Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Kronika boleści

takajedna_ja

Droga na i z północy była drogą przez mękę. Siedzenie tyle godzin, nawet na tak wygodnym fotelu, nawet z kilkoma różnymi poduszkami to zabójstwo dla obolałego kręgosłupa.
Chciałabym powiedzieć, że warto było, bo północ jest przepiękna, ludzie sympatyczni, koty przymilne, ale za blisko jestem traumy podróżnej. Może za jakiś czas.
Jedną korzyść odniosłam. Dowiedziałam się, że w Szwecji można znaleźć kręgarzy.
Znalazłam. 10minut spacerkiem od mojego domu.
Kręgarze w Szwecji są zrzeszeni w związku i tylko takim warto zaufać, bowiem ich wiedza jest jakoś tam weryfikowana. Moja Ulrika, cudowna Ulrika, też.
W poniedziałek poszłam pierwszy raz.
Potem we środę.
Wczoraj.
Idę znów w poniedziałek.
Chyba działa choć zobaczymy jak będzie w dalszym czasie.
Na razie ból prawie zniknął. Powróciła niemal całkowita ruchomość głowy. Ból wraca, okropny na poziomie 10 na skali bólu kilka godzin po przyniesieniu ze sklepu ładunku w postaci 1,5 l wody oraz mleka. Długi odpoczynek, w kołnierzu z ręcznika oraz lodowym okładem, ból uśmierza.
Aha. Wreszcie coś co uśmierza ból, bo żadna chemia tego nie zdołała zrobić.
Niestety te wizyty bolą w portfelu. Pierwsza 650kr. Następne 450kr.
Ale wygląda na to, że warto.
We wtorek mam badanie kamerą magnetyczną (rezonans magnetyczny?)
Wybłagałam receptę na jakieś silne opiaty, zobaczymy czy zadziałają, bo boję się, że nie uleżę spokojnie przez co najmniej 20 minut.  Oraz jestem na zwolnieniu do 22kwietnia. Zwolnieniu ze sprzątania, ma się rozumieć.
Z księgowania zwolnienia nie wezmę, bo to oznacza utratę klienta. Dobrze, że mogę to robić tak, jak dam radę. Kilka minut, przerwa, kilka minut, przerwa. I jakoś idzie.
Pisanie dłużej też boli.
I obrabianie zdjęć. I robienie zdjęć. I to boli najbardziej.
Ech...
A tu taka WIOSNA!
Więc powoli coś dłubię.
O tak.

Wiosna

takajedna_ja

jest ciepło, słonecznie, ptaki się wydzierają od rana. Kaczki w parku spacerują parami. I nie tylko kaczki.
Moja dusza ma się dobrze.
Rozpiera mnie radość życia, poczucie, że wszystko będzie dobrze, mam chęć robić dużo rzeczy.
Coś mnie uskrzydliło.
Zmierzam do pożegnania się z sertraliną.
Tylko dysk daje popalić. Dwa dni lepiej, dwa dni gorzej. Kiedy jest gorzej moje dobre samopoczucie pierzcha z krzykiem. Łażę skrzywiona, zła i czepliwa. Bo boli. Bardzo boli. Bardzo, bardzo boli.
Lecz ogłosiłam, że idę na zwolnienie. Więc od dziś mam wolne od mopa. I zobaczymy czy dzięki temu będzie więcej dni dobrych czy gorszych.
5 kwietnia mam rezonans.
Oraz zamówiłam sobie z Polski taki aparacik co smyra prądami.  Ponieważ żadne tabletki bólu nie likwidują, a podobny aparacik miałam okazję wypróbować dzięki mojemu fizjo. Działa.
No a skoro działa, to warto mieć alternatywę dla prochów

 

resztę zeżarł blox, świnia

Wywrotowe myśli

takajedna_ja

Ksiądz na mszy powiedział, że moja matka całe życie pracowała dla chwały bożej.
Sarknęłam pod nosem "wyłącznie dla chwały bożej", bo choć pracowała od 17 do 70roku życia to nie specjalnie opływała w dostatki...

Muszę postawić nowy nagrobek. "Pomnik" mówią u nas.
Przyszło mi do głowy by na płycie wyryć cytat z piosenki Jacka Kaczmarskiego "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego"

"Pożyjemy i pomrzemy, nie usłyszy o nas świat
a po śmierci wypijemy za przeżyte w dobrej wierze parę lat".

Bo tekst z Gałczyńskiego

"Zapachniały zefiry
brzękły potrójne liry
pierzchnęła tłuszcza
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach"

aczkolwiek wzbudziłby aprobatę oraz złośliwą uciechę u mojej maci, wydaje mi się jednak nieco zbyt dosłowny.

Bo ja to bym chciała by mi dziecko wyryło "Co się gapisz? Też wolałabym leżeć na plaży" ale poprawność polityczna, psia mać...

Powrót do codzienności

takajedna_ja

Tak sobie myślę, że w ważnych chwilach jak śmierć bliskich człowiek powinien mieć prawo do własnych zachowań, powinien mieć całkowitą dowolność decydowania o tym jak i z kim chce tę chwilę przechodzić. A tu jakieś konwenanse, jakieś wymagane zwyczajami naginanie się do oczekiwań, przełamywanie się i postępowanie wbrew własnym uczuciom, w jednej z najważniejszych chwil w życiu...
Mnie ogarniała furia na myśl, że będę musiała stawić czoła nielubianym członkom rodziny, skutecznie unikanym przez ostatnich trzydzieści lat. Pocieszała mnie myśl, że przynajmniej dzięki jasnym wytycznym otrzymanymi od mamy już dawno temu, uniknęłam szopki "ostatnie pożegnanie" nad otwartą trumną.
(- To jest Basia?!! - rozdzierająco rozdarła się podobno jedna z kuzynek nad trumną mojej siostry. Inna uznała, że warto upamiętnić moją siostrę w tej doniosłej chwili za pomocą aparatu fotograficznego).
O nie, nie, nie dałam nikomu okazji do takich występów.
Rozesłałam rodzinne wici o stanie mamy, kto chciał, był w domu lub w Hospicjum żeby się pożegnać. POTEM byłam tylko ja. I eM na bardzo krótko. Oraz pracownicy zakładu pogrzebowego. Trochę było zaskoczeń, ale wszelkie wyrazy niezadowolenia stłumiłam krótkim "mama tak chciała".
Urna była drewniana w myśl słów "Prochem jesteś i w proch się obrócisz". Obok urny zdjęcie dwudziestoletniej mamy- przygotowane przez nią samą kilka lat temu.
Nielubiane kuzynki sobie odpuściły i się nie pofatygowały.
Jeszcze tylko uchylić się od ramion miejscowej przygłupiej, która rzuciła się na mnie z wyrazami współczucia. I już.
Na cmentarzu i potem na obiedzie była nas już tylko garstka.
Naprawdę wyłącznie najbliżsi mi członkowie rodziny.
Ciocia Wanda, kuzynka Ania z mężem i jej rodzice, siostrzenica z ojcem, mężem i synem, kuzynka Mirka.

Kuzynka Mirka...
To jest temat na anegdotę, chcecie?
Kuzynka Mirka jest bratanicą mamy. I jest mocno do niej podobna.
Opowieść mojej siostrzenicy:
-Przyjechałam do babci w niedzielę, siedzę, trzymam ją za rękę...Nagle drzwi się otwierają, patrzę...Babcia stoi w drzwiach. Ale jak to stoi? Przecież tu leży, trzymam ją za rękę. Ona (Mirka) chyba zobaczyła, że się wystraszyłam.

Na parkingu, po stypie, spotkaliśmy Jarka z ojcem. Jarek to nasz stary kumpel. Natomiast jego ojciec to stary kumpel mojego ojca i dobry znajomy mojej mamy z lat młodości. Pogadaliśmy chwilę.
Wczoraj spotkałam Jarka w mieście, zamieniliśmy kilka słów, coś wspomniałam o mamie...
Jarek zrobił głupią minę. I naraz
- Czekaj...To TWOJA mama zmarła?
- No tak!
- I to o niej eM mówił, że ma pogrzeb teściowej?...To KTO tam był koło ciebie?!
- ???
- No przecież widziałem twoją mamę obok ciebie na tym parkingu! I jeszcze się z ojcem zastanawialiśmy, że jaką eM teściową chował, skoro ją przecież widzieliśmy obaj.
Wyjaśniłam.
Muszę pomyśleć jakich moja matka miała wrogów i im wieczorową porą tę kuzynkę pokazać...

A kiedy już stresy i napięcia odpuściły okazało się, że mój dysk znowu daje o sobie znać. Koleżanka poleciła gabinet fizjoterapeuty. Oprawca umiejętnie wetknął palec w najbardziej bolące miejsce. I w jeszcze jedno. I w kolejne. Tu pociągnął, tam wcisnął, tu pogłaskał, tam poszczypał.
Wyleczyć, nie wyleczył, bo wszak nie jest Kaszpirowskim. Ale sprawił, że ból zmalał, i ograniczył się tylko do kilku stref. O 19:30 rozłożyło mnie na amen. Poprzednie noce prawie nie spałam mimo solidnej dawki ibuprofenu oraz odnalezionemu w mieszkaniu relanium 5mg, wziętego w akcie desperacji.
O ósmej spałam tak, że nie usłyszałam telefonu.
Klient Marian. ...Jutro o tym pomyślę, bo zdaje się, że popełniłam błąd i dałam sobie wleźć na głowę...
eM wyciszył telefon, o czym poinformował mnie gdym się na chwilę przebudziła.
Po ośmiu i pół godzinach snu jestem wypoczęta.
W południe wyjeżdżamy do domu.
Pooddawałam ukochane kwiatki mamy. Więc mieszkanie mogę z czystym sumieniem zamknąć na cztery spusty. Cerber w postaci Pani prezes oraz sąsiadki z dołu dopilnuje, żeby się nic nie stało.
A jutro w południe przytulę Zuzankę. I Psicę wariatkę.
I moje życie będzie się toczyło dalej.

 

Kalkulacja

takajedna_ja

Nie mogę spać, więc usiłuję skalkulować koszty pogrzebu.
Co tu dużo mówić- zasiłek, zasiłkiem, ale nie wystarczy na wszystko. A ja muszę wrócić do domu i dożyć do wypłaty a wypłata nie będzie zbyt wielka, bo urlop wszak niepłatny póki co.

Grzebię w internecie.

Co to za durna maniera? Każdy ma stronę internetową, ale cen na nich nie uświadczysz. I nie ma znaczenia czy szukasz noclegu, jedzenia czy usług pogrzebowych.
Rodacy, macie aż taką paranoję, że nawet ceny waszych usług są tajne?
To na grzyb mi wasze strony? Wasze adresy to sobie znajdę w katalogu firm, nie traćcie kasy na strony internetowe, które niczego nie mówią.
...wrrr...
Oczywiście domyślam się, że głównie chodzi o staropolskie "dogadamy się" oraz "nie będzie żałowała" co w praktyce sprowadza się do oceny jak bardzo klient da się wydoić...

Tam i z powrotem

takajedna_ja

Dojechałam do domu w piątek, wczesnym popołudniem.
Pies się popłakał z radości.
Potem tak: zjadłam. Zasnęłam. Zjadłam. Wyprałam ciuchy ( kiedyś polskie proszki nie miały zapachu, teraz mają go w nadmiarze). Znowu poszłam spać.
Wczoraj posprzątałam. Podlałam kwiatki. Spotkałam się z nowym klientem. Zrobiłam mu styczeń.
A dziś wieczorem znowu jadę do Polski.
Tym razem już wiem na pewno po co.

Uczucia?
Spokój. Zgoda. I nie wiem co jeszcze, bo się pochowały. Tylko głowa boli codziennie.
I lewy bark, od wypadniętego dysku. Całe lewe ramię od szyi po palce. 

(Nie)Ludzka twarz służby zdrowa czyli Córcia, tu jest Polska

takajedna_ja

Ostatnio najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie.
W chorowaniu w Polsce choroba wcale nie jest najgorsza. Najgorsze jest obcowanie ze służbą zdrowia. Dobrze, dla uczciwości dodam, że nie zawsze i wszędzie. Ale prawie zawsze i wszędzie.
Ci, którzy z racji zawodu, powinni okazać ci wsparcie, współczucie i pomoc...Na nich nie licz. Obnoszą po świecie ciężko obrażone miny, które mówią jasno, że nienawidzą swojej pracy.

Odsłona 1.
Mama dostała miejsce w Hospicjum w Olsztynie. Ale mamy dobę na zorganizowanie transportu.
ZOZ w Miasteczku, w rejestracji pielęgniarki znane mi od lat.
- Nie zarejestruję was do lekarza bo nie ma numerków.
Jest godzina 9 rano!
- A nie możecie samochodem zawieźć?
Misia tłumaczy cierpliwie, że babcia leży, że pierwsze piętro, że nawet gdyby to jak ją do tego samochodu przetransportować?
- A to sama nie zejdzie? - zdumienie takie jakby mówiła o chorym na grypę a nie o osobie w ostatnim stadium nowotworu - A zresztą jeszcze musicie mieć skierowanie, a do lekarza nie ma miejsc. No i na transport to też się czeka.
Całą postawą mówi: dajcie mi spokój, nie chce mi się palcem w bucie kiwać, a wy ode mnie oczekujecie cudów.
Druga słucha tych przepychanek, bierze słuchawkę i gdzieś dzwoni. Chwila nadziei...Złudnej.
Melduje, że transport możemy dostać...za tydzień.
Misia ma chęć parsknąć śmiechem, ale tylko uprzejmie dziękuje i wychodzi.

Odsłona2.
Pani z MOPSu poradziła żeby zapytać dyrektora szpitala, który dysponuje karetką. Ale dyrektor jest zajęty. Główny księgowy mówi, żeby napisać podanie o ODPŁATNE wypożyczenie. Oni zobaczą czy będą mogli i kiedy...
Na nic tłumaczenia, że miejsce w Hospicjum nie będzie czekać.

Odsłona3.
W księgowości szpitala młode panie patrzą ze współczuciem, dają mi papier, długopis, mówią co napisać.
Gdy słyszą, że ja nie oczekuję za darmo, że jestem gotowa zapłacić za transport, ale przecież nie wezmę taksówki bagażowej, ożywiają  się. Jedna otwiera internet. Coś wyszukuje, nie pytając o nic po prostu dzwoni...I umawia transport karetką z sanitariuszem (ktoś musi tę mamę znieść na noszach) na następny ranek.
Na skrawku papieru z podartego podania notuje mi telefony i adres "na wszelki wypadek".

Po całej tej szarpaninie mam ochotę rzucić się tym dziewczynom na szyję, kupić kwiaty, czekoladki, urządzić przyjęcie na ich cześć.
Nazajutrz przyjeżdżają dwaj młodzi (i przystojni, czy ta moja córka jest ślepa?!) panowie. Ratownicy medyczni jak się potem okazuje.
Mówią, że owszem klatka schodowa jest bardzo duża <oczy jak pięciokoronówki> ale nosze i tak nie przejdą. Trzeba na płachcie. Tak, zdają sobie sprawę z tego, że mama jest obolała i cierpi przy każdym ruchu, obiecują, że zrobią to tak szybko i tak delikatnie jak się da.
Wchodzimy do domu.
Witają się z półprzytomną mamą. Z uśmiechem, miękkimi głosami, głaszcząc po ramieniu. Przepraszają, że sprawią ból i znów obiecują zrobić to jak najszybciej i najdelikatniej.
Fachowo podkładają płachtę. Jeszcze chwila - jesteśmy w karetce, mama na noszach, troskliwie otulona kołdrą przez jednego z panów, bo zimno.
Pół godziny później mama leży w pokoju w Hospicjum na swoim, już, łóżku. Panowie jeszcze przepraszają, że nas pewnie wytrzęsło z tyłu, ale takie drogi...Koszt 180zł. Dla mnie na szczęście to nie jest wielki wydatek. Zapłaciłabym i tysiąc, gdyby było trzeba.
Lekarka, która ma dyżur, dr Kasia! wita się z mamą. Szybciutko dokonuje oględzin. Jest miła. Ciepła. Pełna troski, że boli. Myślę, że może udaje przed rodziną...Ale skoro udaje to jeszcze nie jest najgorsza. Bo się choć stara. Inni nawet nie udają.
No i nie ma tej maniery z liczbą mnogą "jak się czujemy?" "zjemy?"
Mówi do mamy: pani Halinko.
Mówi, że trzeba poczekać, bo wpisują dokumentację innego pacjenta i że zawoła. Wraca do siebie.
Kiedy ma dla mnie czas okazuje się, że dzieli pokój z panią urzędniczką, młodą dziewczyną. Obie wpisują różne dane, proszą mnie o podpisanie papierów, tłumaczą jak dziecku, cierpliwie i z uśmiechem. Cieszą się szczerze, gdy mówię, że piękny oddział, że miło.
- Staramy się, żeby było choć trochę zbliżone do warunków domowych.
No, aż tak to nie jest, ale jest czysto i NIE ŚMIERDZI szpitalem.
- Jeszcze tylko kotka brakuje - mówię (zawsze i wszędzie brakuje mi kotka)
Dziewczyna patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem i mówi z satysfakcją
- Ale mamy papugi -
Zbieram szczękę z podłogi.
A ta, ciesząc się z efektu dodaje niedbale:
- Kotek też miał być. Jedna pacjentka ubłagała panią ordynator. Tyle, że potem kotem się zawieruszył, pacjentka chyba zapomniała, a my na wszelki wypadek nie przypominamy.
Oddycham z ulgą. Mogę mieć nadzieję, że tu mamie krzywdy nie zrobią.
Gdy wracam do niej widzę, że jest już oporządzona fachowo. Umyta gdzie trzeba, nasmarowane gdzie trzeba. Śpi spokojnie.
Jednak w tej samej rzeczywistości, za te same pieniądze można zachować człowieczeństwo.
To krzepi.



Wnioski

takajedna_ja

ze strzępiących się myśli.
Że starość jest straszna. Ale choroba jeszcze straszniejsza. Oraz: co zrobić by zasłużyć sobie na łaskę szybkiej śmierci? Na zawał czy wylew. Tak pstryk i po wszystkim?
I jeszcze.
Co sądzę o eutanazji? Chyba bym chciała mieć taki wybór.

Zdobywcy bieguna

takajedna_ja

Odkrywcy mozolnie wspinali się pod górę. W sypiącym im w oczy śniegu, walczyli o każdy oddech,o każdy krok, o każdy metr. Cel leżał nieopodal. Taki bliski, a jednocześnie tak odległy. Wysmagany wichrami, pobielony mrozem i śniegiem, niezniszczalny i wieczny jak ziemia. Biegun.
Odkrywcy dyszeli ciężko, ich siły były na wyczerpaniu, ale wciąż goniła ich ta odwieczna, ludzka gorączka -ciekawość i chęc postawienia stopy tam, gdzie dotąd nie zrobił tego nikt.
Ich wierny przyjaciel, wielki, silny, kudłaty pies, szedł koło nich. Uwolniony, wreszcie!, od ładunku mógł skupić się na ludzkim stadzie, które powierzono jego pieczy. Wyznaczał szlak w przepaścistym śniegu, mobilizował przywódcę i pilnował najsłabszych człoków wyprawy, by nie zaginęli w zamieci.
A zamieć była potężna, jakby wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko odkrywcom.
Na próżno. Ostatnie kroki i oto są!
Zbyt wyczerpani by głośno cieszyć się z osiągnięcia, przystanęli w cichej satysfakcji kontemplując sukces. Wiatr jakby ucichł, a śnieg z wolna opadł na ziemię i tam został. Cisza dzwoniła w uszach, a przed oczami rozciągała się bezkresna biel.
A potem, gdy odpoczęli, nasycili oczy i dusze satysfakcją, gdy wetknęli swe flagi w  śnieg,  ruszyli dalej, przed siebie. Ku obozowi, ku odpoczynkowi, ku ciepłej strawie i ciepłu ognia, przy którym w długie zimowe wieczory będą przez wiele lat snuli swe wspomnienia...

 

Tak Zuzia zdobyła wczoraj Kinnekulle.
Powiadam wam.
Zabawa z wyobraźnią, jest lepsza od tysięcy gier, bajek, zabaw.
Te chwile to moja bateria na najbliższe dni.
Znów jadę do Polski. Pilnie. Do mamy.



A biednemu wiatr w hełm

takajedna_ja

Zrobiło się wiosennie. Temperatury plusowe, zniknął śnieg, pojawiły się kałuże, ale że jednocześnie słońce się pokazywało w ciągu dnia choćby na pół godzinki to nie narzekałam. Mokro, wietrznie i słonecznie, to wolę od biało i słonecznie.
No, fajnie było. Przez niecały tydzień.
We czwartej eM zaczął coś wspominać o samopoczuciu. A Zuzia wieziona z przedszkola na tańce powiedziała, że boli ją czoło.
Na wszelki wypadek udałam, że nie słyszę, bo w piątek miała być Zuzia i Małpi Gaj obiecany już dawno.
No i było wszystko co trzeba, a nawet więcej.
Zuzia zabierana od ojca, miała szkliste oczy. Co prawda mama-zastępcza mówiła, że Zuzia narzeka na ból gardła ale gorączki nie stwierdziła.
No ale pojechaliśmy.
Jak zawsze dziadziu był asystentem od szaleństw, a babcia sponsorem.
Po dwóch godzinach dzieciak zmarkotniał. Oczy się zrobiły jeszcze bardziej szkliste. Propozycja powrotu do domu przyjęta została jednomyślnie.
W domu rozłożyli się na amen oboje i eM i Zuzia.
Na placu boju zostałam ja i Pies.
Zuzię w sobotę rano odstawiliśmy do mamy. Ja się niemrawo zebrałam do prac domowych a eM po prostu się wyłączył.
Donosiłam mu tylko: aspirynę, sok z pomarańczy osobiście wyciśnięty, zupę ogórkową, chusteczki, ipren, alvedon, kompot, wodę i nie wiem co jeszcze...
W niedzielę pod wieczór eM był już całkiem ugotowany mimo wyjątkowo (jak na mnie) troskliwej opieki.
W poniedziałek rano, na skuterku było mi jakoś mało zimno. Przez chwilę. A potem bardzo zimno. A potem znów bardzo ciepło. I to takie dziwne uczucie w piersiach i pomiędzy łopatkami...
Jeszcze wieczorem poszłam z psem. Ale już wiedziałam, że noc, najdalej ranek będzie wesoły. Przewidująco poinformowałam zainteresowanych, że do pracy nie przyjdę.
W nocy obudziło mnie taka telepka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie miałam. Naprawdę nigdy nie widziałam, żeby mi się trzęsły usta i policzki. Dziwnie to było, podejrzewałam samą siebie o symulację i skarciłam za przesadę.
Od tej pory leżę plackiem.
eM poszedł do pracy wczoraj. Skaranie boskie z upartym, głupim chłopem. Kaszle tak, że aż mnie boli i jest słaby. Oblewa się potem i kręci mu się w głowie. Ale polazł do roboty, bo wszak gorączki nie ma to jest zdrowy, nie? A pieniądze potrzebne.
A ja leżę dzień trzeci. Jem jak opętana, więc nawet żadnej korzyści z choroby nie będzie, nie schudnę, nie ma o czym marzyć. Oraz faszeruję się co na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Jedna tableteczka, po trzech godzinach druga. Czekanie sześciu godzin, nie wchodzi w grę, znowu zaczyna telepać. I nic więcej! Trochę kaszlu z krtani. I ból stawów.
A tymczasem klientowi ktoś rozbił okno na parkingu i rąbnął torbę. Torba była pełna bo klient woził w niej prawie całe swoje szwedzkie życie. Wyglądała na taką co może zawierać co najmniej laptopa. Niestety - były tam same papiery. Dla złodzieja bezwartościowe, dla klienta jak wiadomo ważne. Różne tam dokumenty rejestracyjne firmy, zezwolenia i takie tam...
Z racji tego, że klient był w szoku ja zgłaszałam telefonicznie zdarzenie do policji.
I to jest ciekawe.
Zadzwoniłam. Czekałam chyba 10 minut gdy usłyszałam komunikat, że jeśli podam numer telefonu to oni do mnie oddzwonią jak przyjdzie moja kolej. Podałam. Oddzwonili za jakieś 15minut. Powiedziałam, że znajomy, a właściwie klient padł ofiarą włamania. Pani spisywała zeznanie. Na szczęście czekając na ich telefon próbowałam złożyć zawiadomienie online, więc wszystkie dane już miałam. Poszło nam sprawnie. Pani poprosiła o mój personnummer. Ja poprosiłam, żeby kopię zgłoszenia wysłała do mnie a nie do klienta. Chciałam podać adres ale pani już go miała. Zaśmiałam się.
-No tak, wystarczy personnummer i wiecie wszystko- powiedziałam radośnie i dodałam lizusowsko - Lubię ten system.
Pożegnałyśmy się.
A ja naprawdę lubię ten system "permanentnej inwigilacji". Może i jestem naiwna, ale co tam. Co mi szkodzi, że dzięki kilku cyfrom bank wie jaka jest moja sytuacja ekonomiczna, lekarz jak wygląda moje zdrowie a policjant gdzie mieszkam i czy mam coś na sumieniu?
Nie robię nic nielegalnego i nie zamierzam, nawet moralnie się prowadzę, to co mi tam? No dobra, mam pewien nieuczciwy związek z pewnym programem sygnowanym literą grecką, ale to całe moje przestępstwo.

Tak więc leżę.
Z nudów przejrzałam całą tablicę facebooka.
I nagle znalazłam artykuł, że policja zatrzymała 14 osób podejrzanych o przygotowywanie napadu na dom dla azylantów. W tej grupie większość stanowili Polacy.
Zagotowałam się! A tu pod linkiem komentarz, że biedne chłopaki i co za menda ich wsypała.
Biedne?! Dobrze im tak!
...Akurat, ci z tego domu napadli na siostrę jednego z zatrzymanych.
Od tego jest policja
...Policja nic nie robi...

Nie lubię pyskówek internetowych, przestałam zaglądać. Wyraziłam tylko zdanie, że rzeczywiście, do opinii o Polakach, że nieuki, złodzieje i pijaki brakuje jeszcze tylko tego, że i bandziory. Przyjadą tacy na "gościnne występy" a cenę za to zapłacą ci, co uczciwie i po cichu żyją swoim życiem.
Oraz, że równie dobrze, można napaść na cały blok bo jeden z mieszkańców napadł na czyjąś siostrę, więc można uznać, że cała kamienica jest winna.

Nie jestem fanką tych młodych mężczyzn, którzy przedarli się do Europy i chcą w niej wprowadzić swoje porządki. Ale staram się pamiętać, że w tej gromadzie są też ludzie uczciwi, ludzie, którzy po prostu ratowali życie swoje i swoich bliskich, są małe dzieci. Nie godzę się na samosądy. Nie godzę się na wrzucanie do jednego worka wszystkich ludzi o bardziej smagłej cerze.

I mogłabym jeszcze długo, ale właśnie zaczyna mnie znów telepać i zaczynam więdnąć.

Z listu do przyjaciółki

takajedna_ja
Łóżko załatwiłam tzn wypożyczyłam z takiej wypożyczalni. Tylko materac musiałam kupić, bo tego nie wypożyczają.
Materac 230, kaucja za łóżko400, wypożyczenie łóżka na 30dni 108zł. Łóżko elektryczne. Ale to brzmi, co?  Chodzi o to, że tę część pod głową można podnosić pilotem.
Moim zdaniem dużo wygodniejsze i dla chorego i dla opiekuna, bo z kółkami i podnoszonymi blokadami z boku, żeby chory nie wypadł.
Wróciłam wczoraj, ale jedną nogą jeszcze w Polsce. Jak zawsze. Kupiłam trochę książek w biedronce, kupiłam dwie bluzki, kilka gazet dla Marcina, bajki dla Zuzi, czesadło dla Toli. O. To dobre. Czesadło wyczesuje martwy włos i podszerstek. Tak napisane. Wczoraj po przyjeździe dla wypróbowania raz pociągnęłam po psie i na zgrzeble zostało mi tyle kłaków, ile na zwykłej szczotce po całym czesaniu. O! Zachwalała mi koleżanka oraz pani w sklepie, że systematyczne używanie minimalizuje ilość kłaków w domu. Są podobno wersje dla kota...
EM wykąpał psa w piątek, bo woniał niecnotliwe od czasu nieprzewidzianej kąpieli w jakimś kanale. Sierściuch jest teraz jak pluszowa maskotka: miękki i puszysty, a sierść ma jak z jedwabiu. Oraz wygląda jak prawdziwy, puchaty berneńczyk. Nareszcie :D 
...ale bardziej się cieszyła na widok eMa niż mój? A jego nie widziała tylko parę godzin, buuuu

Jechałam tramwajem. Nie powiem, cywilizacja! Nie rzuca, nie szarpie, nie śmierdzi. W środku czysto (pewnie jeszcze), Hołowczyc melduje każdą stację (chyba Hołowczyc), na przystanku biletomat, w środku też, w dodatku można płacić kartą! Podróż spod dworca do Galerii Warmińskiej niewiele ponad 10minut. Aaaaa, a na przystankach tak tramwajowych jak i autobusowych tablica wyświetla najbliższe kursy. Europa panie! Jedno ale...W internecie nie sprawdzisz sobie, czym np. dojechać z dworca do Galerii. Tzn sprawdzisz sobie, że np. tramwaj nr 1 jedzie z punktu A do punktu Z. Ale żeby zobaczyć co jest pomiędzy to musisz sobie otworzyć całą linię. I dopiero tam, jak przewertujesz całą trasę, to zobaczysz czy tą linią dojedziesz tam, dokąd chcesz. I tak z każdą linia tramwaju czy autobusu. Wyszukiwarka połączeń? Po co?
Albo taka Galeria Warmińska, stronę ma, a jakże...Na tej stronie wszystko, nawet mapa z googli. Tylko informacji CZYM dojechać to już nie...
No ale dotarłam jednakże do tej Galerii.
Też tak masz, że jeden dzień w Polsce MUSISZ połazić po sklepach, najlepiej sama? Ja muszę. Wchodzę do każdego sklepiku, biorę w ręce, oglądam, macam, wącham, odkładam. Albo staję przed półką i się gapię.
A jak już zdecyduję, że COŚ sobie kupię...Rozpacz! Tyle tego, że nie potrafię wybrać. Dostaję głupawki, nie wiem czego chcę, chcę wszystko, zapominam co sama ze sobą ustaliłam, dochodzę do wniosku, że może w innym sklepie znajdę coś jeszcze ładniejszego, a jakby nie to wrócę po to. Ostatecznie zapominam gdzie było to, co chciałam, a z nadmiaru możliwości w końcu nie kupuję.
Chciałam kupić sobie torebkę/torbę. I dupa. Ta ładna, ta śliczna, ta najpiękniejsza na świecie...No dobra. Ze dwie były takie, że jak tylko spojrzałam to wiedziałam TA i żadna inna. Niestety jak to zwykle bywa ceny też miały wyjątkowe. Kto do licha kupuje torebki za 500zł? W Polsce??? W Olsztynie???
A poza tym szczęka mi opadała co i rusz. W DM, przecież to małe, niebyt bogate miasteczko, na każdym kroku sklepy, sklepiki...Kręci się tam może jedna osoba a najczęściej tylko obsługa, towaru tyle, że przejść trudno...Jakim cudem to wszystko działa, zarabia na siebie?
 
No ale wróciłam do siebie. Mąż się chyba stęsknił, bo gadał do mnie całą drogę, kupił mi ciastka, wodę, cukierki.

Jak dobrze być w domu.

Z nudów

takajedna_ja

pobawiłam się jednym, niezbyt ciekawym zdjęciem.

O, takim:

 

Poprawiłam kolorystykę i pocięłam na kawałki.

 

 

A na koniec złożyłam.

 

Doprawdy, jakie rzeczy człek robi, gdy nie ma zajęcia...

A gdyby tak...?

takajedna_ja

Od poniedziałku budzi mnie warkot ciężkiego sprzętu i walenie. W mieszkaniu Zastępcy Pani Prezes trwa remont. I tak sobie marzę...
A jakbym zrobiła powtórkę z rozrywki? I tak jak Pani Prezes wraz ze swoim Zastępcą wtedy, 10 lat temu, ściągnęła teraz wszystkich miejskich radnych, policję, Dyrektora Budynków Komunalnych, burmistrza i wszelkich przyjaciół królika? Bo chyba się narusza konstrukcję budynku, jak my wtedy. A hałas jaki robiliśmy to było jedno popołudnie zbijania tynku...
Tak sobie tylko marzę, bo nie chce mi się. Może i byłabym mściwa, ale mi się nie chce. Znaczy, jestem przyzwoitym człowiekiem z lenistwa.
I dlatego wszelkiej maści jędze będą nadal miały się dobrze...

Przyjechałam i jestem

takajedna_ja

Stwierdzam, że pogoda jest świnia. Już mogłabym wybaczyć, że nie ma słońca. Ale odwilż?! Ta zgnilizna oblepiająca ciało, kasza po kostki na chodnikach, stopy w związku z tym natychmiast zmarznięte, przegrzane górą busy i zimno śmigające po nogach.
A mnie się wydawało, że zima nie taka zła?
Może i nie, ale nie tu.
TAM nie ma soli w mieście, śnieg na chodnikach ubity, posypany żwirem, więc nie ma kaszy. Busów nie używam, bo albo używam nóg albo samochodu. Tylko odwilż w powietrzu i kolorycie jest tak samo "łobziedliwa".
A poza tym ciągnie mnie do sklepów jakbym przyjechała z Polski lat osiemdziesiątych do kraju zza żelaznej kurtyny.
Sklepy ciuchowe jeszcze jako tako omijam, bo i tak we wszystkim będę wyglądała tak samo czyli GRUBO. Ale już buty...i torby...To co innego. Nie wspominam o księgarni, bo już to jedno słowo sprawia, że mój portfel zaczyna sobie kręcić sznurek, a karty pierzchają w popłochu.
W księgarni spędziłam wczoraj chyba z godzinę. WSZYTKO bym chciała, nawet to, czego bym nie chciała!
Brałam w rękę, odkładałam, obchodziłam półkę w koło, i znowu brałam coś w rękę...
Cierpliwa Agnieszka z tyłu z mną. Cierpliwa..! Wrednie mi jeszcze pokazywała, że jeszcze to powinaś przeczytać, i to, i tamto, i tego autora sobie zapamiętaj i tę serię. Na koniec dodając sadystycznie "no ja nie kupuję, pożyczam z biblioteki".
Czy ktoś rozumie ten skrajny sadyzm? A czy ktoś zrozumie, że chętnie poddałabym się tej operacji jeszcze nie raz a wiele razy.
Ja jestem dziecko komuny! Ja mam ciągle syndrom niespełnionych marzeń! O ile w każdym innym sklepie potrafię się opanować o tyle w księgarniach, sklepach z materiałami "piśmiennymi" oraz tekstylno-pasmanteryjnych dostaję małpiego rozumu. Nawet jak wchodzę po jedną, konkretną rzecz, to w środku głupieję, zapominam czego chciałam, bo chcę WSZYSTKO! Przy czym ma to zastosowanie wyłącznie w Polsce ( z wyjątkiem sklepów tekstylnych, bo tych w okolicach Miasteczka nie znalazłam). Na Wsi* wyboru nie ma. Każdy może sobie sobie kupić zeszyt jaki chce pod warunkiem, że będzie czarny, biały lub zielony.

Wreszcie zostałam wyciągnięta z księgarni i zaciągnięta do jadłodajni.  Różnej maści kluski i pierogi (tylko czemu nie RUSKIE?czemu???), obok jakieś slow food, dalej mcdonalds, KFC i coś tam jeszcze...I znowu: na WSI nie ma tak dobrze. W zasadzie masz do wyboru rybę, stek albo pizzę. I czy to jest nad morzem czy nad jeziorem, czy knajpa nazywa się Roma czy Cyrano wszędzie żarcie jest to samo i takie samo. I nic dla człeka, który nie po to idzie coś zjeść w mieście, żeby jeść mięso czy rybę.
A z jadłodajni poszłyśmy do kina.
I tu sobie uświadomiłam, że moja pierwsza ksywa internetowa "prowincjuszka" stała się moim nomen omen. Szfak. W kinie ostatni raz byłam ...A tak coś około ośmiu lat temu! Niemal w tym samym składzie, zresztą. Nawet nie wiedziałam czy dam radę film oglądać i czytać napisy. Bo może okulary mam za mocne. Albo za słabe. Okazało się, że wcale mi nie były potrzebne. Trudno było mi tylko ogarnąć jednym spojrzeniem i ekran i napisy. Na początku znaczy, bo potem mózg się nauczył.
Najlepszy był pan bileter, który się zdziwił, że chcemy wejść na reklamy. Na reklamy?! Widać nie było po mnie widać, żem ze Wsi.

...O trudnych sprawach pomyślę kiedy indziej.
Tylko zanotuję
...Odkryłam, że czytanie na głos może być fajne.
Oraz zapytam: skąd wziąć szpitalne łóżko i czy można je pożyczyć z materacem? Oraz od razu?

*Na Wsi oznacza całą Szwecję 

Zima, jest zima

takajedna_ja

Ostatnie lata zimy nie było. A w tym roku przyszła. Mrozi (któregoś ranka było -13!), śniegiem podsypuje i nie wieje. W sklepie, co rano można gruz i błoto szpadlami przerzucać (przesadzam, ale tylko troszeczkę).
Słońce nieśmiało wygląda i świat robi się ładniejszy.
Pies szaleje na śniegu, węszy, tarza się, gania za śnieżkami, rozkopuje i w ogóle ma uciechę nie z tej ziemi. Na szkolnym boisku, na które chodzimy co rano żeby się pobawić, ktoś ulepił i zostawił wielką kulę śnieżną. Tola najpierw ją próbowała oblizać, a potem po prostu na tę kulę wlazła. I włazi za każdym razem. Tak ma. Lubi włazić na różne podwyższenia. Głazy, cokoły, ławki.
Jak w psiej szkole, którą zaczęliśmy w ostatnią środę.
Kiedy któreś z nas, eM albo ja, przysiadło na ławce, Tola natychmiast pakowała swój zadek obok. No bo przecież w domu też zawsze siedzi obok mnie na  ławce w kuchni.

Szkoła dała nam wskazówki jak ćwiczyć z Tolą nawiązywanie kontaktu i ćwiczymy. W domu Tola jest pojętna i zainteresowana. W szkole...Gdyby była dzieckiem niechybnie zostałaby odesłana do szkolnego psychologa w celu potwierdzenia diagnozy ADHD. Wyrywała się, piszczała, zaczepiała wszystkich w około niezależnie od ilości nóg, była podekscytowana i kompletnie nie zainteresowana zajęciami i ćwiczeniami. Serek bądź kiełbaskę wyjadała z rączki, a jakże..i tyle było jej zainteresowania przedmiotem. No, świadectwa z czerwonym paskiem to to "dziecko" z pewnością nie otrzyma.
Tak więc ćwiczymy w domu i na spacerach.
Następna lekcja już w środę. I zobaczymy.

Mama już w domu. W niedzielę udało mi się porozmawiać z lekarzem.
Tylko dlaczego lekarze przybierają taki ..."inkwizytorski" ton? Moja matka ma 74 lata. Jest wciąż jeszcze sprawna na umyśle, nawet jeśli czasem gubi wątek lub mówi nie to co zamierzała. Dlaczego więc lekarz mnie pyta tym tonem kiedy ją ostatnio widziałam i dlaczego nie poszłam z nią do pulmonologa.
...Ech...W Szwecji nawet do ewidentnie lekceważącego zalecenia pacjenta nikt nie zwróciłby się takim tonem. Nie wolno. Nie wolno być protekcjonalnym, oceniającym, krytycznym do nikogo a już na pewno nie do osoby chorej i jej rodziny.
No trudno, tak jest i trzeba jeszcze sporo czasu by się zmieniło.
W poniedziałek mamę zoperowano - noga była złamana w biodrze. A we wtorek, późnym wieczorem mama już była w domu.
Gdy zadzwoniłam, usłyszałam:
- Znowu masz przeze mnie kłopoty...

Cholera. Na ile jej decyzja o nieleczeniu się wynika z niechęci do "sprawiania kłopotu"?
Niby w lipcu prosiłam o konsultację z psychologiem/psychiatrą, ale wtedy mama była tak zagubiona, że prawie nie pamięta co się działo.
Myślę sobie, że może jak tam będę to poproszę jakiegoś psychologa o wizytę domową? A może księdza? Księdzu by się może wyspowiadała. Przed psychologiem raczej tego nie zrobi. Tylko to musiałby być naprawdę mądry ksiądz, pełen empatii.
Niełatwe.
Nie ma już we mnie złości na nią, gdy widzę i słyszę jak gaśnie, oddala się od tego świata. Nie ma też we mnie takiego żalu, przerażenia, jak wtedy gdy odchodziła Baśka. Patrzę na mamę i nie widzę matki, tylko starego, samotnego do bólu człowieka, który sam zmarnował sobie życie. Co czuję? Współczucie, smutek, że mogło być inaczej gdyby tylko...
I tak to się życie plecie.
A Zuzi rusza się pierwszy ząbek. Dolna jedynka. I coraz częściej zamiast "lowel" mówi "rower" choć to R jeszcze nie takie całkiem warczące, ale jest już blisko, blisko, dosłownie na końcu języka.
To JUŻ??? Kiedy zleciało to pięć i pół roku. A pamiętam jak wczoraj moje przerażenie, gdy Misia powiedziała, że jest w ciąży.

 

Śnieg

takajedna_ja

Mamy zimę.
Plus - jest jaśniej.
Minus - jest brudniej.
Fakt: Tola kocha śnieg od pierwszego wejrzenia, miłością niezmierzoną.
Fakt2: Tola boi się pługów. Tak, nawet kiedy jest w domu.

Śniegu napadało dużo w ciągu ostatnich godzin, więc czekamy tylko aż eM wstanie i jedziemy. On na narty, Tola pomyszkować, ja połazić z aparatem.
A tymczasem rzeczywistość...

Zgłosiły się do mnie dwie osoby, którym trzeba najpierw zarejestrować, potem poksięgować. To dobra wiadomość.
Zła:mama chyba złamała nogę, wywieźli ją do szpitala w Biskupcu. Jej komórka padła, opiekunka inteligentnie zostawiła swój nr telefonu w maminej torebce licząc na to, że ktoś się domyśli. W związku z tym nie wiem co się dzieje. Oczywiście spróbuję zadzwonić dzisiaj, ale pomna sytuacji z lipca, już na zapas pytam: macie może kogoś znajomego w szpitalu w Biskupcu (warmińsko-mazurskie) kto zechciałby udzielić mi informacji o stanie matki?
I dlaczego do Biskupca?! Olsztyn jest dużo bliżej.
Za dwa tygodnie jadę do Polski, jak ja do tego Biskupca dojadę?

Uch...polska, trudna rzeczywistość.

Na pociesznie jeszcze kilka fotek sprzed trzech dni, kiedy pojechaliśmy na Kinnekulle.

Tola z miną a la Masza

a słońce już zachodziło

dzięki czemu świat nabrał zupełnie innego kolorytu

i na górze

 

i na dole

A wracając znowu uwieczniłam "moje" drzewo. Dąb Niesamowity

Tola

takajedna_ja

Tola wkrótce skończy 10 miesięcy.
Jest duża, grzbietem sięga mi do połowy uda, ma wielki łeb i grubaśne łapy. Jest trochę nieproporcjonalnie długa, berneńczyki są chyba bardziej kwadratowe, Tola jest prostokątna. Ma niezbyt długą sierść, pofalowaną, puszystą, miękką jak kocia, lekką, fruwającą wszędzie. Ani Sary, ani Kociej sierści nie znajdowałam np. w szufladach górnych. Toli sierść jest wszędzie i nie sposób tego opanować. Jeden dzień bez odkurzania i dom wygląda na zapuszczony. Może powinnam ją regularnie czesać?
Oczywiście umaszczenie Tola ma typowe dla berneńczyka. Białe skarpetki, krawat, czubek ogona i kufa. Od kufy do czoła przechodzi biała kreska, która przedzielona czarną kępką, zmienia się w białą plamkę. Kufa jest poznaczona czarnymi i brązowymi kropkami. Biel sięga do połowy warg, dalej jest brąz. Nad oczami brązowe plamki, jak brwi. Brązowe są też łapy przednie i tylne, brąz przechodzi też lekko na brzuch i klatkę piersiową. Pod ogonem ma brązowy krzyżyk, którego środek wyznacza odbyt.
Ogon jest lekko wygięty, Tola nosi go wysoko, jak chorągiewkę.
Charakter.
Na razie ma przydomek Wariatka, co mówi samo za siebie.
Jest postrzelona, trochę nieobliczalna, radosna i pełna miłości do wszystkich. Wystarczy jedno spojrzenie, słowo, gest a już kocha całym sercem, daje buziaki i przytulaski.
Jest też moim pierwszym psem, który ma swoje zdanie!
Jeśli na spacerze idziemy nie tam, gdzie ona chce to się kładzie i nie ma siły, która ją ruszy. Na szczęście łatwo ją oszukać. Jest czujna, ale nie szczekająca. O tym, że do bloku wchodzi ktoś obcy informuje jednym szczeknięciem lub warczeniem. Na pukanie czy dzwonek do drzwi reaguje radością. Na szczęście wyrażaną skakaniem i merdaniem ogona, a nie szczekaniem.
Generalnie jest cichym psem.
Uwielbia być w centrum zainteresowania. Ona i ludzkie stado dookoła sprawia, że traci głowę ze szczęścia, rzuca się na wszystkich z miłością, potrafi wtedy nawet dość boleśnie uszczypnąć zębami, co zdaje się jest jej sposobem na nadmiar uczuć. Jak dziecko, które ściska z całej siły, żeby pokazać jak mocno kocha.
Ulubione rzeczy to Toli to wszelkiej maści szmaty i papiery. Rwanie, szarpanie, tarmoszenie, żucie. Szmaty są pyszne, ale papier to przysmak! Szczególnie biały. Na spacerach trzeba pilnować i w porę wołać "fuj" bo inaczej pożarłaby wszystko białego co napotka na swojej drodze.
Tola uwielbia też gałęzie. Nawet najgrubszą potrafi rozgryźć w try miga.
Na spacerach uwielbia myszkować dookoła. Puszczona wolno znika w chaszczach, ale co chwilę wraca. Gdy stado się rozdzieli - Tola biega od jednego do drugiego i wydaje się być zaniepokojona tym faktem.
Uwielbia włazić na różne podwyższenia: ławki w parku, wielkie głazy, zwalone pnie. Lubi być wyżej, chyba ma to związek z łatwością obserwowania otoczenia.
Jest też nieco strachliwa. Boi się odkurzacza, nie przejdzie obok jeśli na ziemi, na jej drodze, leży kabel od odkurzacza. Boi się także mopa. Ciekawią ją duże maszyny, ale nie ma odwagi podejść bliżej niż na odległość kilku metrów. Myślę, że jej strachliwość bierze się ze słabej socjalizacji we wczesnym szczenięctwie. Tola, do czwartego miesiąca, wyrastała w psim raju. Ogromny wybieg, towarzystwo koni, kucyków, ptactwa domowego, yorka oraz mamy i taty. Teraz położony na osiedlu w lesie, gdzie poza mieszkańcami nikt nie przyjeżdżał. Miała spokój, wolność i przestrzeń. Ale za mało bodźców, za mało ludzi i obcowania z ludźmi. To sprawia, że jest trochę bojaźliwsza oraz trudniejsza w opanowaniu, tak sądzę.
Jest zazdrosna o Zuzię. Kiedy Zuzia jest u nas Toli największym dylematem jest: co zrobić, żeby Zuzia nie siedziała ani koło pańci, ani koło pańcia, czyli innymi słowy: jak sie rozdwoić, żeby odseparować Zuzię. Mimo zazdrości, Zuzia jest członkiem stada, tylko Tola spycha ją na najniższe miejsce hierarchi. Za jakiś czas zapewne się nauczy, że Zuzia jest wyżej od niej, ale póki co walczy o swój status na przykład kładąc się dokładnie w tym samym miejscu gdzie leży Zuzia (czyt.na Zuzi).
Generalnie pies jest kochany, zabawny i przytulny. Choć myśląc o dużym psie nie wzięliśmy pod uwagę tego, że fizycznie rośnie szybciej niż psychicznie. W związku z tym, że pies ma posturę psa dorosłego, a umysł szczeniaka są jeszcze czasem kłopoty z utrzymaniem jej w ryzach podczas spaceru po mieście.

I apiać od nowa (odnowa?)

takajedna_ja

Nie robiłam podsumowań, postanowień od lat co najmniej kilkudziesięciu. I oto mi się zachciało.
Postanowić, że będę więcej czytać, bo 32 książki w roku to mało, a czasu ubywa.
Że będę mniej czasu trwonić na demotywatory czy inne soki z buraka, bo czasu coraz mniej.
Że będę za to pisać więcej i staranniej. Nie tylko na blogu. Bo, jak wyżej.
Że zrobię sobie odwyk od słodyczy i może wreszcie schudnę?

...Pies mnie szczypie, bo dziś, w ramach celebracji Nowego Roku, pierwszej od lat, postanowiłam wypełnić choćby niektóre wróżby.  I tak. Majtki założyłam malinowe, bo czerwonych to w Szwecji nie uświadczysz, a podobno trzeba mieć nowe i czerwone, żeby się w nowym roku darzyło. Oraz nie tknęłam palcem sprzątania i gotowania, bo co robisz w Nowy Rok to ponoć robić będziesz rok cały. W związku z tym, sorry Pies, pożarłaś wczoraj całą kaszę to dziś masz chrupki. Bo najbardziej ze wszystkiego nie znoszę sprzątać i gotować. Ale lubię mieć sprzątnięte i lubię niektóre potrawy.
Ja nie wiem o co mi chodzi, co mi chodzi po głowie w tym roku, bo po raz pierwszy od dawna chcę zakląć przyszłość, coś zaczarować, wyczarować, na coś jeszcze czekać.

A tymczasem Sylwester jak zwykle z Zuzką.
eM zabrał małą na fajerwerki o północy, ale ja nie znoszę strzelania, bo nie mogę pozbyć się z pamięci stada kawek lecących nisko nad ziemią, na oślep...I już nie lubię fajerwerków. Nie poszłam, wykręcając się psem, który mógłby dostać paniki na tę kanonadę.
Za to wcześniej poszliśmy na ciemną plażę, z zimnymi ogniami, świecącymi pałeczkami i bawiliśmy się światłem.
Zabawa była super. Tylko nie pomyślałam, żeby zrobić światełko do nieba. Ale to innym razem.
Aparat zarejestrował naszą zabawę, choć nie pomyślałam, że trzeba się skupić na ostrości, więc efekty nie powalają. Ale zabawa podobała się i dużym i małej.

eM kręci kółka kółkiem z pałeczek fluoroscencyjnych

Zuzia po kilku próbach nauczyła się machać zimnymi ogniami

Dziadek, Wnuczka i w/w pałeczki

 

Miasto malowane światłem

 

No to tego...
Niech się Wam darzy ten 2016

© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci