być w komplecie i najlepiej trzymać się blisko siebie.
Strasznie dziwnie się śpi bez psiego pochrapywania, wiecie?

Oto widzisz, znowu idzie jesień

takajedna_ja

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato...I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując...wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jak z dziecięcej czytanki

takajedna_ja

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić - mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć - mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić - mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

- A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty...No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
- A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie...Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
- No mogłem zajść... A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i...




PS

takajedna_ja

Nie, nie zadziałało. A że jestem z natury dość leniwa więc i mało waleczna, pewnie też nieco tchórzliwa, więc postanowiłam nie walczyć z żywiołem. Pracuję nad polubieniem.

 

A moja Litwinka pojechała na staż. Do Japonii na dwa tygodnie. Szwedzi jej nawet na staż nie chcieli, rasistowscy hipokryci. A Japończykom jak widać nie przeszkadza. O.

Jestem złym człowiekiem

takajedna_ja

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka - tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec - mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
- Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz...serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
...Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme...
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? - Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias...Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! - wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
- No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

...Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci