Menu

I cóż, że ze Szwecji

Na bloxie od 11.11.2004!

Śnieg za oknem

takajedna_ja

a ja mam dylemat: cieszyć się pięknem czy wkurzać, że jutro ręce sobie po łokcie urobię.
Postanowiłam żyć chwilą i się cieszyć. A co tam. Powkurzam się jutro...
Święta przeleciały.
Czas tuż przed nimi...Nie wiem jak to się stało, ale byłam tak zmęczona, zniechęcona, logistycznie niezorganizowana, że wcale mnie te święta nie cieszyły. Być może za sprawą braku snu. Mimo sertraliny wciąż łykanej, po prostu przestałam spać...Sęk w tym, że spać mi się chciało, tylko to spanie nie wychodziło. W skrócie to tak, jakby ktoś jednocześnie naciskał gaz i hamulec w samochodzie.
Zuzia była całe prawie święta, a ja się nie cieszyłam tylko powstrzymywałam przed zagryzieniem całej rodziny z ukochanym psiuńciem na czele.
Święta minęły, problem ze spaniem został jak na razie. Jak nie przejdzie, po nowym roku, trzeba będzie do lekarza.
O mój boże jaka ja stara jestem! Nic, tylko tu mnie boli, tu mnie strzyka.
Coś muszę zmienić do następnych świąt.
Nie wiem co, nie wiem jak.
Na razie mam chęć uciec na południe, tylko portfel niestety trzyma na smyczy.

I w zasadzie to wszystko co się dzieje.
A, nie!
Po raz pierwszy od lat gadałam z moją dawną przyjaciółką Gośką Z. Przez Skype i bez kamerki, ale i tak...
Generalnie nie jestem za powrotami do przeszłości, bo ludzie się zmieniają i po 25 latach są kimś zupełnie innym. Kilka razy zafundowałam sobie takie powroty i skończyło się rozczarowaniem. Ale sentyment, to sentyment. Chce się wiedzieć, jak też się, kiedyś tak bardzo bliskiemu człowiekowi życie potoczyło.
Niewiele jest takich osób, które z niebytu przeszłości chciałabym wyciągnąć, ale kilka sztuk by się znalazło.
Gośka jest jedną z takich osób.
Gośkę los dał mi zamiast.
W klasie siódmej, zaraz na początku roku, nowy nauczyciel zrobił sprawdzian naszej wiedzy z fizyki z poprzedniego roku. Wszyscy prawie dostali dwóje lub jakieś marne trójczyny na szynach. Tylko jeden Adam dostał czwórkę.
(Młodzieży wyjaśniam, że było to w czasach, gdy skala była czterostopniowa od najlepszej piątki po najgorszą dwóję)
Adam siedział za mną i gdy się odwróciłam, żeby zobaczyć kim jest ów geniusz wpadłam z kretesem: blond czupryna i przepaściste niebieskie oczy.
Kochałam się w nim lat kilka, bez wzajemności oczywiście, dzięki czemu mogłam równocześnie darzyć uczuciem innych kolegów. No co. Kochliwa byłam jak Pan Wołodyjowski.
Gośka pojawiła się w tym samym roku, gdym zaczęła mą edukację w szkole zawodowej rolniczej. Całe prawie lato ubolewałam, że oto Adam znika z mojego życia i co to będzie. A tu pierwszego dnia szkoły niespodzianka- Gośka, starsza siostra Adama, okazała się być nową klasową koleżanką mojej siostry, Baśki.
I tak się zaczęło.
Fascynacja Adasiem była przez kilka lat w tle, ale Gośka w krótkim czasie z narzędzia służącego do osiągnięcia celu, stała się celem samym w sobie.
Inteligentna, złośliwa, zakompleksiona, oddana, z niesamowitym, zgryźliwym poczuciem humoru, pracowita i odpowiedzialna. To, czego nie nauczyła mnie Baśka, nauczyła Gośka. Jej powiedzonka do dziś funkcjonują w moim leksykonie.
Drogi nam się w którymś momencie rozjechały, chyba z mojej winy. Chyba za bardzo uwierzyłam, że będzie zawsze na miejscu, pod ręką, przestałam dbać o tę relację...Głupia byłam jak but, miałam dwadzieścia parę lat, życia uczyłam się z książek i od starszych koleżanek, nikt mi nigdy nie powiedział, że dobra przyjaciółka jest warta więcej niż tuzin romansów.
No i zawsze myślałam, że dla Gośki byłam głupią Kaśką, na którą też przystała "zamiast". Zamiast Baśki. Bo o Baśkę każdy zabiegał, a ja byłam drogą do niej. Tak sądziłam...
Melanże uczuciowe z tamtych lat...
Dopiero po latach, gdy odzywają się właśnie starzy znajomi widzę zupełnie inną Kaśkę niż tamtą, którą mam w głowie.
Kaśka odważna. Kaśka niesamowicie inteligentna. Kaśka śliczna. Kaśka niezależna. Kaśka pewna siebie i przebojowa.
To JA???! Taka byłam?
Oglądam nieliczne zdjęcia sprzed trzydziestu lat i patrzę na tę śliczną dziewczynę.
Ślepa byłam?! Średniego wzrostu, bardzo szczupła, z ogromnymi piwnymi oczami, z burzą kasztanowych włosów, z pięknym biustem, zgrabnymi nogami.
Ja widziałam tylko krzywy nos, za długą szyję, wielkie cycki, owłosione nogi i wciąż pękające pięty.
Jedyne co w sobie akceptowałam to włosy i inteligencję (choć tej ostatniej do dziś nie jestem zbyt pewna).

Gadałyśmy sobie z Gośką przez Skype ponad godzinę. Tak zwyczajnie, o wszystkim. O Adamie trochę też naturalnie.
Inny głos, niż ten, który pamiętam. Łagodniejsze osądy. Ciekawa jestem co  z niej wyrosło.
 

 

Zgadnij, co...

takajedna_ja

Kiedy zasiadam do pierwszej porannej kawy to znaczy, że wstałam już dobre 10minut wcześniej, pies jest wysikany, łóżko zasłane, a na nogach tkwią skarpety (jeśli to zima). I jeśli wtedy nadal nie czuję bólu, to wnioski są dwa: Przestało padać! oraz Mróz! Co w sumie mogłabym stwierdzić będąc na psim porannym sikaniu, ale raczej nie stwierdzam gdyż jakaś część mego mózgu nadal śpi.
Powinnam się chyba przenieść bardziej na północ, skoro południe Europy oraz Wyspy Kanaryjskie są dla mnie nieprzystępne cenowo i językowo.
Tylko wtedy jest "dylemat szczęścia i obowiązku" jak mawiał mój kolega.
Wybrać co wolę ból bez depresji czy depresję bez bólu? Gdyż na północy jak wiadomo słońca zimą nie za wiele a ja światłolubna jestem. Oraz na północy nie ma co liczyć na uprawiane miejscowo pomidory, paprykę i inne takie, które są w zasadzie, obok pszenicy, podstawą mojego żywienia. Jasne, że są importowane z Holandii, jak w całej Europie, ale ich smak w niczym nie przypomina smaku tych, z babcinego ogródka. Ech...
No mówię, dylemat szczęścia i obowiązku. Choć trudno tu ustalić cy brak bólu jest szczęściem czy obowiązkiem.

Zafundowałam sobie wolną sobotę z okazji wczorajszego Julbord, którą to imprezę zafundował nam pracodawca eMa. W H&M na dziale "MAMA" wynalazłam bluzkę czarną w białe i niebieskie gwiazdki, która pomieściła nie tylko mnie ale i mój biust, jednocześnie zachowując rękaw tam, gdzie się znajdować powinien czyli pod pachą a nie w pasie. Wow!
W czarnych butach, spodniach, bluzce, włosach wyglądałam jak ciężkiej żałobie. Dorzuciłam do tego zatem własnoręcznie uszyty komin z czerwonej koronki. Było lepiej. Już nie wyglądałam jak wdowa. Bardziej jak Arabka. Trudno uha-ha. Komin miał tę zaletę, ze grzał mi zmasakrowany odcinek C7, który choć uspokaja się przy mrozie, ale zimna nie lubi, oj nie. Kopie wtedy ze zdwojoną siłą w nerw, który rezonuje do wszystkich stawów, a te przekazują bodźce dalej, aż do czubków palców.
Ale ja nie o tym przecież.
Zatem ubrałam się, umalowałam, przygotowałam mentalnie na zderzenie z tłumem oraz, jako zadość uczynienie za wysiłek, obiecałam sobie wyżerkę.
Bo jakby nie było to na każdej imprezie w Szwecji musi być sałatka ziemniaczana. Oraz ziemniaczki zapiekane w kwaśnej śmietanie z serem. I ryż z pomarańczami, jeśli to zima.
I co?
Zawiodłam się setnie. Sałatka była bez smaku, ziemniaczków zapiekanych wcale, ryż też bez smaku, i nawet sos owocowy tego nie poprawił. Za to wszelkiej maści kremy i ciasta były tak słodkie, że poza cukrem nie było czuć nic innego.
Jak to dobrze, że przyjechaliśmy własnym samochodem- mogliśmy się zebrać do domu jak tylko się nam zachciało. A zachciało o 21 już. O 21.30 byliśmy w domu. Dałam wytchnąć plecom na moim fotelu.
Czy pisałam, że kupiłam sobie fotel? Taki prawdziwy, babciny. Przepastny, z podnóżkiem, który mi służy za stoliczek i z zagłówkiem.


Niestety, jak widać,  fotel dzieli los ławki kuchennej, którą też kupiłam dla siebie a potem o jej skrawek musiałam walczyć najpierw w Kociem a teraz z Psicą.
A Psica jak też widać słusznych rozmiarów jest. Na rączki się jej nie weźmie i nie przeniesie w inne miejsce. A miejsca na drugi fotel brak.
Jak nauczyć Zwierza, że gdy mówię: wynocha, to nie jest twoje miejsce, to radosne merdanie ogonem, lizanie po twarzy, fundowanie łapy oraz przybijanie piątki nie jest tą reakcją, jakiej oczekuję? Psica, która normalnie jest inteligentna i uczy się błyskawicznie w tym wypadku kompletnie nie rozumie ani subtelnego gestu ręką, ani nie subtelnego spychania. Patrzy na mnie niewinnie i pyta wzrokiem: Ale co ci chodzi? Przecież siedzę. Grzecznie siedzę. Nie gryzę niczego. Nie jem tego, czego nie lubisz. Masz jakiś problem? Chyba ze sobą KOBIETO?

A jak przyszła Zuzia co się działo!
Zuzia na rączki, Psica też na rączki. Na kolanka? Psica też. Przytulić się? Naturalnie, że tak. I okazało się, że nie wiadomo jakim cudem mam tylko jedną stronę. Jedną. Tą, z której jest Zuzia. I Pies koniecznie, ale to koniecznie musiał...
...Kocio przynajmniej był mniejszy...

 


 

Naprawdę nie wiem jaki tytuł...

takajedna_ja

Tola leży na moim łóżku i obgryza butelkę po napoju. eM początkowo protestował przed dawaniem jej butelek do zabawy bo chyba jeszcze nie wyrósł z dziecięcego etapu sprzedawania butelek (sprzedawaliście? ja tak. za dziesięć butelek dostawało się 10zeta, a tyle kosztowała czekolada, poza tym za butelki kupiłam sobie swoją pierwszą i jedyną lalkę z długimi, prawdziwymi włosami). Zatem eM nie wyrósł z tego etapu i kiedy specjalnie, niby przypadkiem, zostawiałam butelke w zasięgu zębów Psicy mąż natychmiast reagował:
-To dwie korony! - i odbierał dziecku cukierka. Bo Tola butelki kocha. Bardziej od butelek kocha tylko smoczki dziecięce. Pewnie dlatego, że te rekwirujemy natychmiast i bezwzględnie - są małe, a Toli paszcza wielka i łatwo o nieszczęście.
Wreszcie udało mi się eMa przekonać, że co prawda skarb w postaci butelki to 2 korony, ale kolejna zabawka dla Psicy to co najmniej 50.
Prócz smoczków i butelek Tola kocha plastikowe kapcie. Takie zwykłe, moja, kupione w Polsce za 15zł. Ale i Pańciowymi Crocksami nie pogardzi. Przy czym ich nie niszczy za bardzo, jedynie żuje.
Prócz smoczków, butelek i kapci Tola uwielbia jeszcze papier, ze szczególnym uwzględnieniem chusteczek higienicznych. Zostawiona nieopatrznie chusteczka zmienia się natychmiast w strzępki. W podkradaniu tego Tola jest mistrzem szybkości i przebiegłości.
Najmniej fajne zabawki to te, przeznaczone dla niej. Węzełek? Piłka? Szmaciana obręcz? Nie rozśmieszaj psa.
Jak dziecko.Jak dziecko.
My też jesteśmy jak dzieci.
Święta idą. Całe miasto jarzy się światełkami. Na balkonach przybywa ozdób. To już nie udająca igliwie girlanda. To już kilka rzędów światełek. Do tego różne inne akcesoria - choinki, bałwanki, mikołaje, w oknach gwiazdy, adwentowe świeczki, latarenki z ledowymi lub prawdziwymi świeczkami...
Więc my też.
Najpierw była same świeczki, ale gasły. Wiadomo: deszcz, wiatr...Kupiliśmy latarenki. Potem zapletliśmy girlandę wokół barierki. Ale jakoś mało było. Przy okazji zakupów zajrzeliśmy do na dział z ozdobami.
Zaproponowałam kolorowe, dość stonowane światełka wokół okna. Ale eM zobaczył świecące misie polarne, mikołaje, koziołki...Duże były koszmarnie drogie (oraz koszmarnie tandetnie wyglądały, ale co robić). Małe były tańsze i ich jarmarczność malała adekwatnie do gabarytów. eM miał błysk w oku. Westchnęłam.
- Światełka i mały miś? -zaproponowałam.
- To razem będzie tyle co duży miś - obliczył natychmiast.
Zgadnijcie co teraz stoi dumnie na balkonie?
Mówcie mi: Pani Griswoldowo.
Ale Boże Narodzenie jest takie trochę kiczowate, więc niech już tak będzie. I tak udało mi się uniknąć zakupienia kolejnego zestawu ozdób choinkowych. Jak dotąd przynajmniej...
Adwent w Szwecji jest radosny, choć aura nas nie rozpieszcza. W ostatni poniedziałek mieliśmy zimę. Zimę, która chyba tym razem zaskoczyła drogowców. Poranna droga do pracy i z powrotem była koszmarem. Zamarznięta gruda na chodniku, rozdyźdana breja na jezdni zepchnięta pieczołowicie na przejścia dla pieszych oraz przejazdy dla rowerów. Oraz wiatr; miał imię, ale mi wyleciało.
Dwa dni było spokoju a teraz atakuje Helga. Wściekła, dodałabym, bo takiej wichury -silnej i długotrwałej nie pamiętam.
Sezon na Julbord trwa.
Zaliczyłam ten najważniejszy dla mnie, w Fotoklubie.
Znów siedziałam w kąciku, nie odzywałam się nie pytana, pytana gotowa byłam zagadać na śmierć. Moja historyjka o Karpiu i mamusi jakoś nie wzbudziła uśmiechów a jedynie...zgorszenie. Winą był mój język czy inna mentalność, która każe uważać na uczucia dzieci?
Zastanawiałam się czemu Fotoklub jest dla mnie taki ważny. I chyba już wiem. Fotografia jest dla mnie ważna. Stała się ważniejsza od..bloga, od pisania. Chyba dlatego, że mój szwedzki do pięt nie dorasta polskiemu. Zatem nie mogę pokazać siebie i swojego świata za pomocą słów. Więc zastępuje to obraz. Coraz lepszy obraz, dodam nieskromnie.
Z okazji Julbord u fotografów zrobiłam sobie nowy image. Ścięłam włosy w modnego boba, ufarbowałam na gorzką czekoladę i...voila:

O koszmarnym bólu ramienia i ręki, bólu nie dającym spać, bólu wyciskającym łzy z oczy, bólu nie dającym się ukoić ibupromem - nie chcę pisać. Powiem tylko, że ćwiczę, biegam do fizjo, szukam yogi.
Tak samo jak nie chcę pisać o tym, że lek ostatniej szansy u eMa nie przyniósł żadnego efektu, więc następna w kolejce jest operacja...
Nie chcę tez pisać o coraz słabszej mamie, która czasami nie ma siły wstać z łóżka.
Nie chcę o tym pisać, ani myśleć.
Nie teraz. Pomyślę o tym po świętach.

Utyskiwania

takajedna_ja

Psia kość.
To chyba prawda, że jak masz powyżej czterdziestki na karku to gdy budzisz się rano i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz.
Od trzech tygodni wykonuję ćwiczenia zalecane mi przez sjukgymnast (to chyba odpowiednik polskiego rehabilitanta czy tez fizjoterapeuty). No dobra. Przyznaję bez bicia, że nie wykonuję tego tak często jak Jimmi (po szwedzku wymawia się przez J) sugerował. Nie daję upilnować owych dwóch godzin z zegarkiem w ręku, więc czasem ćwiczę co godzina a potem mam 4 godz przerwy. Za to dobrowolnie acz za zgodą Jimmiego włączyłam poranne powitanie słońca. Tyle, że to jest MOJA wersja. Pies z głową dół w moim wykonaniu nie jest psem a pokraką. Kolan nie da się wyprostować, a lewa ręka raczej służy do równowagi niż utrzymania swojej części ciężaru. Sfinks wychodzi w miarę, ale nie da się utrzymać go dłużej, bo Psica uważa, że to zaproszenie do zabawy. Po za tym, Po kilku sekundach zaczyna boleć głowa...
Rano staram się rozruszać barki i kark delikatnymi, powolnymi ruchami głowy na boki, w górę i w dół. Delikatnie i bardzo, bardzo powoli, bo inaczej więcej szkody niż pożytku. Skłon głowy w lewo skutkuje drętwieniem kciuka i palca wskazującego oraz środkowego. Jest to miła odmiana, bo wtedy na chwilę przestaje mrowić w palcach małym i serdecznym.
Dodatkowo od kilku dni pojawia się dziwne uczucie tuż poniżej kolana, ale tylko w określonej pozycji. Pierwszy raz poczułam to schodząc ze schodów - jakby mi się nitka w spodniach przyczepiła z przodu, pomiędzy szwami. Idiotyczne uczucie...

Mam to, na co pracowałam ostatnie lata. Brak ruchu, stała pozycja półleżąca, w nogi wyciągniętymi przed siebie. Kilka Psicowych szarpnięć po prostu dokończyło proces. Nie powtarzajcie moich błędów. Teraz muszę odpracować zaniedbania by przynajmniej zminimalizować szkody.
Powoli godzę się z faktem, że spanie na ulubionym lewym boku już nie dla mnie. Oraz, że wiele rzeczy, wykonywanych przeze mnie lewą ręką, muszę nauczyć się wykonywać prawą. Tak jak trzymanie smyczy.
Przeżyłam pięćdziesiąt lat na tym świecie i dopiero odkrywam, że mam zaburzoną lateralizację. Nie jestem całkowicie praworęczna! Słoiki odkręcam lewą ręką, w obiektyw aparatu patrzę lewym okiem,  ale piłkę zawsze kopię nogą prawą. Ciekawe, czy mi w dzieciństwie zmieniono strony, choć żadnej traumy z tym związanej nie pamiętam,  czy też może przy odpowiedniej zachęcie mogłabym być oburęczna? Czy to w ogóle jest możliwe? 
Pora na zmiany?
Od jakiegoś czasu uczę prawe oko patrzenia w wizjer aparatu. Bo lewe łzawi. Przekładam smycz do prawej ręki i choć po kilku minutach łapię się na tym, że znów ją mam w lewej, to nie poddaję.
I naraz dzisiaj dotarło do mnie, że powinnam sobie kupić fotel! Taki, bym mogła w nim czytać, mając podparcie i pod karkiem i na krzyżu. Bez podnóżka! żeby wymusić pozycję 90 stopni zarówno na kolanach jaki i biodrach. Ale z drugiej strony czy to na pewno o to chodzi? Odkąd pamiętam miałam problem z siedzeniem na krześle. Zawsze szukałam jakiegoś podparcia dla nóg, żeby były choć trochę wyżej. Dlaczego?
To tak samo jak z tym ustawianiem stóp a la baletnica. Całe życie się ze mnie śmieli, napominali,  nikt nie pomyślał o tym, że to jest coś co może wymagać pomocy. Wystarczył jeden sezon z wkładkami pod pięty i żebym odczuła różnicę. Teraz w butach sprzed dwóch lat muszę porobić wkładki, bo czuję jak mi się stopy zapadają na pietach.

Muszę pogadać z Jimmim w najbliższy wtorek na ten temat. Bo przecież skądś się takie a nie inne nawyki wzięły. To jak z chodzeniem na palcach. Nikt naturalnie tak nie chodzi, jeśli to robi to przecież nie dlatego, że lubi mieć niewygodnie a wręcz przeciwnie - tak właśnie jest lepiej czyli coś szwankuje.

Dodatkowo odkryłam jedną rzecz, już nie koniecznie związaną z kręgosłupem, ale też z nawykami.
Wciąż narzekam, że nie mam na nic czasu. Bo rano praca, potem godzinka drzemki, potem spacer z psem (około 40minut obowiązkowo) potem jakieś sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie i robi się godzina 16. I dla mnie to koniec dnia. Zalegam na swoim wyrku, czytam, oglądam filmy, trochę bawię się z psem ...Nie będę pisać, ani pracować, bo mi to lepiej wychodzi rankiem. Tak samo szycie. Zdjęcia jedynie lepiej obrabiać wieczorem, bo światło nie przeszkadza.
I nagle odkrycie.
Przecież mogę spróbować robić i tamte rzeczy po południu. Będzie trudno, a potem przywyknę przecież. Albo jeszcze inaczej - mogę prace domowe przenieść na popołudnie, a rano robić to, co mi wychodzi lepiej. Czyli pisać. Księgować. Czytać, uczyć się. Eureka. Proste, a takie trudne.

A poza tym. Nic.
Zuzia tańczy i gra w hokeja. Mam dziwne uczucie, że zaczynam ważnością dorównywać Dziadkowi, wreszcie.
Psica rośnie, mądrzeje, powoli, ale mądrzeje. Od 12 stycznia idziemy do szkoły - Psica i my.
Misia pracuje i uczy się.
Jankie uczy się i szuka pracy.
Mama...słabnie. Po prostu.
eM walczy z Crohnem, aktualnie przy pomocy Humiry, którą ja nazywam lekiem ostatniej szansy.
Życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje. Regina jeździ na studia do Geteborga.
Fotoklub organizuje wigilię, więc pójdę, bo zapominam szwedzkiego.
eMa firma też organizuje Julbord i też idziemy.
Na klub psi brak mi zapału w tych ciemnościach. Czekam do wiosny.

Firma...Kiepsko. Mimo ogłoszeń w sklepach w całym regionie, na portalu polonijnym, na facebooku i wszędzie indziej klientów nie przybywa. W zasadzie został mi jeden. Jeden zamknął działalność. Jeden kończy na sezon zimowy. Dwóch dzwoniło, ale nie dali znać czy są zainteresowani. Jednemu z nich się przypominałam już dwa razy. Zadzwonić po raz trzeci?

Co robić, drogi pamiętniczku?
Iść z psem.

Balerina

takajedna_ja

Zdjęcie kiepskie, bo z telefonu i na szybko, ale co tam. Pochwalę się.

Takie tamy

takajedna_ja

Tak rzadko piszę, że nie wiem czy w ogóle jeszcze potrafię.
Nie wiem czemu tak rzadko.
Niby czasu nie powinno mi brakować, ale brakuje. Niby nie trwonię go na internet, a przelatuje nie wiadomo kiedy i na co. Tu spacer z Tolą 40 minut, tu 5minut na pogawędkę z sąsiadką, tam 15 minut na sprzątnięcie...I robi się wieczór. A wieczorami to ja nie funkcjonuję. Leżę, czytam, głaszczę psa, spaceruję z psem, gadam z psem...I tyle.
Szwedzki mi się uwstecznia, bo znów prawie go nie używam. Polski w sumie też prawie nie używany w mowie i piśmie.
Nie wiem co robię!
Trzeci tydzień zmagam się z bólem stawów.
Zaczęło się przed wyjazdem do Polski. Myślałam, że źle spałam, że może Tola mnie szarpnęła. Bolało koło łopatki. Potem się rozlało na całą jej krawędź. Potem na szyję. W Pl poszłam na dwa masaże (na więcej nie wystarczyło czasu). Po masażach ostry, kłujący ból rozszedł się, za to coś rozlazło się po całym barku i ramieniu. Jeszcze miałam nadzieję, że to efekt spania na wersalce u mamy, której miękkość można porównać do deski. Ale na moim wygodnym łóżku okazało się, że jest tylko odrobinę lepiej. Nie wstaję tak sztywna. W dzień funkcjonuję, w nocy - masakra. Ból szarpie całym lewym ramieniem - od barku po dłoń. Pisanie na dłuższą metę jest niemożliwe bo drętwieje połowa lewej dłoni. Tak samo przy jeździe skuterem.
Wreszcie zadzwoniłam do sjukgymnast (coś w rodzaju fizjoterapeuty, nie trzeba skierowania od lekarza).
A ból sobie hula. Zaczyna przełazić na bark prawy, prawy łokieć i dłoń. Oraz prawy pośladek, udo i stopa, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc uszkodzonych przy uderzeniu o asfalt dwa i pół roku temu.
Do tego bóle głowy.
Co za cholera mi wlazła???
Prochy przeciwbólowe pomagają na lekkie złagodzenie bólu za dnia, w nocy -w ogóle nie czuję ich działania. Sypiam na półsiedząco, na wznak, bo to jedyna pozycja w jakiej ból daje mi zasnąć.
I w zasadzie ten ból tak dominuje nad wszystkim co się dzieje, że nie mogę się już skupić na czymś innym.
Wiem, że trzeba do lekarza, ale wiem też, że pierwsze o co mnie zapytają to czy byłam u sjukgymnast i odłożą wszelkie działania do czasu aż się pofatyguję do wyżej wymienionego. Typowe działanie "okulista do 18-tej"...

Poza tym to nie wiem co.
Acha. Nie głosowałam. Nie głosowałam, bo nie chciałam. Bo odkąd zmieniłam miejsca zamieszkania uważam, że nie powinnam. Bo nie znam prawdziwej rzeczywistości a tylko tę opisywaną na dwóch portalach gazetowych i fejsbuku. A to chyba za mało. Pamiętam jak wkurzała mnie kiedyś Polonia amerykańska, mieszkająca od dziesiątek lat w Ameryce, głosująca ZAWSZE wbrew zdrowemu rozsądkowi.
A teraz oglądam ten "Powrót do przeszłości" i złośliwie myślę "chcieliśta PiSu no to go mata" co oczywiście jest wredne, ale nie mogę się powstrzymać. Bo dlaczego ludzie tak szybko zapomnieli o tym co już było tego naprawdę nie rozumiem, tak jak i nie rozumiem, czemu nie uczą się na własnych błędach.
Em prorokuje:
-Znowu przestaniesz słuchać Trójki -
a ja się obawiam, że może mieć rację.

W Polsce zaskoczył mnie ogrom rasizmu...uchodźcofobii..? nie wiem jak to nazwać.
Teksty:
-Poczekaj, poczekaj, jak ci ciapatych najedzie do tej twojej Szwecji- słyszałam na każdym kroku. I to bez względu na wykształcenie, wiek i inne takie.
Ludzie napompowani propagandą nie słyszeli, gdy mówiłam, że owi "ciapaci" mieszkają dookoła mnie. I że w zasadzie dla wielu z nich to JA mogę być czymś w rodzaju "ciapatej". Bo wielu z nich w Szwecji mieszka dłużej niż ja...
ALe wiadomo, ludzie nie słyszą tego co się mówi, ale to, co chcą usłyszeć.

Monika na urlopie, więc mam więcej pracy.
A po południu idę do sjukgymnast.
A teraz pora iść z psem.

W salonie mam ekipę wymieniającą podłogę oraz piaskownicę. Pod starym parkietem była warstawa piachu. Tak na około 10cm. Taka technologia...
Pies kocha panów robotników.

Melancholia

takajedna_ja

Po obejrzeniu tego filmu już chyba nigdy nie spojrzę w niebo tak jak dotąd.
A niebo wczoraj, gdym po seansie wyszła, było niesamowite.
I ta data. I ten dzień wcześniejszy spektakl na niebie...


 

Tablica ogłoszeń

takajedna_ja

Uwaga!

Znowu można sobie zamówić powiadomienia o nowych wpisach na mail.
Na stronie główne, w menu, na samym dole pod kategoriami. Jakby ktoś był zainteresowany to się polecam.

Na Warmii

takajedna_ja

Ranki są zamglone, potem wychodzi słońce i robi się ciepło.
Łażę z aparatem po Miasteczku. Łażę rano, w południe i wieczorem. Cieszę oko. Zachowuję obrazy na potem.
Takie obrazy:
 

 


Jest jak w piosence Daukszewicza
"Tu Pewex wytworny, tu obskurny bar".
Jest.

Poszłam na cmentarz sprawdzić jak sytuacja.
Ciotka Wanda rozpromieniła się na mój widok.
-Cześć gruba!
Nie obraziłam się. Nie zirytowałam. Ciotka taka jest. Dyplomatka z niej żadna. Ale za to jest szczera. Z leciutko złośliwym poczuciem humoru. Zawsze się jej trochę bałam.
Tak naprawdę to nie jest moja ciotka, tylko przyrodnia babcia. Jej mąż (wujek Paweł, zmarły cztery lata temu) był przyrodnim bratem mojego dziadka. Ech, skomplikowane powojenne czasy.
-Jak mama?
Opowiedziałam.
-...nie miałam pojęcia co robić - zakończyłam opowieść o sytuacji z lata.
Ciotka parsknęła śmiechem.
-Jak to co? Wracaj!
-A z czego będę żyła?
Ciotka znów parsknęła śmiechem.
-No coś ty! teraz to będzie dobrobyt. Właściwie to już jest, od wczoraj. To co się martwisz.

Ciotka mówi z takim pięknym, wileńskim  zaśpiewem. Wujek też tak mówił. Lubiłam barwy ich głosów, ten inny akcent, tę piękną gramatykę. Szkoda, że ten świat odchodzi. To dlatego tak lubię słuchać Reginy. Ona mówi podobnie, tylko jej polski jest już bardziej naleciały rosyjskim.
Szłam sobie główną aleją cmentarza (zawsze wtedy mi się przypomina TSA 51).


I spotkałam kolejną ciotkę. Ciotkę Wiesię.
I znowu ten melanż. Ciotka Wiesia nie jest moją krewną, choć nosi takie samo nazwisko jak ciotka Wanda. Właściwie to nie jestem pewna jakie są koneksje rodzinne, ale zdaje się, że jej mąż jest kuzynem jeszcze innej ciotki...Melanż, mówię.
Pewnie gdyby to były to inne czasy i inne miejsce to bym ich nawet nie spotykała.
Przesiedleni spod Wilna trzymali się razem, bo tylko siebie mieli. A że ojciec był sierotą, to miał tylko ich...Przyrodniego stryja, stryjecznego stryja, ich rodziny i rodziny ich żon...Trzymali się razem. I ojciec z nimi do 80tego roku.
Po jego śmierci się zmieniło.
I tak stałam się osobą która nie ma innej rodziny poza mężem, dziećmi i matką. Zniknęli z mojego i Baśki życia właśnie wtedy, gdyśmy ich najbardziej potrzebowały. Tak wyszło. Miałyśmy wszak matkę, a oni mieli jej chyba za złe, że za szybko wyszła drugi raz za mąż. Chyba mam do nich odrobinę żalu. Ale...może to my nie chciałyśmy tam chodzić? Miałyśmy 17 i 15 lat. Wtedy ciotki pouczające jak żyć to ostatnie, co człowiek chce spotykać.

O. I tak to znów w okolicy Zaduszek zaplątałam się w historie rodzinne.
A zaraz jadę do Olsztyna. Umówiłam się na masaż.
Lewy bark rwie jak głupi. Ból, w dzień utrzymany w ryzach dzięki paracetamolowi i rozruszaniu, w nocy rozlewa się na całe plecy i lewą rękę aż do palców. Nie pomaga na to łoże madejowe na którym śpię u mamy. Wersalka jest tylko troszeczkę mniej twarda od deski. Wstaję co rano obolała. Będę szczęśliwa, jak wrócę do siebie, na swoje łóżko.


Z listu do przyjaciółki

takajedna_ja
Złoto drzew, zamglona, pofalowana linia horyzontu zza okna samochodu.
Pobocza zamienione w księżycowy krajobraz.
Nawalona sąsiadka na moje przywitanie odwarknęła "nie odzywaj się do mnie".
A z góry dobiegł sycząco-słodki głosik innej sąsiadki "proszę nie otwierać drzwi na dole, bo piesek..."
Kruche rogaliki z ulubionej cukierni.
I konieczność udania się do bankomatu by za nie zapłacić.
Mama przejęta widokiem (już) jedynaczki.

Co bym nie mówiła. Jak bym nie mówiła.
Szwecję mam w głowie.
Ale Polskę zawsze w sercu.



Jubileusz

takajedna_ja

Myślę sobie "Jakbym ją zabiła zaraz na wstępie to bym już mogła wyjść na wolność. A tak to mam dożywocie". Ale to tylko przekomarzanie się.
Dziś mija 25 lat odkąd zostałam mamą.
Moja córunia kończy 25 lat.
Kiedy to zleciało?

a wieczne myśli płyną, płyną...jak czas

takajedna_ja

Cytat z "Sokrates tańczący" Juliana Tuwima.
Och. Tuwim, znany głównie z Kwiatów Polskich (Grand Valse Brilliant w wykonaniu Ewy Demarczyk młodzież zna?) oraz wierszyków dla dzieci (zakładam, że Lokomotywę to zna każdy od kołyski), ten  właśnie Tuwim pisał cudne wiersze o tematyce różnej. Miłosnej też. Miałam kiedyś tomik jego wierszy, ale jakaś zaraza go pochłonęła. Nie pamiętam bym pożyczała, a w domu nie ma.
Tuwim pisał też aforyzmy oraz limeryki, których zbiorek mam w takiej maluśkiej książeczce, która z racji rozmiaru też mi ciągle ginie, ale potem się znajduje. Nie wiem czy by jej sobie nie kazać przedziurawić i wziąć na łańcuszek, żeby przestała ginąć, bo smaczki w niej są przednie.  Ot, choćby mój ulubiony "Czym różni się pesymista od optymisty? Pesymista twierdzi, że wszystkie kobiety to nierządnice. Optymista nie jest tego zdania, ale ma nadzieję". Limeryków niestety na pamięć nie znam, a książeczka swym zwyczajem schowała się do mysiej dziury.

Zło! Dobro! - prawda? - Ludzie, bogi,
Cnota i wieczność, czyn i słowo,
I od początku - znów, na nowo,
Bogi i ludzie, dobro, zło,
Rzeczpospolita, słowa, czyny,
Piękno - to, tamto, znowu to! - - -
Mój drogi - kpiny!

Jakże się naigrawa stary filozof z tych wszystkich dętych komunałów. Bo pod koniec życia odkrył, że tak naprawdę liczy się tylko...życie. I już.
No i tak mi się to zgrywa ze stanem duszy. Bo ja sobie żyję. Po prostu. A czas sobie płynie...jak czas.
Bawię się z psem, cieszę obecnością Zuzi gdy jest, sprzątam, urządzam biuro w pokoju Yankiego, szyję, czytam, czytam i czytam, oraz fotografuję.
W międzyczasie troszkę pracuję, coś tam wypełniam, instaluję oprogramowanie, rozmawiam z klientami i potencjalnymi klientami. Celebruję życie.
Świat zrobił się złoty, sypie kasztanami, kolorami się mieni, czasem obdarowuje srebrną mgłą, a czasem purpurą zachodzącego słońca.
Jest cudnie, choć wcale nie leniwie. Właściwie to ciągle coś. Dni płyną szybko, szybko, za szybko prawdę mówiąc,

Sertralina, w odpowiedniej dawce, może jednak czynić cuda.

Pani doktor od sertraliny, rodem z Pakistanu, chyba w głębi duszy uważa, że depresja to wymysł rozpuszczonego w dobrobycie człowieka zachodu, bo wbrew obietnicom nie dzwoni od miesięcy...Z poprzedniego razu pamiętam, że młody doktor, Szwed rodowity, dzwonił co miesiąc, pytał o samopoczucie, monitorował ilość tabletek nasennych...Generalnie trzymał rękę na pulsie. Pani Pakistańska Doktor jak widać nie uznaje tego za konieczne. A ja już jadę na sertralinie ponad pół roku. Tylko wcześnie brałam końską, jak dla mnie, dawkę w związku z czym pierwsze półrocze 2015 postrzegam jako czas szukania spokojnego miejsca i chwili, żeby móc pospać. Po rozmowie z innym lekarzem, do którego poszłam przerażona wiecznym zmęczeniem, samowolnie zmniejszyłam dawkę o połowę. Mniej więcej po tygodniu poczułam, że zaczynam mieć siłę żyć. teraz, już chyba po dwóch miesiącach, nareszcie działam jak ja. Koleżanka z Zapiski Szwedzkie pewnie mnie obsztorcuje za taką samowolkę, ale...

Od Ksantypci wały złapię,
Że tak we mnie wszystko drga,
A ja sobie hopsasa!

 A jakie zdjęcia cudne mi ostatnio wychodzą! dodam tylko nieskromnie. Ale zgadzam się, że to moja, całkowicie subiektywna opinia. Nie ma obowiązku się z nią zgadzać.


 

 

Tak więc moi mili nie zamierzam zmieniać dilera, bo towar ma dobry ;)

 

 

 

 

i znowu "Witamy w Klubie"

takajedna_ja

Tak naprawdę.
Byłyśmy dziś z Tolą po raz pierwszy w psim klubie.
Odkrycia:
1. Psiarze na pierwszy rzut oka są o wiele bardziej kontaktowi niż fotograficy
2. Jak jesteś w szczerym polu nie masz obowiązku zbierania kupy po swoim psie
3. Wbrew temu co podejrzewałam, Tola nie jest (już) najgorzej wychowanym psem na świecie. I ona i ja wykonałyśmy kawał dobrej roboty w ciągu ostatnich trzech miesięcy. 

A to zdjęcie z ostatniego wrześniowego spaceru w kamieniołomie z Zuzią i Tolą

W kwestii emigrantów

takajedna_ja

Chyba każdy, kto od czasu do czasu skrobnie jakieś zdanie w internecie zdążył już się wypowiedzieć na temat emigrantów czyli uchodźców. No więc, żeby nie być taką ostatnią, dorzucę i ja swoje parę groszy.
Temat jest gorący, widzę, że prowadzi nawet do zerwań znajomości. Ale chyba to, co mnie najbardziej razi, to czarno-białe widzenie. Jedni mówią, że uchodźcy to dzicz i plaga, a inni, że to prawie święci, pokrzywdzeni przez los ludzie.

Wyobraźmy sobie, że jedziemy autobusem, w którym na samym końcu siedzi pięciu nastolatków, którzy rozrabiają, wrzeszczą, przepychają się i klną. Siedzimy więc w tym autobusie, patrzymy w szybę, irytujemy się i myślimy sobie "ojej, jaka ta młodzież nie wychowana" . I tak patrząc w tę szybę nie zauważamy, że oprócz tej piątki na samym końcu, w autobusie jest jeszcze z piętnaścioro innych. Nie widzimy ich, nie słyszymy, bo patrzymy w szybę, a oni siedzą cicho - drzemią, czytają, rozmawiają (po cichu!) z koleżanką. Jedziemy sobie tym autobusem, pełni przekonania, że tacy wychowani, stateczni dorośli jesteśmy, że chamskie zachowania, łobuzerstwo, to już nie my, dorośli, to tylko ta młodzież.
Wreszcie dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Wysiadamy wzdychając z ulgą, że się nareszcie od tych krzykliwych z autobusu uwalniamy. Podchodzimy do kiosku, żeby kupić gazetę i...okazuje się, że nie mamy portfela. Ktoś nam go ukradł! Kto? Bo gdzie to wiadomo- w autobusie.
Patrzyliśmy w szybę zajęci zżymaniem się na młodzież i nie zwróciliśmy uwagi na cichutko siedzącą obok nas nobliwą starszą panią.

W sumie to chciałam napisać więcej, ale po co?



Podziękowania oraz ...Tola

takajedna_ja

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia, kciuki i całą dobrą energię.
Tymczasem mam jeszcze kilka kłopotów, w tym z moim byłym już szefem, który retrospektywnie zyskuje szczytne miano Leona tudzież Pryncypała*.

A tymczasem na odwrócenie uwagi, na skupienie się na czymś innym: TOLA z wczoraj.

Idziesz? Fajna woda!

 

No, i kto teraz jest cieniasem?

 

Jak wypiję wszystko to może wreszcie znajdę ten cholerny kamyczek, o którym ciągle gadają:  gdzie kamyczek i gdzie kamyczek.

 

No pewnie, że kocham cię z całej siły!

 

 

*Jak ktoś czyta od czasów pierwszego bloga, w którym Pryncypał był bohaterem nr 1 ten wie o co chodzi.Tym co nie czytają lub zapominam to przypominam: Pryncypał używał słowa na k...żeby wyrazić całą gamę uczuć, systematycznie powtarzał mi, że na kiwnięcie palcem znajdzie zastępstwo na moje miejsce i to o wiele lepsze. A gdym poinformowała, że odchodzę obraził się na mnie śmiertelnie, posunął do gróźb, a jego żona niemal oskarżyła o nieuczciwość. Niestety coraz więcej widzę podobieństw. I szczękę zbieram z podłogi niemal każdego dnia i nie mogę się nadziwić, że byłam taka ślepa czy co?

Czas na KONKRET

takajedna_ja

Na pohybel (falszywcom).
W imię ojca i syna.
Dziś startuje moje firma. KONKRET.
O 16 idę oglądać pokój, który myślę, żeby wynająć.

Mało mam klientów, mało pieniędzy zatem, ale czuję, że potrzebuję "wychodzenia do pracy" żeby tę pracę wykonywać jak najlepiej i w terminie. Moja psychika potrzebuje też "wychodzenia do pracy" żeby umyć głowę, ubrać się w coś innego niż dres, narzucić rytm.

Ale czy to nie zbytnia rozrzutność?
Co myślicie?

Trzymanie kciuków i dobre myśli oraz ewentualne reklama bardzo wskazane.

Ostatnia naiwna czyli fałszywy jak...Szwed(?)

takajedna_ja

Siedzą we mnie niewypowiedziane emocje. Złość? Nie, może trochę. Bardziej zawód . I zaskoczenie. Że naprawdę są TACY ludzie? Ludzie, którzy patrzą ci w oczy, uśmiechają się do ciebie, są mili, przyjacielscy, naprawdę zdający się być godni zaufania, ludzie, którzy w końcu okazują się ...Nie wiem kim. Nie wiem jacy. Fałszywi? Cyniczni? Wyrachowani?
Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z czymś takim.
...
Kiedy w lipcu, przed wyjazdem na urlop zapytałam szefa czy mam wrócić "tutaj" czyli do Akwarium do pracy odpowiedział, że tak,  oczywiście.
Wróciłam.
Roboty nie było, co uczciwie zameldowałam szefowi.
Powiedział, że to nic, żebym zajęła się przygotowaniami do własnego startu.  
Karnie, dzień po dniu przychodziłam na godzinę 8:30 lub 9. Zostawałam do 13. Ponieważ nie było co robić, pomyłam okna, posprzątałam, parzyłam kawę, starałam się być jakoś tam użyteczna, no bo to głupio siedzieć w pracy i tak bez skrupułów, oficjalnie robić nic.
W między czasie trwały między nami rozmowy na temat mojej firmy.
Najpierw o miejscu. Przed moim wyjazdem stanęło, że wezmę pokój, w którym aktualnie pracuję. Trochę się martwiłam, bo cenę usłyszałam 3 tys, a to nie mało. Wspomniałam, że wolałabym coś mniejszego, któryś z tych pokoi bocznych, małych, może 10metrowych.
- No ale wiesz, będzie ci potrzeba dużo miejsca, będziesz miała masę dokumentów -odpowiedział mi. Zgodziłam się, mówiąc:
-Okej, jakoś dam radę, pracujemy razem od pół roku, już widzę, że da się z tobą dogadać, mnie też już chyba zdążyłeś poznać, wiesz jak pracuję, wiesz, że nie robię problemów, będzie dobrze.
Przytaknął mi. Za jakiś czas przyszedł do mnie:
- Zobacz, tu jest lista, to są firmy, które będą twoje.  Ta X jest dobra, facet inwestuje, będzie się działo, będzie dużo pracy, ta Y trochę gorsza - facet nie chce płacić, ale powiesz mu, że ma ci płacić z góry...No i ta, Stefana, to już wiesz, bo robiłaś. W tych  pozostałych nic na razie się nie dzieje, ale zaraz się rozkręcą.
Potem rozmowy o podziale kosztów. Internet, telefon? Nie myślał o tym. Pomyśli. Meble...A właśnie.
- Słuchaj, tak pomyślałem, ten pokój będzie dla ciebie rzeczywiście za duży. Będzie ci trudno na początku go utrzymać. Może jednak weźmiesz ten mały, wiesz ten obok Milana.
Ucieszyłam się. Jasne, pewnie, że tak...
- Bo wiesz...koszty to nie tylko pokój. Dojdzie jeszcze elektryczność no i koszty sprzątania. Wiesz tu jest masa metrów, chcę zatrudnić firmę sprzątającą.
- Ale po co ci firma sprzątająca? Jest nas tutaj 4 osoby.  Nie ma komu brudzić, sprzątanie tutaj to najwyżej 2 godziny w tygodniu. Przecież to robię, to wiem.  Mogę to robić. Rozliczymy to w czynszu. Wiesz, że nie mam pieniędzy, a póki nie zdobędę klientów to każdy grosz ma dla mnie znaczenie.
 - Nie pomyślałem o tym, ale brzmi dobrze.
I tak sobie budowaliśmy wspólny biznes. Wyglądało dobrze. Wyglądałoby, gdyby nie to, że co kilka dni L. miał nową ideę.
- Wiesz, ten mały pokój, to jednak nie,  tu taki gość chce mieć biuro, on rzadko tu będzie, nie potrzebuje dużo miejsca, ale musi mieć gdzie trzymać swoje dokumenty.  A ten duży to jednak naprawdę będzie lepszy, bo ...coś tam..tam...
Okej może być duży.
Za kilka dni, gdy zbliżał się termin składania deklaracji poszłam z listą firm, które mi dał, ustalić komu jaką deklarację.
- Firma X? Nie, nie, to przecież moja była żona będzie robiła. Ja ci to napisałem? Pomyliłem się, ona już z nimi rozmawiała, wiesz, to przecież nie będę im co chwila zmieniał.
Zgrzytnęło. To miała być ta dobra, obrotna firma. Szkoda, kurde, no ale skoro ona już z nimi gadała...
Za jakiś czas wrócił temat pokoju:
- Nie, jednak ten mały, ale nie ten, ten co teraz ma go Milan. On ma swoje plany i chyba się wyniesie, wzięłabyś ten?  On jest większy, będzie ci lepiej. Bo te dwa obok mnie to ja połączę z moim.  
- Nie ma problemu, jak będę miała to sprzątanie, to mogę nawet i ten największy wziąć.
- Sprzątanie, a nie, nie. Zapomniałem, że już wcześniej moja była żona mówiła, że ona mogłaby tu sprzątać. Już dawno to było, to zapomniałem...A ten duzy to bierze taki gość, co firmę transportową rozkręca.
Już nie zazgrzytało. Już się pojawiło uczucie, że coś jest nie tak, że kręci, że jest nie w porządku. Że okej, raz zapomniał o tym tamtej obiecał firmę, ale teraz znowu "przypomina się" o sprzątaniu?
Kiedy po kilku dniach znowu wrócił do tematu pokoju już się nie ekscytowałam. Zaczęłam się irytować. Bo znowu - ten też nie, bo coś tam, jednak ten duży, będziesz go dzieliła z kimś innym może, ale dla ciebie dobre, bo taniej, no i nie będziesz ciągle sama.
A po jeszcze kilku dniach.
W sumie to wiesz, pod nami to całe piętro jest wolne, jak byś chciała to możesz wybierać któryś z tych na dole. Tam jest masa miejsca. I wiesz, tu przyjdą inne firmy, to będziesz miała kontakty z innymi, to nawet lepiej dla ciebie.
Myśl "chce się mnie pozbyć?". Dlaczego mi zwyczajnie nie wymówił? Ale było dobrze, mówił, że nie ma zastrzeżeń, cały czas go pytałam i zawsze mówił, że jest dobrze. Czemu teraz zmienił front? O co mu chodzi?
Zniecierpliwiłam się. Powiedziałam:
- Wiesz, ja się zastanawiam, że chyba jednak póki mam tak mało klientów, to będę pracowała z domu. Muszę myśleć o kosztach
-Tak, tak, masz rację .
Sierpień zbliżał się do końca. Zbliżał się termin wypłaty za lipiec ( w Szwecji zwyczajowo wypłata jest 25 dni po zakończonym miesiącu. Czyli za lipiec -25 sierpnia). Zaniosłam mu raport z ilością godzin.
60 godzin pracy. 50 urlopu.
A kuku!
- Ale za urlop to ci się nie należy wynagrodzenie. Przecież nie przepracowałaś u mnie roku.
...?!...Odebrało mi mowę. Poczułam się ogłuszona, bo naraz okazało się, że dostanę połowę wypłaty.
Tak, wiem, że nie minął rok, ale wiem, że mimo to, gdyby chciał to mógłby mi zapłacić i ująć to w kosztach. Tu prawo nie jest tak restrykcyjnie przestrzegane, a świadczenia dla pracowników są zawsze kosztem.
Potem jeszcze, że może jednak zapłaci mi gotówką, za te 60 godzin. Czyli na czarno. Dla mnie to 30 procent więcej, bo brutto, policzyłam sobie. Stracę tylko 1/4, a nie połowę tego co sądziłam, a to ważne teraz, gdy utrzymuję matkę i płacę jej rachunki oraz opiekunkę.  Zgodziłam się. Poczułam co to znaczy mieć "nóż na gardle" . To, że L. wie dokładnie o mojej sytuacji, nie miało znaczenia, no bo co go mogą obchodzić moje problemy?
Następnego dnia zaniosłam listę godzin za sierpień, bo też się kończy.
I znowu a kuku!
- Ale przecież nie pracowałaś  cały miesiąc. Zapłacę ci tylko za te godziny, kiedy pracowałaś dla mnie. Bo przecież większość czasu zajmowałaś się swoimi sprawami.  
Znowu mnie ogłuszył. Zaniemówiłam.Zrobiło mi się ciemno w oczach.
Bo nie było o tym mowy. To po co szarpałam się z psem rano, laciałam ze sprzątania z jęzorem na brodzi, żeby szybko wyprowadzić psa, i być na czas w pracy? Po co siedziałam dzień w dzień w nagrzanym pokoju, zamiast iść z psem na plażę? Byłam do dyspozycji! Słowem nie wspomniał, że nie będzie mi płacił, że nie muszę przychodzić. Że zadzwoni jak będę potrzebna.
Zdołałam tylko pokiwać głową i wykrztusić, że w takim razie już dziś zabiorę moje rzeczy i powiem Hej då.
Drżącymi rękami poskładałam co mogłam do reklamówek i pudełek. Było mi przykro. Poprosiłam o rozmowę.
- Czy zrobiłam coś źle? - zapytałam.
Zdziwił się.
- Mam wrażenie, że jesteś niezadowolony z mojej pracy. Ze mnie.
- Ale dlaczego?
- No właśnie nie wiem dlaczego, po prostu mam takie uczucie.  
- Nie, nie, nie. Wszystko jest dobrze. Jestem bardzo zadowolony, ale wiesz. Ciężko jest. Ciężko o robotę, mało pieniędzy, ale nie wszystko jest w najlepszym porządku, przecież będziemy współpracować. Te firmy ci daję. Zgraj sobie księgowość. Stefana też. Stefan to dobra firma. Weź też jego papiery od razu...Albo wiesz co? Zadzwoń do niego. Powiedz, że ja powiedziałem, że oddałem go tobie...A jutro nie przyjdziesz? Masz urodziny to chyba zjemy jakiś tort, co?
Tak. Miałam urodziny. Okrągłe, pięćdziesiąte. Tu, w Szwecji bardzo uroczyście świętowane. eM dostał od firmy dodatkowy dzień urlopu i wypasiony prezent. Na prezent nie liczyłam, ale skoro czekają, wiedzą...
Przyszłam z tym tortem, ostatnia naiwna. Dostałam życzenia i szoku. Jak mówili w jakimś kabarecie. Nie dostałam nawet kwiatka. A jedynie i dosłownie "uścisk dłoni prezesa".
Epilog
Kilka dni potem zadzwoniłam do owego Stefana.
Odpowiedział, że dla niego okej, ale jeszcze z L. musi pogadać, żeby się upewnić i żebym zadzwoniła w następnym tygodniu to ustalimy resztę.
Zadzwoniłam.
- Tak, rozmawiałem z Lennarta. On powiedział, że jego była żona będzie nadal to robić, tak jak poprzednie lata.
Czyli została z dwoma klientami Polakami, których sama zdobyłam.

Komentarz chyba nie jest potrzebny?
 Ale gdyby jednak, to jako komentarz dodam jeszcze jedno.
Z ciekawości poszukałam pokoi biurowych w mieście, w innym niż tamten budnku.
I okazało się, że za pokój o powierzchni około 20m kwadratowych czyli podobny jak Akwarium zapłacę około 1500koron.



k!@#a jego w dupę kopana kleszczowa mać!

takajedna_ja

Jakaś kleszczowa, zawirusowana menda napluła mi w dziecko. Misia ma kleszczowe zapalenie opon mózgowych od ponad tygodnia.
Jakby ktoś chciał pośmiać, to może pomyśleć, że to trzeba mieć pecha, żeby móc legalnie się naćpać morfiny i nawet nie mieć z tego odlotu.
Ale po co odlot mojej córce jak ona i tak, jakby na karuzeli siedziała.
Dziś zabraliśmy dziecko do domu bo, poza lekami przeciwbólowymi, obniżającymi gorączkę i jakimiś przeciw zawrotom głowy, nie ma innej medycyny. Czekać. I modlić się, żeby nie było powikłań.

Motto na kolejne pięćdziesiąt lat

takajedna_ja

Śnią mi się te same miejsca.
Okrągła góra, z niecką w środku i bokami schodzącymi coraz niżej. Tak jak np. schody w filmach kostiumowych, albo kielich kalii.
Rozległe łąki, widziane z wyższego punktu. Łąki puste, bo zima, lub jesień. Rzeka, a za nią znów puste połacie, za którymi wiem, że jest szosa.
Miasto, którego odległych dzielnic nie znam, ale wiem, że wiele ulic położonych jest piętrowo i równolegle. Ta najniższa z nich jest nieco mroczna, bo rosną wzdłuż niej stare drzewa, chyba kasztany...
Dziś w nocy znów pracowałam u kultowej Szeficy. Tylko jej firma nazywała się Brylancik.
Tę wielką, rozrosłą do rozmiarów korporacji sprzedała. Biuro mieści się kątem u jakiejś innej firmy. Pracownicy patrzą krzywo, bo łazimy i im przeszkadzamy. Schody są wykonane z kratownicy, w którą wciąż zapadają się obcasy.
A potem ktoś mówi mi, że on idzie ze swoimi dokumentami. A ja jestem w drodze do toalety. Wzruszam beztrosko ramionami. Myję jakiś wielki dzban. Wychodzę na korytarz w samą porę by zobaczyć jak on i jego wspólnik niosą wielkie kartony pełne dokumentów. Idą do sąsiedniego pokoju. Biegnę za nimi i mówię, że to pomyłka, że JA pracuję w pokoju obok. Posłusznie przenoszą kartony, ale kiedy wchodzę do pokoju widzę, że już z nimi rozmawia ktoś inny. Elegancka blondynka, perfekcyjna po każdy kosmyk włosa i perfekcyjny makijaż. Piękna. Zazdrość ściska w żołądku.
Tymczasem On podnosi głowę i zadaje mi pytanie jak likwidator wycenia niedokończony dom...Dom, myślę, jaki dom, zacząłeś budować dom?
Nie wiem, mówię, ale się dowiem i dam znać.
Patrzę na niego.
Widzę go pierwszy raz od dawna. Bardzo dawna. Ma twarz okrąglejszą niż kiedyś.Przytył. Włosy srebrne, a na nosie prostokątne okulary w srebrnych oprawkach. Na twarzy kilka brązowych plamek...Jest starszym panem!
Patrzymy na siebie z jakimś milczącym porozumieniem. I nie chodzi tu o nawiązanie romansowych relacji, ale...Porozumienie dwojga bliskich sobie ludzi..? I nie ma znaczenia, że tak naprawdę to pytanie powinno iść do tamtej: młodej, pięknej, perfekcyjnej, na pewno wiedzącej od razu i więcej...
Ma znaczenie to, że sobie ufamy, że mamy wspólną historię. Mówię, że wkrótce na rynku pojawi się taka firma KONKRET, i że to ja. On patrzy, wiem, że jest zadowolony, nabiera oddechu, mówi "ale Kasiu.." ,a ja wiem, że chce zapytać o Szwecję, i wszystko inne, ale wchodzi Szefica i woła mnie do siebie na rozmówkę.
Wiem o czym. Wiem idąc po schodach z kratownicy. I się już nie boję.
Ona mówi, że dopiero Bożena jej powiedziała, ja myślę, ciekawe która, jakby to miało znaczenie. Ona pyta: czemu się nie przyznałaś, czemu nic nie powiedziałaś
Patrzę na nią i wiem, że teraz mogę powiedzieć całą prawdę. Że była to swego rodzaju lojalność, żeby nie stawiać jej przed trudnym wyborem.
Co miałam Pani powiedzieć? Że zakochałam się jak nigdy w życiu? Całym sercem, na zabój, na całe życie? Że "miłuję waćpannę tak, że dychać nie mogę. Miłuję na piechotę i konno i boso..."Parskamy śmiechem obie. Ona rozumie.
...i w tym momencie jak bomba wpada na mnie Tola, liże, podgryza, domaga się wyjścia na dwór.
Jest 5:50.
Wkładam kurtkę na piżamę, zakładam psu obrożę, wychodzimy. Poranny chłód liże bose stopy. Część umysłu jeszcze we śnie, jeszcze widzi to dziwne biuro, ludzi w nim siedzących, eMa gdzieś w tle tego wszystkiego...
Pies zagapia się na chwilę, potem ciągnie do klatki.
Zamykam drzwi i spływa na mnie motto, które brzęczy mi w głowie od 27 sierpnia.
Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia.

 

 

Czadu!

takajedna_ja

Nie, nie jestem... a raczej dotąd nie byłam szczególną fanką tej grupy. Przyznaję. Mój gust muzyczny jest bardzo eklektyczny, miłością wielką wielbię zarówno Pink Floyd jak i Artura Andrusa, Bacha i AC/DC. No ale Metallici, poza pewnymi kawałkami, wielbicielką nie byłam.
Aż do soboty.
Pojechałam raczej jako dama do towarzystwa dla mojego męża. Przekonana byłam, że będę nudzić się setnie, chciałam wziąć nawet książkę, ale nie wiedziałam czy mi ochrona ją przepuści skoro zabronili brać kanapki...
Trzeba przyznać, że przetrzymali nas solidnie.
Organizator podał tylko, że muzyka zacznie grać o 19:30 ale nie podał kiedy zacznie grać GWIAZDA.
Stadion Ullevi zapełniał się coraz większą rzeszą ludzi. Około 21 zanotowałam, że już prawie nie ma wolnych miejsc siedzących a i na podłodze panuje całkiem słuszny tłok.
A GWIAZDA zwlekała.
Publika klaszcząc i robiąc falę próbowała bądź to zająć sobie czas bądź to zmusić muzyków do wyjścia.
Tymczasem na scenę wyszła grupa ludzi w białych koszulkach i ustawiła się na scenie. Gdzieś z tylnego rzędu powiała ku nam biało czerwona flaga. Potem te same barwy zamigały gdzieś przodu.
Ha! Nasi tu są! Ucieszyłam się. Zupłnie nie wiem czemu, bo przecież nasi są wszędzie więc czemu i nie na koncercie Metallici?
Wreszcie na scenie coś zaczęło się dziać. Muzyka zrobiła się głośniejsza, ostrzejsza...Gitara zabrzmiała tak, że nie było wątpliwości. To ONI.
I wtedy trzy panny z kawalerem zaczęli się przepychać do swoich miejsc, które znajdowały się dokładnie przed nami. Najpierw przelazły dwie, potem zaczęły sobie podawać torebki, sweterki, popkorn i piwo...Powoli, bez stresu, bo kogo to obchodzi, że znaczna grupa osób dookoła traci cenne sekundy?
Siedzieliśmy na wprost sceny, ale. Ullevi to ogromny stadion, czego nie wzięłam pod uwagę kupując bilety. Teraz siedzieliśmy niemal idealnie na środku...lecz postacie członków zespołu były kompletnie nie do odróżnienia. Śledzenie tańca palców na gryfach gitar odpadało w przedbiegach. Sytuację trochę ratowały telebimy, ale jednak koncert z telebimu to prawie to samo co z youtuba...
Narzekałam trochę w tym duchu do samej siebie, ale potem, nie wiadomo kiedy wciagnęła mnie muzyka, heavy metalowe, głośne brzmienie, które robi mi dobrze na zgiełk duszy.
Zdziwiłam się, bo jako nie-fanka nie powinnam byłam znać większości kawałków, a tu rozpoznawałam prawie każdy. Nie tak, żeby znac tytuł, treść i tytuł płyty z której pochodzi, ale jednak znałam. A wiadomo, że najbardziej podoba nam się to, co znamy.
Po mniej więcej godzinie ze zdziwieniem odkryłam, że słyszę głosy gadających panienek z przodu. Przechylone za oparcie panny po środku, dwie gadały do siebie. Wreszcie środkowa zamieniła się z tą po lewej. Ale głosy nadal słyszałam. Nie żeby wiedzieć o czym tak zawzięcie gadają, ale jednak na tyle, by mi przeszkadzały.
Po kilkunastu minutach konwersacji panny wstały...i zaczęły drogę odwrotną. Znowu przeszkadzając wszystkim dookoła. Po następnych kilkunastu – wróciły z kubkami pełnymi piwa, które sobie następnie podawały jedna przez drugą. No naprawdę: uschłyby biedactwa bez tego piwa przez następną godzinę.
Zaprawdę...Szwedzi to cierpliwy naród. Polacy już by je zlinczowali.
Obserwowałam przez chwilę otoczenie i zdziwiłam się mocno.
To, że wszyscy po kolei robili sobie selfie ze sceną w tle wcale mnie nie zaskoczyło. Tak, jak nie zaskoczyło namiętne robienie zdjęć telefonem (aparatów nie można było mieć) czy wręcz nagrywanie. Ale żeby w trakcie koncertu przeglądać zdjęcia na tymże telefonie, co robiła jedna z piwnych panienek ale nie tylko???  
Ludzie? Po co wyście na ten koncert poszli? Było se youtuba odpalić, naprawdę.
A ONI dawali czadu. Ale jak!
Jak na chwilę zcichli i zagrali „On the road again” zrobiło mi się miękko w kolanach. Bo heavy lubię, ale jaszcze bardziej lubię heavyballady. Jest coś takiego, że jak grupa grająca ciężkiego roka zagra balladę, to klękajcie narody. Jest to po prostu mistrzowstwo świata.
Inna rzecz, że zazwyczaj takie grupy mają świetnych muzyków, którzy w balladach mogą naprawdę pokazać swók kunszt.
Ale Metallica okazała się mistrzem w ogóle.
Zadziwło mnie, że to co grali na koncercie brzmiało prawie tak samo jak w wersjach studyjnych. Pomyślałabym, że grają z półplaybacku, ale kilka razy zazgrzytała dysonansem któraś gitara, kilka akordów się różniło od tych z wersji studyjnej...Nie, grali na żywo, tak sądzę. A skoro tak, to znaczy, że ich płyty nie są poprawiane przy pomocy inżynierii dźwięku. A to znaczy – że są naprawdę dobrzy.
I byli.
Telebimy przekazywały zaledwie jakąś część tego co się działo na scenie, zazdrościłam tłumkowi w białych koszulkach. Ale i ta część wystarczyła, żeby zobaczyć, że panowie nie odklepują kolejnego nudnego koncertu, że granie sprawia im frajdę i że dają z siebie co mogą.
Kiedy zapadły ciemności, kiedy wybrzmiał ostatni akord ludzie powstawali z miejsc i klaskaniem, gwizdami, okrzykami dali do zrozumienia, że jest im mało. Za mało, choć jak się okazało koncert trwał już dwie godziny.
Wtedy na bis zagrali „Master of puppets” oraz, OCZYWIŚCIE!, „Nothing else matters”. Zrobiło mi się wilgotno w oku. Potem jeszcze dali czadu nim pożegnali się, powiedzieli, że lubią Szwecję i zaczęli w tłum sypać kostkami i pałeczkami.
Tłum się powoli rozchodził.
A mnie czekało jeszcze szybciutkie „after party” z Agnieszką z dalekiej północy.
Spotkanie było jak mgnienie. Właściwie wystarczyło czasu na uściski i obwąchanie się. Oraz zrobienie apetytu na więcej.
W domu byliśmy po 2 w nocy. A Psica wariatka ściągnęła mnie o 7. Bo siku. Bo kupa. Bo baw się ze mną. I otwórz oko. I chodź na trawę, nie gnij w piernatach...



© I cóż, że ze Szwecji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci